Najlepsze lata mego życia…

… były chyba kiedy miałam sześć pierwszych wiosenek i nie wiedziałam jeszcze, że w przyszłości będzie pełne tak wielu mentalnych noży wbitych w moje krzywe ze skoliozą plecy.
Niby niczego mi nie brakuje, bo mam rodzinę, a i z money też nie jest najgorzej. A i co ‚najlepsze’ nie jestem już tak młodocianym dzieckiem, aczkolwiek dorosła też nie jestem, teoretycznie powinnam przeżywać najlepsze lata swojego życia. Hot seventeen. Z sekundy na sekundy moja dusza wierci kolejny metr w czarnej dziurze rozpaczy i smutku. Nie potrafię być szczęśliwa. Nic mi się nie układa. W głowie, w życiu. Mam wrażenie, że jestem upośledzona emocjonalnie w stosunku do innych ludzi. Nie potrafię się odezwać, zaprzyjaźnić, pokazać siebie taką, jaką chciałabym być. Czyli wolną, niezależną i beztroską. Myśli płatają mi figle. Rój pszczół, które chcą się wydostać, ale nie mogą. Niekiedy są takie czarne, że chciałabym zniknąć. Po prostu zniknąć, nie mówiąc nawet o czymś takim jak śmierć. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, co byłoby gdybym zniknęła, a tak bardzo tego chcę. Nawet czasem czuję się taka żałosna, bo cierpię, a są ludzie, którzy mają gorzej i się nie wyżalają, czasem walczą i sobie radzą, albo i cierpią po cichu. A ja nie potrafię. Shieet, myślałam, że wyjdzie z tego coś sensowniejszego. Ale chuj.
Życzę Wam, abyście się nie bali. Bo jesteśmy tylko ludźmi. Mieszaniną kłamstwa, główna, ale i czułości i marzeń. Goodbye, amen i rock and roll.

75
72