Jebany rząd, debil buc gbur prezydent, propaganda rządu gnoje
kupują czołgi defilady by tępy motłoch lumpenproletariat oglądał a w kraju nędza inflacja drożyzna , szpitale w ruinie brakuje pieniędzy,na leczenie rehabilitację brakuje pieniędzy,podwyżki cen paliw głodowe zarobki głodowe renty emerytury ludzi nie stać na jedzenie opłaty czynsze leki
Oświęcim 21 wieku obóz pracy taniej siły roboczej
Kategoria: Bez kategorii
Pieniądze szczęścia nie dają… No chyba Tobie
2026-05-15 22:45Wyobrażam sobie: mam bogatych rodziców, pieniądze (może szkoda, że Wy ich nie macie).
No to tak:
– Nie wstydzisz się własnego ubioru i na wakacje na Krym możesz pojechać, już jako nastolatek
– szkoła prywatna – nie musisz przebywać w klasie z ludźmi którzy krytykują każde twoje zgłoszenie się do odpowiedzi, czyli po prostu – z psami, z ludźmi niedorosłymi i często niezrównoważonymi, źle wychowanymi, z rodzin dysfunkcyjnych.
W sumie jeszcze niektórzy wdają się przez to w bójki itd. ale przecież mając pieniądze można tego uniknąć, tych niepotrzebnych doświadczeń.
Nastawienie drugiego policzka?
Może ma to sens żeby dowiedzieć się: dlaczego, ale gdyby wziąć sobie za bardzo do serca to oprawca może to wykorzystywać, czuć się bezkarnie, świetnie, a ty będziesz musiał z tym żyć.
Jeśli w szkole publicznej zadają prace domowe jak pojebani, bo np. myślą, że przez to zwiększy się poziom nauczania to albo masz ich mniej albo nie masz ich niemal wcale, dzięki czemu – poza nauką na sprawdziany i czasem przeznaczonym na napisanie jednego wypracowania raz na semestr z polskiego, nauczenia się jednego wiersza na pamięć w ciągu roku, i np. po zrobieniu jednej pracy własnej z angielskiego raz na semestr (np. napisania listu) – masz więcej czasu wolnego, czyli możesz np. pływać, tańczyć, rozwijać swoje hobby i przez to odstresować się.
A – dodatkowo – mając pieniądze możesz się lepiej rozwinąć, przecież to zazwyczaj kosztuje.
– „życie to nie życie tylko parodia życia” – takie moje powiedzenie, prędzej czy później wielu się o tym przekona… tylko najpierw trzeba się trochę zestarzeć.
– Uzależnienie od kogoś innego nazywasz szczęściem?
A jak to stracisz to co Ci zostanie?
– przynajmniej nie zostaniesz bezdomnym gdy to druga strona okaże się nie w porządku.
A na „miłości” i „dobroci dla innych” można się nieźle przejechać.
– mniej srasz w gacie gdy pracę stracisz.
W końcu nie masz długów, masz dużo oszczędności, opłaty Cię nie przerażają.
Tak – stabilizacja, poczucie bezpieczeństwa to też szczęście.
Nie oszukujmy się – brak pieniędzy raczej nie daje szczęścia ani nie podnosi poziomu szczęścia.
Może to źle wykorzystane pieniądze szczęścia nie dają.
– ta pewność siebie – tego bez spełniania się, a więc też: załatwienia albo sprawienia sobie czegoś dzięki pieniądzom – raczej o to trudniej
– pracujesz na budowie, ale po ciężkiej pracy nie musisz z dobroci udostępniać miejsca do siedzenia paniom i osobom starszym w komunikacji miejskiej.
Tak samo nie musisz słuchać jakiegoś kiepskiego hip-hopu który wieśniacki kierowca podgłośnił żeby ludzie słyszeli.
Masz własny samochód, dzięki czemu wstydu (albo nawet jeszcze czegoś innego) sobie zaoszczędziłeś.
No tak, pewnie za darmo go nie dostałeś, tak samo prawa jazdy albo prywatnego kierowcy, co nie?
– masz własny pokój i własny komputer.
– masz więcej miejsca w pokoju, pomieszczeniu
– masz więcej prywatności, sąsiad nie zapyta sie po skończonej zabawie z kobietą: „jak było?”.
– na starość nie jesz margaryny i taniej mielonki, bo ledwo wystarczy Ci na lekarstwa tylko pijesz Yerba Mate i zdrowo się odżywiasz.
