12% mojego zwalonego życia, bo wiecej się nie mieści

Nie mam gdzie się wyżalić więc opiszę moje życie… a raczej moją walkę z ciągłym życiowym pechem. Nawet moje narodziny były jednym wielkim pechem- akurat remontowali szpital w moim mieście, w pobliskim nie było miejsc i moja mama rodziła mnie tak ok. 70 km od domu. Mam dwie siostry- one urodziły się w pobliskim szpitalu. Przez wiele lat myślałam że byłam adoptowana… Odziedziczyłam po rodzicach/rodzinie wiele dziwnych schorzeń fizycznych i psychicznych. Mój tata jest wielkim furiatem- wkurza się z byle powodu (jak normalny wkurzony ojciec tyle że 10000x razy więcej). Od zawsze się go boję bo wkurzał się o byle co. Najczęściej o to że w chwili gdy się na mnie patrzy nic nie robię. Potrafił bić mnie… moje siostry mniej. Jestem środkowa i starsza miała i ma najgorzej- od zawsze robiła za niewolnika/sprzataczkę. Od podstawówki to oba bardziej gotowała obiad niż mama. Za to dla taty byłam i jestem jego największą życiową porażką. Modelem dziecka który się popsuł i nie da się oddać na gwarancję. Po kolei. Mój tata jak był mały miał problemy z kolanem, ale mu przeszło- kiedyś wpadł zimą do stawu ale po miesiącu mu przeszło. Gdy byłam mała byłam względnie zdrowa… ale w zerówce zaczęło mnie boleć kolano. Cały czas. Mówiłam, ale myśleli że się wywróciłam/cokolwiek/zmyślam. Ale po tygodniu gdy nie mogłam już normalnie chodzić poszliśmy do rodzinnego. Kolano mi wtedy spuchło i wyglądało jak balon- nosili mnie na rękach, ja byłam mała… nie rozumiałam co się ze mną dzieje. Dali skierowanie do szpitala (tego w którym powinnam się urodzić). To, co tam przeżyłam i dalej ciągnie się za mną i ta trauma nigdy się nie skończy… Lekarze nie wiedzieli co mi jest. Trzymali mnie na ciągłych obserwacjach. Codziennie rano robili mi zastrzyki w tyłek na uspokojenie (tak mi mówili… ale co mieli powiedzieć 6letniemu dziecku? Do dziś nie dowiem się prawdy). Było to przed zakończeniem w zerówce. Mieliśmy tańczyć na zakończenie pseudokrakowiaka. Wszystko mnie ominęło- pierwsze dyplomy, zakończenie… Przywieźli mi dyplom ukończenia i nic po za tym. Ale wracam do opowieści szpitalnej. Przez dwa tygodnie robili mi niewiadomo jakie badania. Zakazali chodzić- do łazienki, do jedzenia, gdziekolwiek nosili mnie na rękach. Zakuli mnie w szyny bym nie zginała nogi. Było coraz więcej zastrzyków. Nie wiedziałam o co chodzi. Byłam tam długo, aż nie miałam miejsca na kolejne zastrzyki w tyłek… Zaczęłam krzyczeć że nic mi nie jest, chciałam wracać do domu (a widać było że jest coraz gorzej- kolano cały czas puchło). Codziennie pytali się mnie o przyczynę, cokolwiek, byle jaka informacja- na początku mówiłam że nie wiem, to tak z samo siebie (bo tak było), potem mówiłam że udaję bo miałam dosyć… Zastanawiałam się dlaczego mnie to spotkało- to pojawiło się nagle, samo z siebie. Przyjeżdżała do mnie nawet rodzina którą widziałam może raz w życiu- jakbym miała umrzeć… Stuczyli mnie słodyczami, kupowali prezenty co było dla mnie dziwne- w domu się nie przelewało. Miałam kupę chrupków, soczków, grę (kiedyś popularne- tetris i takie samochodziki były). Dzieci nie mogły przebywać na sali wiec straciłam kontakt z