
W życiu każdego myślącego człowieka przychodzi kiedyś czas kiedy zastanawia się nad istnieniem. Zmagam się z tym tematem od jakiegoś czasu i nie wiem na ile mi się udaje, a także czy w ogóle ma to jakikolwiek sens, oraz czy sukces jest tym co mógłbym znaleźć na końcu tej drogi. Zapraszam Was, Chujowicze, na otwarty post mający na celu rozważania typu naturalnego.
Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że pomijam całkowicie jakiekolwiek religijne elementy nadprzyrodzone. Nie mam czasu na wyimaginowane źródła wydarzeń i zmyślone przyczyny zjawisk w naszym świecie. Są na pewno aspekty fizyki których jeszcze nie poznaliśmy, ale panbócki zostawmy dzieciom.
Chujowiczu, zastanów się jak daleko sięga Twoja pamięć. Czy jesteś w stanie przypomnieć sobie zabawy w dzieciństwie? Czy pamiętasz swoją pierwszą miłość albo zadania domowe? A może Twój „klik” nastąpił jeszcze wcześniej i widzisz oczyma umysłu twarz babci, która nachylała się nad Twoją kołyską? Wydaje mi się, że różnych odpowiedzi na te pytania jest tyle, ilu jest odpowiadających na nie osób. Czy oznacza to, że różne osoby rozpoczęły swoje świadome istnienie w innych latach życia? Czy świadomość jest potrzebna do istnienia? Z oczywistych względów ciężko jest zbadać świadomość dzieci i niemowląt (tak myślę, ale chuj – przyznam szczerze że cały ten post to czysto moje przemyślenia bez żadnych konsultacji naukowych), ale na ile trzyletni ja był już mną? Wiadomo że nieprzerwany ciąg wspomnień i przeżyć kształtuje człowieka na bieżąco, a strumień ten nawet podświadomie zbiera doświadczenia. Osoba nie musi pamiętać molestowania z dzieciństwa żeby wpłynęło ono na jej zachowania społeczne i preferencje seksualne. Odgłosy słyszane we śnie wpływają na sny, więc jak to jest?
Kontynuując temat zbierania wspomnień i rozwijania się wraz z nabytym doświadczeniem, jak udowodnić że na przestrzeni lat ja to dalej ja? Nawet prosta zmiana zdania może wpłynąć na mój charakter. Niechęć do pewnego rodzaju jedzenia może minąć, preferencje smakowe dojrzewają wraz z człowiekiem. Czy ja uwielbiający obecnie brokuły jest tym samym mną, który zwymiotował po pierwszym ich skosztowaniu pięć lat temu? Czy młody dorosły spędzający długie godziny przed komputerem to ta sama osoba, która dwadzieścia lat (i dwójkę dzieci) później w pocie czoła zdobywa szczyty Himalajów? Ludziom łatwo przychodzą słowa typu „ta książka zmieniła mnie i moje życie”. Na ile kłamstwem byłoby powiedzenie, że faktyczny przełom w życiu człowieka zabija jego poprzedni charakter (lub jego części) i zastępuje go nowym? Kulminacją tego nurtu są chyba rozważania zmian charakteru wywołanych starością. Ciężko było rozpoznać moją Babcię po tym jak zachorowała na ostrego Alzheimera, ale wciąż dbaliśmy o nią mając na uwadze nasze wspomnienia z czasów gdy była zdrowa. Nawet bez chorób mózg człowieka zapomina o wielu rzeczach, łatwiej niż uczy się o nowych. Czy z czasem jeden człowiek przeistacza się w kogoś całkowicie innego, być może więcej niż jeden raz?
Zarówno choroby jak i wypadki mogą skończyć się różnorodnymi i łatwo zauważalnymi zmianami w ciele. Osoby które za swoje istnienie uważają własną powłokę cielesną stoją tutaj przed interesującym zagadnieniem, znanym zapewne wielu z Was w wersji np. statku Tezeusza. Jeśli ofiara wypadku kończy z protezą zamiast nogi, w jakim stopniu pozostaje ona sobą? Co jeśli traci przy tym również rękę? A taki kadłubek? Ba, srać na choroby i wypadki – codziennie człowiek pozbywa się milionów jeśli nie miliardów komórek w całkowicie naturalnych procesach zachodzących nieustannie w całym ciele. Biorąc pod uwagę że w wieku powiedzmy trzydziestu lat człowiek nie ma praktycznie żadnych komórek które miał w wieku lat dwudziestu, czy wciąż jest on tą samą osobą? Wraz z większą różnicą czasu łatwiej jest zauważyć różnicę w fizyczności, co przy znajomości procesu starzenia jest dość oczywiste.
