Wkurwia mnie to, że dalej wciska się młodym ludziom te same gówniane 'prawdy’ życiowe. I to nie tylko przez rodziców, którzy jak wiadomo wiedzą wszystko ale przez szerokiej maści ekspertów z tytułem doktora. O co mi chodzi?
– idź na studia, to będziesz miał dobrą pracę
– wygląd nie ma znaczenia, bądź dobrym człowiekiem a poznasz kogoś wartościowego (iks qrwa de)
– pieniądze szczęścia nie dają, liczy się rodzina
– kup sobie mieszkanie a nie ciągle wynajmujesz, co za problem
– znajdz sobie zone/meza, bo tak trzeba
– zrob sobie dziecko, bo tez tak trzeba
Człowiek słucha takiego pierdolenia no i idzie na jakieś gówniane studia a potem zdziwko, praca nie w zawodzie za jakieś marne 4 albo 5k. I haruje, robi nadgodziny, żeby mieć na wkład własny na mieszkanie, żeby zadłużyć się na resztę życia. Ale swoją karyne/sebe też wypada mieć, rozmnażać się z kimś trzeba. No więc trzeba szybko, już ślub bo „lata lecą” a rodzina ciągle dopytuje, bo oni nie chcą fikać na weselu będąc starymi dziadami – jak najszybciej i z głowy a potem ty się męcz. I tak uświadamia sobie człowiek po x latach, że jest w małżeństwie, w którym nie chce być, ma bąbla co go wkurwia, pracę której nienawidzi i jest zadłużony na resztę życia na swoich 45m^2. Nie dziwię się, ze jest u nas tyle samobójstw. Znam takie przypadki, mój brat wpadł w gówno jak i wielu przyjaciół. Może jeszcze ktoś z was jest w stanie się uratować z tej chujni.