siostrami. Kolejne dzieci przychodziły i odchodziły już zdrowe… też tak chciałam. Większość nie chciała sie ze mną bawić- w końcu co można robić z kimś kto musi nieruchomo leżeć w łóżku. Raz, w nocy bałam się zawołać pielęgniarkę i postanowiłam iść do łazienki o własnych siłach. To był pierwszy raz jak spróbowałam wstać. I normalnie nie miałam sił- poszłam tam się czołgając. Po jakiś 3 tygodniach, tydzień bo zakończeniu roku w przedszkolu przyszła pani ordynator i stwierdziła że nie wiedzą co mi jest. Postanowili wysłać mnie do szpitala na bielany. Zapakowali mnie na noszach do karetki. Do dziś pamiętam płaczącą mamę na parkingu i kierowcę który powiedział „Patrz, twoja mama płacze… bo nie prędko cię zobaczy”. Przez niego myślałam że rodzice nie wiedzieli o tym gdzie mnie wożą (tego dnia widziałam tylko mamę na parkingu- była to pora kiedy normalnie mnie odwiedzała- szła do szpitala i widziała tylko jak mnie pakują do karetki. Lekarze po prostu przyszli rano i kazali mi się pakować bo nie wiedzą co mi jest i lecę do warszawy). Chciało mi się płakać, myślałam że albo jestem porzucona albo rodzice nie będą wiedzieć gdzie jadę. Dojechaliśmy do warszawy i zapakowali mnie na wózek inwalidzki- po raz pierwszy jechałam na czymś takim. Byłąm przerażona, chciałam iść ale kazali mi tam siedzieć. Chcieli mi założyć mi kartę przed przyjęciem i dziwili się, że 6letnie dziecko w takiej sytuacji nie pamięta jak się nazywa i gdzie mieszka. Wpisali to co pamiętałam i zawieźli na oddział chirurgiczny. Rozrzut wiekowy był duży- byłam najmłodsza, a wokół sama młodzież (dla mnie byli to duzi ludzie). Zaczęłam płakać że rodzice nigdy mnie tu nie znajdą. Młodzież zapytala się dlaczego płaczę i co tu właściwie robię. Sama chciałam wtedy wiedzieć co ja tu właściwie robię i powiedziałam że wywieźli mnie tu nie mówiąc nic rodzicom. Pocieszali mnie że wiedzą na pewno i już do mnie jadą… Ale nie pokazywali się przez cały dzień. Dali mi wszystkie słodycze jakie mieli bo zrobiło im się mnie szkoda- był to oddział chirurgiczny, a nic mi to nie mówiło… W końcu poszłam spać i obudziłam się w nocy- przyjechali. Uspokoili się że nic mi nie będzie i że tutaj na pewno dowiemy się co mi jest. Zaczęła się kolejna seria badań. USG kolana, ciągłe pobieranie moczu/kału/krwi przez cały czas (bałam się zastrzyków- wszczepili mi w rękę tą końcówkę co się wsadza kroplówkę i z tego ,,spuszczali” mi krew). Czułam jak kolano mi pulsuje- zbierało się coraz więcej wody. W szpitalu zakochałam się w komiksach o kaczorze donaldzie, bardziej chyba jednak w komiksie o Sknerusie (o jego życiu Dona Rosy- do dzisiaj mam ten komiks, nie w załadnym ale zawsze stanie). To mi jakoś dodawało siły- ten kto czytał może sobie porównać. Znowu ekipa sie zmieniał i poznałam dużo fajnych, ale i złych ludzi. P pierwsze spotkałam człowieka który zaraził mnie całkowicie rysowaniem- narysował mi bociana i żabę. Powiedzial mi, że jeżeli będę ćwiczyć zostanę najlepszych rysownikiem na świecie i będę rysownikiem w tych swoich ,,kaczakach”. Zaczęłam rysować na potęgę wszystko co się dało, wymyślałam swoich bohaterów… I musze powiedzieć że dzięki niemu nieźle dzisiaj rysuję. Poznałam dziewczynę (około 