Idąc tym szlakiem można więc stwierdzić, że człowiek jest chemią która dzieje się we własnym mózgu. Owszem, neurony umierają i zastępowane są przez nowe, ale reakcje chemiczne jak rozpoczęły się od dzieciaka tak lecą cały czas, prawda? Otóż mam z tym mały problem. Można sobie powiedzieć że ognisko raz rozpalone pali się dopóki, dopóty ma do tego warunki – paliwo, tlen oraz ciepło. Ale przecież patrząc w głąb tego mechanizmu łatwo zauważyć, że sama taka reakcja łańcuchowa to przecież jedna reakcja za drugą. C łączy się z O2, potem następny C łączy się z O2 i tak dalej. Podobnie zapewne w mózgu (przypominam, to tylko moje rozkminy bez żadnego tła więc przepraszam za banały i pretensje) reakcja goni reakcję. Którą reakcją jestem teraz? A teraz? Jak wiele reakcji zakończyło się, ile „pokoleń” reakcji minęło odkąd wydarzyła się reakcja chemiczna która wpadła na pomysł napisania tego posta? Jak dziwnym jest to, że gdzieś w tle dzieją się miliardy innych reakcji których zadaniem jest podtrzymanie pamięci i świadomości na bieżąco, bez wysypania tego wszystkiego po drodze? A jeśli to jest istnieniem, to wracając do osób chorych – w jaki sposób daje sobie radę świadomość osoby która cierpi na choroby mające negatywny wpływ na działanie mózgu? Przypomnę chociażby o rozważanym wcześniej Alzheimerze.
Ostatnim wątkiem jaki chciałem poruszyć jest dodanie do własnej świadomości różnych elementów zewnętrznych. Nawet największy zjeb często dodaje sobie otuchy myślą że może i nic takiego nie osiągnął, ale udało mu się spłodzić dzieci – te z kolei mają szansę pociągnąć jego dziedzictwo i do czegoś dojść. Nie jestem fanem tego podejścia, albowiem nie dość że zrzuca ono odpowiedzialność na inne osoby, ale jest też strasznie leniwe. Wydawałoby się to paradoksalne, ale podobnie myślę ogólnie o braniu zasług jako przedłużki swojego istnienia. Może i obcinam tutaj możliwość dyskusji, niejako zamykam otwartość tego posta, ale według mnie fakt iż przyszłe pokolenia pamiętają czyjeś imię i zasługi (czy to pozytywne w przypadku naukowców i filantropów, czy negatywne od różnorakich przestępców) nie oznacza iż taka osoba kontynuuje swe istnienie pośmiertnie. W końcu będąc w grupie zmarłych nie może myśleć, odczuwać ani doświadczać. Śmierć to koniec i kropka, cokolwiek dzieje się po niej nie ma najmniejszego wpływu na rozważaną osobę.
Zapytacie się może gdzie w powyższym rzygu jakakolwiek chujnia. Te paragrafy to jedynie krótkie, ubrane w język polski i napisane przez przeciętnego kolesia streszczenie myśli które nie dają mu spokoju. Jest to tym bardziej irytujące, biorąc pod uwagę jak mały tak naprawdę wpływ mają one na moje życie codzienne. Chuj mnie obchodzi czy umieram sto razy na sekundę, czy zamiast lat trzydziestu mam ich dwadzieścia bo przez dziesięć lat byłem niedojebanym dzieckiem bez pomyślunku. Ale mimo to te tematy spędzają mi sen z powiek ponieważ wydają się być tak naturalne, tak spojone z codziennością i wręcz ukryte w świetle dnia. Podzielcie się proszę swoimi myślami, przyjmę nawet Wasze opierdole za lanie wody, gramatykę i ortografię. Dadzą mi one świadomość że jestem i żyję.