No, należy się przecież za lata pracy, czyż nie?
A Ty se dalej powiadaj: „pieniądze szczęścia nie dają”, powtarzaj te hasła bez wyobraźni.
Może w takim razie najpierw wyobraź sobie że ich nie masz, a później gadaj.
Bycie zjebem
2026-05-15 22:45Cały mój problem sprowadza się do bycia rasowym zjebem. Bozia obdarzyła mnie dobrym genem i w miarę bogatą rodziną ale zjebaną pod kontem psychicznym. Ciągle walki starych najwidoczniej srogo odcisnęły piętno na mojej psychice bo jestem niesamowita pizda – w chuj defensywnym gościem. Najgorsze że zdaję sobie z tego sprawę i ciągle nie jestem w stanie się przeprogramować. W połączeniu z pewną dozą narcyzmu daje to zajebiscie duże poczucie strachu o swoją osobę. Inni idą do przodu a ja mając na uwadze to jak zjebany jest kraj w którym żyję i ile jest w nim pułapek nie podejmuje szans które mi się przydarzają + jak je podejmę to po jakimś czasie spierdalam myślę że pewnie obróci się to przeciwko mnie. ehhh bólu dorzuca fakt że przez pewien czas mi się nawet udawało tylko by to stracić i wylądować na jebanym dnie. Po części ten ciągły strach sprawia że jestem jak struna napięty i ludzie mnie kurewsko nie lubią a może po prostu tak jak testo mówił Polacy to skuhwysyny i tyle. Chujnia i śrut
Ukraińskie chamstwo
2026-05-15 22:45Jak długo jeszcze będziemy ukrainie wchodzić w dupę?! Na granicy z ukrainą należy postawić pomnik księcia Jeremiego Wiśniowieckiego! A tych naszych durniów, co potępili akcję Wisła, należałoby powiesić za jaja!
Sen
2026-05-15 22:45Poszedłem sobie do kościoła, spotkałem kolegę.
Być może nie zauważył mnie jak z niego wyszedłem, bo nie chciało mi się czekać na zakończenie mszy, a wiedziałem, że o godzinie 20.00 jest msza w innym Kościele.
Było ciemno na dworze, choć niebo po jednej stronie nie było takie ciemne.
Szedłem sobie po betonowej powierzchni, przede mną krzak.
W drodze do następnego kościoła obejrzałem się do tyłu, w oddali (nie tak odległej znowu) w poprzednim kościele była dość wysoka szyba, w miarę neutralne, ale w kierunku żółtego światło za nią (kościół był dobrze oświetlony w środku), za nią była biała ściana, a przed nią kolega, czarna sylwetka (albo przynajmniej dość ciemna sylwetka, w końcu od strony szyby raczej nic go nie oświetlało).
Widziałem jak się powoli odwracał, chyba niemal całym sobą.
Schowałem się za krzakiem.
Później szedłem, byłem blisko następnego kościoła.
Obejrzałem się raz jeszcze i znowu się odwracał, ale tym razem nie chciałem się chować, a być może nawet chciałem żeby mnie zauważył.
I tak być może się stało, ale nie patrzyłem już w jego stronę, nie sprawdzałem tego, bo mało mnie to interesowało, a dość blisko mnie był następny kościół.
Kościoły były na mniej więcej takiej samej wysokości, na lekkim podwyższeniu terenu.
Niedługo potem wszedłem do tego do którego zmierzałem, pomodliłem się, usiadłem.
Zobaczyłem może jedną osobę, w czerwonym dość obcisłym sweterku, dżinsach, ani gruba ani chuda, z lewej strony.
Wnętrze kościoła było z lewej strony miejscami dobrze oświetlone, miejscami nie, przede mną biała ściana (mało oświetlone miejsce), brązowe, ale od ciemności czarne podłużne ławki, jak to w kościele, po prawej duże okno, jakaś krata (daleko od siebie te pręty, no… wystarczająco daleko żeby zmieścić głowę, ale jeszcze bardziej odległe od siebie), nie było ono prostokątne.
Na dole tak, ale na górze lekko się zwężało ku górze, zza niego widać było lekko białe światło, więc być może się rozjaśniało.
W pomieszczeniu, oczywiście poniżej niego może jakieś nikłe światło z żaróweczek ledowych słabej mocy.