18l) którą potrącił TIR- była cała w gipsie. Miała wredną matkę- zawsze gdy leciały zwariowane melodie albo wieczorynka ona przełączała na wiadomości albo filmy 16+ i oglądała z curusią. Trzecia postać i nie zapomnę jej nigdy w życiu- pewnego dnia jak zwykle lezałam i nic nie robiłam była pora na zwariowane melodie. Wredna matka dziewczyny oczywiście przełączyła na wiadomości. A tam było o dziewczynce, którą pogryzły psy i omal nie zabiły na śmierć (szła ulicą i napadły na nią psy sąsiada). Nagle wjeżdża dziewczyna na wózku cała w szwach, na głowie miała ręcznik, wózek prowadzi dziewczyna (jej siostra prawdopodobnie) i mówi- patrz Monika, jesteś w telewizji… Do dzisiaj nigdy tego nie zapomnę. Była ona cała w szwach, wszystko porechetane… i nie traciła nadziei. Razem oglądaliśmy zwariowane melodie i graliśmy kartami w makao albo kuku z kaczora Donalda z innymi dziećmi/młodzieżą… Do dzisiaj mam nadzieję że kiedyś ją spotkam. Przekonałam się, że ja też moge wyjść cało z tej dziwnej choroby której nikt nie zna. Na spacery czy gdziekolwiek obowiązywał wózek inwalidzki- mina przechodniów gdy wstawałam na chwilę bo wózek mi utknął bezcenna. Nie rozumiałam dlaczego karzą mi jeździć skoro nagle zaczęłam chodzić- z drugiej strony jednak kolano nadal było jak balon, po prostu przyzwyczaiłam się do bólu który towarzyszył mi przez tyle czasu… i towarzyszy mi do dziś. W końcu nadszedł ten dzień, kiedy dowiedziałam się co to jest ten cały odział chirurgiczny. Nagle dali mnie na stół i zaieźli na jakąś salę. Kazali zamknąć oczy- wbili mi igłę ze znieczuleniem. Nie otwierałąm oczu, otworzyłam po wszystkim… Oni ściągali mi wodę z kolana. Widziałam wielką strzykawkę i różowo- czerwony płyn z mojego kolana… Nadal nie wiedzieli co mi jest, ale po tym woda przestała się zbierać. I usłyszałam zbawienne słowa- że mogę iść do domu. Wszystko było gotowe do wyjazdu… ale znowu kazali mi zostać bo znowu coś się zaczęło dziać. Bolało tak jaz zawsze, ale na szczęście woda przestała się zbierać. Nie wiem jakim to cudem, ale lekarze wpadli na pomysł by wsadzić mi tą nogę w gips. Mogłam wybrać kolor (był taki… z siatki). Wybrałam sobie zielony. Potem wypisali mnie do domu i za tydzień, półtora (dobrze nie pamiętam) zdjęcie gipsu. Dali receptę na leki które brałam w szpitalu a było tego sporo). W domu dowiedziałam się że teraz są wakacje i nie wiedziałam na serio co to jest… Potem wróciliśmy do szpitala na zdjęcie gipsu. Okazało się że lekarze mają wszystko by ten gips założyć, ale nie mają narzędzi by zdjąć ten rodzaj gipsu (!!!). Chirurg zdjął mi go zwykłymi nożyczkami. Wiele razy przebił się do mięsa, porechetał skórę. Tata groził że wszystkich pozabija jak patrzył jak wiłam się z bólu. Po wszystkim opatrzył nogę i kazal zgłosić się zaniedługo czy ten ”cudowny gips” coś pomógł. oczywiście że nic to nie dało. Postanowiono wzmocnić nogę i zalecano rehabilitację w szpitalu, tym razem na oddziale dziecięcym. W salce byłam z reguły sama, raz dzieliłam pokój z dziewczyną która miała wadę serca. Grałam z nią w karty, potem ją wypisano. Była bardzo miła i też mile ją wspominam.Lekarze dziwili się że nie mam szlafroka i sami kupili mi szlafrok. Codziennie