Chujnia balkonowa

A to było tak. W sobotę zrobiłem małą imprezkę. Normalka, dla poprawy sprawy. Miało być miło i kulturnie, ale przyszło kilku kolesi na krzywy ryj z dobrym uzbrojeniem. Popiliśmy, i jak to po kilku browcach bywa zachciało mi się po prostu siku. Kibel zajęty, łazienka zamknięta, w kuchni koleżanki coś-tam pichcą… przecież je nie wyproszę, bo szczać mi się chce. Jeszcze pomyślą, że do czajnika narobię. A mnie kicha skręca, już nie mogę wytrzymać. Trzymając się w kroku wybiegam na balkon – ostatnia wyspa ocalenia – nikogo nie ma. Uff, wyjmuję fiuta wystawiam za barierkę i leję z całej siły, gęstym siurem… no wiecie, jak po kilku browcach. Nagle słyszę wrzask. Otrzeźwiałem niemalże. To sąsiad, patrzę – łysy, bez czapki. Że też cholera wzięło go na nocny spacer z psem…

60
70