Nagle usłyszałem że ktoś odpalił silnik, ksiądz siedział po prawej stronie, tak jakby rząd ławki naprzód, na czarno ubrany, w sutannę, widocznie dosiadł się.
„Co to, samochód”?
No widocznie tak, bo samochód ruszył.
Jakoś cofnął się do tyłu i skręcił w prawo, było dość miejsca.
Siedziałem bez ruchu, trochę się chowając bo nie chciałem księdza przestraszyć, w razie gdyby coś było źle to dam znak że jestem obok.
Ten duży, szeroki samochód poruszał się powoli, a po chwili zaparkował po prawej stronie.
Nawet bym się nie spodziewał, że jest to samochód, to zwykłe ławki!
Odezwałem się, zapytałem „czy tak ma być” – „wszystko w porządku” – usłyszałem.
Wtem odezwała się pewna, chyba już ok 50 letnia kobieta z czarnymi, ale nie tak długimi włosami, brązowym ubiorem i beretem koloru słomowo-zielonego.
Poinformowała mnie że będzie wyjazd, wycieczka.
Miejscowości: Czechosławice? Druga miejscowość na „Bol” (może Bolesławice).
Pragnę dodać, że na terenie na którym mieszkałem może i były niziny, ale graniczące z wyżyną, teren rolniczy, wapień…
Myślałem już: „uśpione” miejscowości o takiej porze, pochmurne, ale białe niebo, wczesna pora, wszystko jaśnieje, powoli zaczyna budzić się do życia.
I to obok rzeki, nie tak szerokiej znowu, podobnej do Dniestru albo Zbrucza.
A rodzice? Będą się martwić.
A chuj mnie to obchodzi, jestem dorosły!
Nie poznaję siebie: gdzie to, ja, zamiast siedzieć przy komputerze, dowiadywać się ciekawych rzeczy o świecie, bawić się w instalację i konfigurację systemów operacyjnych, programów miałbym pojechać z własnej woli na wycieczkę?
Pierwsza niechęć która spowodowała ten stan (poprzednie myślenie) to szkoła, może i koledzy (nieciekawi, poza tym „nadmiar ludzi”) oraz komputer.
Chętny na nowe znajomości, przygodę??
Przecież nie chcę być zapomniany! (w momencie śmierci).
Jeszcze chyba nigdy nie pragnąłem jakiegokolwiek wyjazdu (albo przynajmniej nie aż tak).
To wręcz obce mi uczucie!
– Wstęp bezpłatny – zachęcała.
– O której godzinie? – zapytałem
– 19:10
Zdążyłbym pójść do domu i wrócić!
Nie zrozumiałem tylko jednej rzeczy, kiedy powiedziała: nie wszyscy będą.
Jak to: nie wszyscy??
Część nie przyjdzie: nie zdąży? Czy zbiórka wyruszy wcześniej?
Jak pewnie wiecie we śnie kiepsko się myśli.
Chujnia jest taka, że się obudziłem tuż po tym.
Przegrywam życie
2026-05-15 22:45Witam. Mam 20 lat. Właściwie nic w życiu mi się nie ułożyło i nie wyszło. Rzuciłem studia, ponieważ nie satysfakcjonowały mnie one, czułem że uczę się, robię projekty i chodzę tam na siłę, przestałem się uczyć i raczej nie zaliczyłem sesji..Ale przestałem się już starać, olewam wszystko i nie zależy mi już. Ponadto niezbyt dobrze zintegrowałem się z tamtymi ludźmi, niby poznałem jakieś osoby ale o przyjaźniach, dobrym koleżeństwie, wypadach, przygodach.. Cóż nie było u mnie czegoś takiego.. Został mi właściwie tylko jeden przyjaciel i to z liceum i z nim mam dalej dobry kontakt a na resztę ludzi leje ponieważ do mnie nie pasują, ja mam (niestety) unikalną osobowość i nie potrafię zintegrować się z większością