chodziłam na ćwiczenia przechodząc przez dziwny tunel między częściami szpitala bielańskiego- jak w jakimś filmie. Na koniec wakacji wypisano mnie mimo że kolano nadal mnie bolało tylko że w inny sposób- gdy je nadwyrężałam albo były to nagłe ataki bólu. powiedzieli że mam z tym żyć i nic mi nie powinno być. Ustalili że można to zaliczyć jako bóle reumatyczne (czułam się jak stara babcia mieć coś takiego w taki wieku). Chodziłam to pani doktor reumatolog do szpitala na wizyty, przepisywała coraz to nowe leki. Nie poprawiało mi się. Kazali mi ćwiczyć na wuefie by kondycja nogi była jak najlepsza. Na następne wakacje, a potem w październiku wysłano mnie do sanatorium jaś i Małgosia w Jeleniej górze. Robili mi masaże, szprycowali lekami. Każdy dzień wygladał tak samo- rano pobudka przed wszystkimi na basen, potem śniadanie, potem okłady z błota, potem wirówka, przebrać się w strój, pseudo wf, przebrać się, pseudo szkoła, obiad, godziny leżakowania, spacer, mycie się, spać. I tak codziennie. rodzice przyjeżdżali na weekend. Czułam się strasznie niepotrzebna. Przyjaźnie z podstawówki wygasały- zastanawiałam się jak to jest mieć wakacje. W październiku wysłali mi laurkę z podpisami i życzeniami powrotu do zdrowia… chciało mi się płakać. Czulam się niepotrzebna- tyle jeżdżenia do mnie, czasu, nerwów a i tak lekaże nadla nie byli pewni co mi jest… Sanatarium skończyło wyprawy po szpitalach ale tylko dlatego że pani doktor reumatolog z bielańskiego zaczęła leczyc tylko dorosłych i nie było innego lekarza. Bezczelnie powiedzieli że mimo że nadal mam problemy żadna rehabilitacja albo sanatorium nic mi nie da, za mam tak sobie żyć. Więc żyłam. Zaciskałam zeby, odstawiłam leki i żyłam normalnie- tylko że bolało mnie kolano. Po powrocie do domu zauważyłam, że ta chuda dziewczynka z zerówki się zmieniła. Nie byłam już chudzinką. te wpychane na siłę już słodycze, szprycowanie lekami, brak aktywności fizycznej sprawiło że wyglądałam dosłownie jak gruba świnia. Do dziś mimo że mieszczę się w BMI ( z wiekiem jakoś się odchudziło ale nie już nigdy nie byłam chuda) zostały mi się z tego okresu zwisające oponki na brzuchu i szramy na szyi. Miałam słabe wyniki na WF, tłumaczyłam się czym to jest spowodowane- dostawałam śmiech nauczyciela i uczniów że to stare babcie mają reumatyzm. W klasach 4-6 było gorzej- z kolana zaczęły boleć także kostki- bolą cały czas, nawet do dzisiaj… kolano tez zaczęło boleć. A na kolonii w górach przed pójściem do gimnaznazjum znowu horror. Ta kolonia była pretekstem dla organizatorów by za darmochę spędzić wakacje. Zamiast normalnych spacerów po górach było to najczęściej zbiegania ze szczytów (tak ZBIEGANIE z góry by zdążyć na czas). Kolano zaczęło i puchnąć, kostki odmówiły posłuszeństwa. Siostra niosła mnie do ośrodka. Powiedzieliśmy opiekunce o sytuacji i o tym, że mam czasem problemy z kolanem ale nie spuchło mi od czasów zerówki- ta nas wyśmiała że reumatyzm to mają stare babcie i udaję by nie iść na następny dzień w góry (zauważę że gdybym nie poszła ona musiałaby zostać mnie pilnować). Tu zaznaczę że od małego chodzę po górach i nigdy kolano mi nie spuchło- musiałam cały czas je nadwyrężać by mieć jak najlepszą kondycję). Po powrocie w mękach do domu lekarz rodzinny stwierdził że jednak jest lekarz który może mi pomóc (próbowaliśmy wszędzie, nawet w Dziekanowie ale nikt nie był w stanie nawet udawać że wie co mi dolega jak poprzednia doktorka od reumatyzmu). Instytut Reumatologiczny w Warszawie. Ale oczywiście kit pomogło bo… lekarka miała z dobre 70 lat, co chwilę zapominała co mówiła, kazała przynieśc historie mojej choroby którą od razu zapominała, zrobili mi prześwietlenie nogi i stwierdziła że tak ma być, mam z tym żyć, po prostu mimo młodego wieku mam ciało jak babcia a i powinnam schudnąć ale może lepiej nie bo lepiej nie nadwyrężać nogi). Te wizyty trwały rok, po prostu nie ćwiczyłam w drugiej klasie gimnazjum.Do dzisiaj żyję z bólem który mnie napada np. na wuefie w liceum mimo że boli mnie noga normalnie ćwiczę- papierkowo na nic nie choruję więc nawet lewego zwolnienia nie mogę mieć. Oczywiście to nie ejdyne choroby z jakimi się borykam… jako dziecko musiałam przez nerwy brać leki na uspokojenie- miałam nerwicę i ataki furii jak tata. W gimnazjum pojawiła sie kolejna choroba na którą cierpi tez i mój tata- CHOROBA SCHEUERMANNA, co bardziej straszne jest to że ta choroba genetyczna występuje głównie u chłopców- chodziłam na rehabilitację ale lekkie skrzywienie jest.A teraz naprawdę los mi dowalił- bardzo prawdopodobne że będę miała genetyczną chorobę hormonalną po mamie- okres potrafię mieć czasem nawet co d-3 miesiące normalnie… Mam niski poziom iałych krwinek i co 3 miesiace muszę sobie robić badanie krwi… często choruję na przeziebienia. Teraz jeździłam po neurologach ponieważ mam migrenę- bardzo prawdopodobne że przez kręgosłup. Byłam dobrą uczennicą. Ale w gimnazjum i teraz w liceum średno mi idzie z nauką. Po krótce- rodzice schodzili się wiele razy i wracali, w końcu się rozwiedli. Najpiękniejsze 3 lata mojego życia bez krzyków i stresu. Ale i ciąglego ujadanie jaki to ten tata jest zły. Odwiedział nas co 3 miesiące ale w sumie miałam to gdzieś. Ale mamie dawno ktoś brzydko mówiąc nie wyruchał i wręcz błagala by wrócił. Teraz oczywiście jest on świętą krową i czysty jak łza- we wrześniu biorą ślub. Gadają że w listopadzie będę miała 18 lat to jak coś mi nie pasuje moge się wyprowadzić (tata nie płacił alimentów, teraz nie kupują mi nic- ubrania sobie kupuję tylko dlatego że roznoszę ulotki). Wypominają „szpitaliadę” że gdyby nie oni to nigdy nie byłabym w stanie nawet chodzić. Ale to że większość chorób mam po nich… Moje siostry miały szczęście- im nic nie dolega są zdrowe. CZasem mam dość życia i chce się zabić i jedyne co mnie trzyma przy życiu to obietnica dana tamtemu chłopakowi… że kiedyś będę najlepszym rysownikiem na świecie. I ten cel trzyma mnie przy życiu. Mogłabym tak pisać i pisać… ale ta moja chujnia jest już zdecydowanie za długa. Mogę dopisać że miałam przyjaciółki- jedna trzyma ze mną kontakt jak potrzebuje pieniędzy- druga wpadła zaraz po swojej osiemnastce i będzie miała dziecko… Tak wiem, mam KURWA ZJEBANE ŻYCIE ŻE NIKT MI NIE UWIERZY W MOJĄ HISTORIĘ. Chciałabym mieć te wasze problemy… z chłopakami, w co się ubrać… a życie każe mi siedzieć w starym ciele z reumatyzmem…