ludzi choć chciałbym czasem taką lekkość i swobodę w relacjach co inni ludzie. Niestety przez mój charakter i osobowość zostaje sam. Moje życie miłosne również totalnie leży. Nie chce mi się już nawet opowiadać moich zjebanych historii ale nigdy tak na dobrą sprawę nie miałem dziewczyny, nigdy nie wychodziły mi jakieś próby związków z dziewczynami, zawsze byłem w tej kwestii nieudolny, nieśmiały… W liceum odrzuciła mnie dziewczyna na której naprawdę mi zależało, miałem też parę innych prób ale nic z tego nie wychodziło, ja też parę dziewczyn odrzuciłem. Zawsze marzyłem o udanym i romantycznym związku ale skończyło się na tym że musiałem tylko patrzeć na moich rówieśników jak przeżywają pierwsze miłości, związki, seks itd, podczas gdy ja zawsze byłem właściwie sam choć jakieś próby u mnie były… Teraz już mam tego dosyć, nie mogę nawet patrzeć na dziewczyny/kobiety, na myśl o rozmowie z nimi chce mi się rzygać, przestałem wierzyć w miłość i w to że kiedyś uda mi się stworzyć zdrową relacje romantyczną z jakąś dziewczyną. Byłem ostatnio na masażach erotycznych i wybieram się chyba na prostytutki(jako prawiczek nadal). Patrzę na tych wszystkich szczęśliwych ludzi co mają w życiu cel, pasje, miłość, przyjaciół itd i są po prostu szczęśliwi. A ja tkwię w moim gównie i nie zanosi się żeby miało się cokolwiek zmienić. Kolejną sprawą jest to, że nie mam nawet prawa jazdy. Zdawałem już wiele razy (nie pytajcie nawet ile) i upierdalałem za każdym razem (z mojej winy lub miałem pecha) aż w końcu powiedziałem że to pier**** i zamykam ten temat. Przegrałem tą walkę, teraz już nie pójdę na kolejne egzaminy, jazdy itd bo już mam taką traumę, niechęć i nienawiść do tego wszystkiego że najchętniej bym ich pozabijał i wysadził te placówki w powietrze a nie płacił dodatkowej forsę za kolejne jazdy, egzaminy itd bez żadnej gwarancji że tym razem się uda…Poza tym przez brak prawa jazdy i przez tyle niezdanych egzaminów moje poczucie własnej wartości poszybowało w dół niczym WTC po atakach z 11 września. Czuję się jak bezwartościowe gówno przez to, praktycznie wszyscy moi znajomi/rówieśnicy mają prawko itd a ja jak ostatni frajer zapier***** z buta lub komunikacją miejską. To ogromny minus w towarzystwie, relacjach z dziewczynami itd dlatego też z tego powodu jeszcze bardziej zdystansowałem się od ludzi, nie staram się, nie próbuje już niczego z nikim zbudować, wchodzić w jakiekolwiek związki, relacje itd bo kim ja jestem w społeczeństwie i w oczach dziewczyn bez prawka itd? Pieniędzy oraz pracy również nie mam, utrzymuje mnie głównie moja matka, która ślę mi pieniądze na moje konto żebym mógł się jako tako utrzymać. Jedyne co od życia dostałem w spadku to mieszkanie(ale nie wiem czy na stałe bo to matki)i pomieszkuje sobie sam, ponieważ nie chce żyć z kimś innym choć miałem takie propozycje ale mam naturę samotnika i człowieka niezależnego, nie chce dzielić z nikim przestrzeni życiowej, co moje to moje: spokój, cisza, decyzyjność, wolność, prywatność itd.. Żyje sam i radzę sobie ze wszystkim sam.