34
64

Komentarze do "12% mojego zwalonego życia, bo wiecej się nie mieści"

  1. chujowiczu! zarabiaj z kluu.pl, bez działalności gospodarczej, konto automatycznie weryfikowane
  2. Jesteś wspaniałą dziewczyną, życzę ci dużo zdrowia i jestem pewien, że twoje życie nabierze kolorów. Trzymaj się ciepło.

    0

    0
    Odpowiedz
  3. Hm.. przeczytałam całą historię i jedyne co mogę zrobić , to Cię pocieszyć. Mam nadzieję , że wszystko się ułoży i będzie dobrze.Rodzice na pewno Cię kochają !

    0

    0
    Odpowiedz
  4. Kochana, każdy ma jakieś problemy zdrowotne. Może powinnaś patrzeć na to inaczej, np. cieszyć się, że nie masz raka albo innej paskudniejszej choroby. Wydaje mi się, że Twoim głównym problemem jest raczej to, że czujesz się pokrzywdzona, nieakceptowana i inna. Niepotrzebnie. Musisz uwierzyć w siebie, wziąć się mocno w garść i spełniać swoje marzenia. No bo jak nie w tym życiu, to w którym?

    0

    0
    Odpowiedz
  5. Przeczytałam wszystko jednym tchem. Współczuję Ci. Jak nie ma zdrowia to na prawdę jest chujnia.

    0

    0
    Odpowiedz
  6. też mam przejebane podobnie to znaczy miałam bo wychodzę na prostą 🙂 i teraz się cieszę że miałam większe zmartwienia niż większość kobiet, jestem dzięki temu silna, mam dystans itd. ludzie lgną do mnie bo oprócz tego mam też urodę i to jest bardzo miłe 🙂 Przetrwasz i Ty kochaniutka, wierzę w Ciebie 😀

    0

    0
    Odpowiedz
  7. Przeczytałem całą Twoją chujnię.Wspołczuję Ci bardzo.Najwazniejsze w życiu jest mieć zdrowie,ludzie tego nie rozumieją i włąsnie stąd biorą się chujnie na temat „w co się ubrać” itp.Wiesz teraz medycyna poszła w przód,może jednak istnieje jakiś szpital który potrafiłby Cię wyleczyć z tego kolana?Ja mam takie doświadczenia że lekarze przewaznie chuja się znają.większość z nich siedzi w gabinecie lekarskim tylko dzięki znajomościom.Mialem kiedyś jednego takiego lekarza,który gdy byłem poważnie chory nie dał mi zwolnienia ze szkoły,a drugim razem gdy przyszedłem na wizyte kontrolną i byłem zdrów jak ryba,ten stwierdził iż jest źle i zwolninienie mi dał.Śmiech na sali!Choć Twój wpis był długi,to dobrze mi się czytało.Ja tez lekko nie miałem w życiu,krzywy kręgosłup,astma,nerwica,zjebany ojciec itp.Jakbyś chciała się komuś wyżalic,pogadać,to możesz napisać do mnie na gg 28494901 ja chętnie wyslucham

    0

    0
    Odpowiedz
  8. Kup Sprzęgło do Żuka

    0

    0
    Odpowiedz
  9. Jak to mówią „karta nie świnka, po północy się odwraca”, więc czekaj na lepsze czasy, życzę Ci wszystkiego dobrego.

    0

    0
    Odpowiedz
  10. szczerze, choć chciałbym coś napisać, nie wiem co. Historia warta przeczytania i przemyślenia. Ja także nam chorobę scheuermanna, możesz na to sobie załatwić zwolnienie z wf jeśli chcesz. Wydajesz się być bardzo inteligentna, jeśli masz talent, zostaniesz dobrym rysownikiem , napewno wszystko się ułoży, trzymam kciuki.

    0

    0
    Odpowiedz
  11. Shit to dopiero chujnia sam w tym roku kończę 18lat będąc młodszym też często chorowałem ale ostatnimi latami się poprawiło od tak nagle może i z tobą tak będzie grunt to pozytywne myślenie, przeżyłaś wiele złego teraz więcej dobrego przed tobą i trzymaj się swojej pasji, rysuj cały czas

    0

    0
    Odpowiedz
  12. Po przeczytaniu zrobiło mi się bardzo smutno.. Wiem, że łatwo mówić, ale nie poddawaj się, żyj, pamiętaj o swoim celu.. Jestem z Tobą całym sercem.

    0

    0
    Odpowiedz
  13. Kuuurde za długie 😛 ale fajnie by było na żywo posłuchać twojej historii koleżanko 😉 3m się

    0

    0
    Odpowiedz
  14. Jeżeli twoi rodzice znów wypomną Ci „szpitaliadę” to po prostu odpyskuj, że sama się nie pchałaś na ten świat. Jeżeli faktycznie jesteś dobrą rysowniczką postaraj się o jakieś stypendium w szkole artystycznej/rysowniczej po szkole. Wyjedź od rodziny i miej na nich (za przeproszeniem)WYJEBANE! Jeżeli oni nie potrafią docenić, że mają tak niesamowitą córkę to nie są ciebie warci. I nigdy ale przenigdy nie myśl o samobójstwie wbrew pozorom wszyscy mamy niewiarygodne szczęście, że w ogóle się narodziliśmy. To taka szansa jak jeden na milion (jak wygrana w totka). Kiedy pierwszy raz to usłyszałem to dało mi to niewiarygodnego kopa w momencie kiedy był mi potrzebny. Trzymaj się, wierze w ciebie, never give up!