Pochodzę z rozbitej rodziny, moi rodzice rozwiedli się kiedy byłem malutki, później ułożyłi sobie życie na nowo zakładając własne nowe rodziny. Znerwicowana, zimna matka, brak przestrzeni i prywatności u ojca, mieszkanie na przemian w różnych domach również w dużej mierze zniszczyło mnie nerwowo, emocjonalnie, zawsze czułem się sam i nie rozumiany a o swoich prawdziwych myślach, kłopotach, marzeniach itd zawsze bałem się i wstydziłem się mówić, swoje myśli, ból i cierpienie zawsze tłumiłem głęboko w sobie, nikt o tym nie wiedział a ja zawsze udawałem że wszystko jest ok. Mimo wszystko to moja rodzina, więc na weekendy jeżdżę do matki, ojczyma i siostry jak i do ojca, macochy, siostry i do dziadków. Jeżdżę do mojej rodziny, właściwie albo spędzę weekend sam albo właśnie z rodziną, ponieważ znajomi mają mnie gdzieś i zresztą vice versa. Kiedyś jednak było inaczej a w szczególności czasy kiedy chodziłem jeszcze do liceum. Wtedy jeszcze wierzyłem że moje życie potoczy się inaczej i że będę szczęśliwy i taki jak „każdy”. Miałem grupkę znajomych, chodziłem na imprezy, wierzyłem w to że znajdę miłość itd, ale potoczyło się inaczej, mojej osobowości się nie oszuka, poza tym płytkość relacji u ludzi, sztuczność, gra pozorów, rozbieżność charakterów i zainteresowań między mną a większością ludzi niesamowicie mnie rozczarowała i już w tamtym okresie zacząłem dystansować się od ludzi i tracić wiarę w to, że jest dla mnie miejsce w „normalnym” społeczeństwie. Teraz to już przeszłość, zostałem życiowym nieudacznikiem i frajerem bez nadziei i celu. Porzuciłem również takie rzeczy jak gra na gitarze czy pianinie ze względu na brak chęci, motywacji i braku satysfakcji z tego płynącej. A kiedyś chodziłem na lekcje tego typu. Zaczynam się zaniedbywać, nie trenuje, nie uprawiam sportu, nie mam ochoty nic robić i z nikim się spotykać a jeżeli już to bardzo rzadko, prawie nic mnie już nie cieszy, właściwie jedynie pykam w gierki na kompie, oglądam yt, filmy itd. Właściwie nie widzę już sensu żeby wogóle wstawać w łóżka i robić cokolwiek. Zamykam się w sobie, i w swoim mieszkaniu i paradoksalnie na ten moment czuje się najlepiej sam ze sobą przed monitorem. Tak wygląda moje życie. A przecież w zasadzie ani brzydki ani głupi nie jestem.. No ale tak to jest jak przez złe zbiegi okoliczności, decyzję, los, różne stany psychiczne, doświadczenia oraz własne lenistwo życie wygląda jak wygląda.. Oczywiście to co napisałem to bardzo uproszczona i skrócona wersja tego co chciałem wam przekazać. Ale gdybym miał napisać wszystko co bym chciał 1:1 to musiałbym napisać 200 stron a nie np 5. W każdym bądź razie nie wiem co będzie ze mną dalej i wątpię aby tacy ludzie jak ja mieli jeszcze szanse na „normalne”, szczęśliwe życie nie widząc sensu i nadziei na lepsze jutro. Nie chce mi się już starać. Zastanawiam się czy zawalczyć jeszcze jakoś(ale nie wiem za bardzo jak) o moje marzenia i przyszłość (bo wiem że mam talenty i predyspozycje ale jestem w stanie rozkładu wartości, nadziei, motywacji itd) czy pieprzyć to wszystko, pykać w gierki i mieć wszystko w dupie i zachować dzisiejszy status quo (beznadziejny ale przynajmniej stabilny) tylko proszę, nie mówcie mi rzeczy typu weź się w garść i żyj bo dobrze wiecie że to tak nie działa. Ja już tyle razy się w życiu na WSZYSTKIM zawiodłem, że nie jestem w stanie znów naiwnie uwierzyć że mogę wszystko zrobić i naprawić, ponieważ już próbowałem no i co? I gówno. Nic mi nie wyszło. Czuje tylko tą cholerną zawiść i nienawiść do ludzi i świata, ogromne poczucie niesprawiedliwości oraz przekonanie że to nie jest mój świat, ani też świat w którym chciałbym żyć, rozwijać się i sztucznie szczerzyć jeb*** uśmieszek. Mam dosyć udawania np. na uczelni że wszystko gra, ciągle zakładać maskę i musieć zachowywać pozory normalności( choć wiele osób już wie/domyśla się że u mnie wiele rzeczy po prostu nie gra) , ale nikt nigdy nie powie mi prawdy w oczy, nie porozmawia, ponieważ boją się szczerości, bolesnej prawdy i nie chcą mieć na głowie moich problemów, lepiej przecież założyć jeb*** maskę, durny uśmieszek i udawać że wszystko gra. Nigdy tego u ludzi nie rozumiałem, dla mnie zawsze liczyła się szczerość i prawda a nie sztuczność i zakłamanie. Na uczelni powoli staje się pośmiewiskiem przez moje „dziwne” lub „nienaturalne” (przynajmniej dla nich) zachowania.
Mam dosyć tego jeb***** życia, tej presji społecznej, poczucia bezsilności i braku możliwości wydostania się z mojej sytuacji… Zbliżają się wakacje, które przepierdze w mieszkaniu grając w gierki, oglądając yt, filmy, śledząc politykę, słuchając muzyki itp lub pójdę do jakiejś zjeb**** pracy. Poza tym wszystko mi już zobojętniało. Stałem się zimny i niedostępny emocjonalnie, nie uśmiecham się do nikogo, nie chce z nikim rozmawiać, przestały interesować mnie kontakty z ludźmi, nie potrafię się już sztucznie uśmiechać i udawać zadowolonego. Choć głęboko jeszcze jakaś cześć mnie błaga o prawdziwe i udane relacje i o prawdziwą miłość(marzenia ściętej głowy).Ale najbardziej boli samotność w tłumie kiedy widzisz te wszystkie pary itd, ludzi którym się ułożyło i nie mieli przejść ani depresyjno-refleksyjnej psychiki tak jak ty. Mam takie myśli że najchętniej wziąłbym karabin i zastrzelił ich wszystkich. Myślę co będzie ze mną dalej: czy jakimś cudem uda mi się odnaleźć w życiu i odbudować się na nowo czy (bardziej prawdopodobne) będę pogrążał się w marazmie jeszcze bardziej i już totalnie zawiodę siebie jak i moją rodzinę. Moja sytuacja jest patowa i nie widzę z niej drogi wyjścia. Nawarstwienie problemów i gówna psychicznego jest dla mnie zbyt duże żeby samemu to ogarnąć. Przez to wszystko jeszcze nabawiłem się jakiejś pierd****** nerwicy i tików że muszę robić dziwne ruchy rękoma i mięśniami szyi jak np idę ulicą. Nie wiem czy jest jeszcze szansa się z tego wygrzebać… I niestety przez to wszystko zaniedbałem i coraz bardziej zaniedbuje różne sfery życia począwszy od utrzymywania porządku, wyglądu, zdrowia, ruchu, pracy nad sobą, nauki, treningu itd. Po prostu przestało mi się już chcieć walczyć z wiatrakami, wolę już moją strefę komfortu i być „wygodnie otępiałym” niż dalej nawinie wierzyć w cuda, starać się, wierzyć, pracować i wierzyć w jakiś przełom. Życie już pokazało mi, że wmawianie sobie że będzie lepiej, że się zmieni, że będę szczęśliwy itd jest w moim przypadku myśleniem życzeniowym nie mającym żadnego pokrycia z rzeczywistością. Wiem, że pozostanie w tym stanie w jakim jestem to droga donikąd, ale na ten moment nie mam w sobie takiej siły, nadziei, pomysłu, ochoty, motywacji i poczucia sensu aby cokolwiek spróbować zmienić. A pozorne próby lub drogi wyjścia z tego zdają mi się być już tylko kolejnym kłamstwem bądź iluzją. Skala bezradności, bezsilności, bezsensu i beznadziei dnia codziennego jest dla mnie kompletnie przytłaczająca. Nawet jeżeli próbuje zmienić coś na lepsze wokół siebie to szybko łapie mnie poczucie bezsensu i daremności moich wysiłków a najczęściej jeszcze coś po drodze się spier****. Stałem się przez to wszytstko otępiały emocjonalnie; zlewam, ignoruje, odpuszczam i nie interesuje się wieloma rzeczami, które „przeciętnego” człowieka ruszałyby, ale działa to też w odwrotną stronę. Ludzie nie są w stanie zrozumieć mojego punktu widzenia. Jestem cynikiem, w nic już nie wierze, nie potrafię żyć inaczej…
Dziękuję za przeczytanie i przepraszam za chaos i nieskładność w tekście, ale to przez to że był on wielokrotnie edytowany.
przegrane zycie w wieku 28 lat
2026-05-15 22:45Witam
Od lat depresji, załamania, braku wiatalności chyba straciłem już kontakt z bazą i juz sam nie wiem czego chcę i co jest dla mnie dobre, dlatego liczę na jakieś porady od Was w jaki sposób przegrać to życie już do końca, żeby chociaż coś pokorzystać. Mam 28 lat na karku i jestem typowym przgrywem, zero dziewczyn, prawdziwych imprez, prawdziwych znajomych itp. Totalnie mnie to kastruje i zabija psychicznie O ile dawalem sobie z tym rady tak teraz nie mam na to już siły.. Jestem też hazardzistom i od 18 roku zycia pracowalem tylko po to zeby grać i spłacać długi. Ciągłe wyjazdy za granice tylko pogorszały moją sytuację i jeszcze bardziej ilozowały mnie od prawdziwego życia. Totalnie ale to toalnie przytłacza mnie swiadomość przegranego życia i utracoiych lat. Jedynym moim celem to teraz korzystanie z usług mlodych dziewczyn zeby cos z tego zycia mieć. Czy można jeszcze coś z tego piekła wycisnąć? czy to koniec?