    0

    0
    Odpowiedz
  15. ale epopeja 3 sekundy przewijałem

    0

    0
    Odpowiedz
  16. @14 to raczej nowa wersja Iliady, ale do rzeczy! Życie takie właśnie jest – czasem szare jak papier i do dupy, a czasem jednak kolorowe jak tęcza. Najważniejsze to nie zrażać się do koloru szarości, a przynajmniej nie od razu. Przyjdą i lepsze chwile, na pewno. Wiem to z własnego doświadczenia, ale to już historia na inną chujnię… Pozdrawiam i wszystkiego dobrego! Przede wszystkim ZDROWIA!!!

    0

    0
    Odpowiedz
  17. Pobiłaś rekord chujni tym wpisem, przeczytałem całe yeah

    0

    0
    Odpowiedz
  18. Dzięki Tobie już nigdy nie będę narzekać na swoje życie. Jesteś wspaniała, trzymaj się , a Twoje `5` minut przyjdzie niebawem. :*

    0

    0
    Odpowiedz
  19. „PORECHETANE” :)))

    0

    0
    Odpowiedz
  20. Aurorka: Dziękuję wam wszystkim… a najbardziej za to że chciało się wam to czytać. Macie rację, powinnam przeszłość dawno zostawić za sobą i spróbować nie wracać do tego okresu chociaż to będzie bardzo trudne… Przede mną ostatni rok w szkole muszę z siebie dać wszystko i spełnić swoje marzenie… Może kiedyś ktoś zobaczy pierwszego polaka który załapał się w Egmoncie do rysowania komiksów. Dziękuję wam wszystkim.

    0

    0
    Odpowiedz
  21. Popieram 13. Trzymaj się.

    0

    0
    Odpowiedz
  22. Dr House byłby dumny z Twojego przypadku.

    0

    0
    Odpowiedz
  23. Wszystko przeczytałem naprawdę współczuję również mam genetyczną chorobę z nogami przez co dość dziwnie chodzę. Jelenia Góra moje miasto te sanatorium to lipa sam w nim byłem teraz mają je zamykać…
    Czasem myślę ze godzina śmierci będzie moim wybawieniem

    0

    0
    Odpowiedz
  24. To jest chujnia ponad chujnie!!! aż mi się smutno zrobiło po przeczytaniu całej chujni. Chujowicze już dużo poradzili więc już ja nie poradze. Trzymaj się.

    0

    0
    Odpowiedz
  25. Wcześniej wstyd mi było dawać szczere komentarze na chujni, chciałam tylko zaszpanować.
    Teraz odmieniłaś moje życie. Ja nie jestem na nic chora. Jak byłam mała spadłam z roweru stacjonarnego na taką dźwignię. Bo rodzice do 24. płukali ogórki w wannie, żeby je rano sprzedać na placu, a nie mieli czasu się nami zająć. Miałam przepuklinę, ale nie poszliśmy do lekarza i w podstawówce samo się zagoiło.
    To śmieszny uszczerbek na zdrowiu w porównaniu do twojego. 🙂
    Każdy ma/miał coś ze zdrowiem złego. Bo ja mogłabym się nie żyć gdyby nie mój tata. Jakiś doktor powiedział, gdy byłam w mamy brzuchu, że ja to jakiś ‚mięśniak’. Nie wiem dokładnie jak to było, ale dzięki temu, że tata poszedł do innego lekarza, a nie polegał na tym jednym to ten drugi dobrze stwierdził, że to ja jestem w brzuchu.
    Pozdrawiam i składam chęć do modlitwy za ciebie 😛

    0

    0
    Odpowiedz
  26. Życze Ci wszystkiego co najlepsze. Zdrowia przedewszystkim.

    0

    0
    Odpowiedz
  27. Trzeba przyznać Chujnia jakich mało. Mam nadzieję że będziesz najlepszym rysownikiem w Kosmosie. Pozdrawiam

    0

    0
    Odpowiedz