Czuję się fatalnie
2026-05-15 22:45Od długiego czasu czuję się fatalnie, tragicznie wręcz. Jestem wiecznie zmęczona, nie mam energii na nic. Nienawidzę swojej pracy, a to co mnie satysfakcjonuje nie wychodzi mi bo jestem zależna od innych a inni dają ciała. Moje życie to wegetacja, ogromna wegetacja i nie widzę aby coś się zmieniło. Nie widzę sensu pracy tylko dla pieniędzy w tym życiu bo mam wszystko a człowiek i tak bardzo mało potrzebuje do życia. Nie widzę już sensu istnienia bo jak wspomniałam życie dla pieniędzy i zakupu rzeczy materialnych mnie nie kręci. Nie chcę tak żyć i nie chcę już wegetować. Oddałabym swoje życie za osoby już nie żyjące jak np. moja koleżanka, która zginęła tragicznie kilka lat temu. Ona by wykorzystała swoje życie lepiej niż ja swoje wegetując. Nie widze swojej przyszłości a trwać w tym gównie jak trwam od kilku lat nie mam zamiaru. Jest chujnia na całego i już nie chcę dłużej ciągnąć tej chujni. Jestem załamana swoim życiem. Nic mi się nie udaje do czego dążę. I nie, nie mam depresji jak zapewnie ktoś zaraz napisze. Jestem po prostu niespełniona w swoim życiu na wielu polach a jak chcę do tego dojść to i tak się to nie udaje.
Pilskie zjebane MZK!!!
2026-05-15 22:45No właśnie, które od wielu lat nie może ustalić normalnego rozkładu jazdy autobusów, który byłby w końcu dostosowany do potrzeb mieszkańców miasta Piły!! Co roku układają NOWY rozkład jazdy i co roku jest coraz większa chujnia, by dojechać normalnie z domu do roboty i z powrotem! Przykład z wczoraj – wracam z drugiej zmiany i ten jełop w „6” chyba specjalnie tak wolno jechał, by ludzie nie zdążyli przesiąść się ma „8”, która nota bene znowu zbyt szybko przyjechała w stosunku do rozkładu jazdy!! Efekt – w chuj czasu trzeba czekać na następny autobus „5”, który MOŻE przyjedzie za 100 lat!!! Przypomnę – po robocie, człowiek chciałby szybko wrócić do domu!
Ja pierdolę, czy tej osobie układającej rozkład jazdy zdechła już ostatnia szara komórka we łbie i używa TYLKO „nowoczesnego i postępowego smarkfona” do układania rozkładów jazdy, które z roku na rok są coraz bardziej zjebane ???? Czy ta osoba nie może ustalić RAZ a DOBRZE jednego, DOPRACOWANEGO rozkładu jazdy, który by uwzględniał faktyczne potrzeby mieszkańców miasta Piły i wystarczył na lata ???? Nie, bo po co! Ma być kurwa „nowocześnie i postępowo”!
Chuj z tym „nowoczesnym i postępowym” pilskim MZK, kurwa mać!!!!
Jebany frajer
2026-05-15 22:45Ja wiem że zaraz wszyscy mnie obleją gownem ale jest taki koleś w moim życiu który dymi do wszystkich niczego się nie boi grozi mu odsiadka za alimenty i pobicie swojej kobiety matki swoich dzieci handluje syfem i nic go nie rusza. Przecież normalny człowiek to by zachodził w głowę jak tego uniknąć a on nic lajcik na całego mało kto go lubi nosz kurwa jak to jest zwykłego obywatela będą ścigać za byle gowno a ten chodzi po wolność to co konfident czy co. Krew mnie zalewa jak widzę coś takiego okropny prawilny chłopak a sprzedał by najlepszego przyjaciel byle by uratować dupe. Ile będę tego chuja oglądał powiedzcie mi.
