Jakiś czas temu, byłem na kontrakcie w Senegalu.
Praca w szeroko pojętej energetyce, mniejsza o szczegóły.
W każdym razie, był to mój pierwszy, tego typu wyjazd i w dodatku do egzotycznego kraju.
Cieszyłem się na jak dzieciak.
Zacząłem czytać o Senegalu i oglądać filmy bo chciałem dowiedzieć się jak najwięcej o miejscu, gdzie będę mieszkał przez najbliższe pół roku.
Podróż była dość męcząca bo z Polski, nie było i chyba nadal nie ma bezpośrednich lotów do Senegalu.
Najpierw poleciałem do Niemiec i dopiero stamtąd, miałem bezpośredni samolot do Dakaru, stolicy Senegalu a co ciekawe, połączenie było obsługiwane przez tureckie linie lotnicze.
Nie wnikałem dlaczego i w sumie, nie miało to dla mnie znaczenia.
Ciekawa podróż zaczęła się jednak dopiero w Afryce.
Najpierw był problem ze znalezieniem człowieka, który czekał na mnie z kartką, zupełnie jak w filmach.
Okazało się, że pasażerowie wyszli innym „gejtem” niż podano do wiadomości i zrobiło się zamieszanie, bo przy nowym wyjściu czekała grupa ludzi na inny samolot, który miał opóźnienie.
W końcu, udało się spotkać i razem udaliśmy się na kolejny samolot, tym razem do mniejszej miejscowości.
Był to stary Antonov, pamiętający jeszcze czasy Breżniewa.
Pasażerów było czterech, ja i mój nowy towarzysz oraz jakichś dwóch gości, których nie znaliśmy i w ogóle z nimi nie rozmawialiśmy.
Oni z resztą, gadali ze sobą po francusku i prawdę mówiąc, nie wiem kim byli.
Sporo latam służbowo ale taką maszyną, leciałem pierwszy raz w życiu i jak się okazało, nie ostatni.
Przyznam, że miałem lekkiego stracha bo samolot nie dość że stary to nie wyglądał na w pełni sprawny i zadbany.
Miał trochę ubytków lakieru, jakieś przybrudzenia a nawet nitowaną, sporą łatę z boku kadłuba.
No, nie wyglądał dobrze.
Poza dwoma pilotami, starszym Azjatą, pewnie jakiś emerytowany pilot z Korei lub Chin oraz dużo młodszy, czarny jegomość, raczej miejscowy.
Widać było wyraźnie, że Azjata był tam szefem i wszyscy się go słuchali a sam, robił dobre wrażenie i wyglądał na rozsądnego i doświadczonego pilota.
Młodszy, był raczej na początku kariery lotniczej.
Tych dwóch pilotów, stanowiło jedyną załogę i nikogo więcej z personelu, z nami nie było.
Jeden z pilotów, ten młodszy, poinstruował nas, co i jak i wrócił do kokpitu, który z resztą, był cały czas otwarty a właściwie, nie miał drzwi w ogóle a jedynie małe przepierzenie z zasłonką, która była związana na supeł i zarzucona na za jakąś poręcz.
W samolocie nie było kibla czy poczęstunku.
Jedynie po butelce wody, którą ktoś wcześniej położył na fotelach.
Lot miał trwać niecałą godzinę więc bez kibla da się wytrzymać.
Największy stres miałem gdy rozpoczęło się przygotowanie do startu.
Piloci zapuścili silniki i dostali zgodę na kołowanie.
Dźwięk tych silników, o dziwo wydał mi się wyjątkowo spokojny i cichy, spodziewałem się ogromnego hałasu jaki panuje w ruskich helikopterach.
Raz leciałem Mi8 i tam własnych myśli nie słychać i bez interkomu nie ma szans na rozmowę.
Czar prysł jednak w chwili rozpoczęcia startu, gdy silniki weszły na pełną moc startową.
Wówczas cały kadłub wpadł w wibracje a hałas stał się niewiele mniejszy niż we wspomnianym helikopterze.
Dopiero w powietrzu, gdy piloci nieco odpuścili moc, wszystko się w miarę ustabilizowało.
Lecieliśmy na pułapie 4000m i ani metra wyżej a to ze względu na fakt, że kadłub nie był hermetyczny.
Kapitan, mówił na głos o każdej zmianie prędkości czy wysokości.
Widocznie zależało mu na tym, aby pasażerowie mieli świadomość sytuacji a może taki miał obowiązek, nie wiem.
Nie było jednak to, co robią w Japonii, gdy piloci czy maszyniści pociągów, na głos powtarzają czynności i napotkane znaki.
Robią to nawet w sytuacji, gdy w kabinie są sami.
Nasz Azjatycki pilot mówił to wyraźnie do pasażerów bo zawsze odwracał się do nas, gdy podawał jakiś komunikat.
Młodszy pilot, Senegalczyk, rozmawiał jedynie z kapitanem i do nas, nie odzywał się wcale, poza małą instrukcją przed startem.
Piękne widoki miałem za oknem, nie było zachmurzenia a popołudniowe słońce, które powoli zmierzało ku zachodowi, nadawało niesamowitej barwy i człowiek miał wrażenie, że w tej chwili, cały świat tak wygląda.
Przed lądowaniem, zrobiliśmy szerokie koło nad lotniskiem bo trzeba było siadać od przeciwnej strony, niż przylecieliśmy.
Samo lądowanie było bardzo delikatne, żadnego uderzenia i podskakiwania.
Ciekawe było to lotnisko.
Dość krótki pas ziemny i dwa baraki.
Jeden pełnił rolę terminala a drugi, pewnie hangaru.
Był zamknięty i nie wiem, co w nim było.
Przy lądowaniu, samolot zostawił za sobą tumany kurzu, które na skutek zmiany kierunku wiatru, dogoniły nas i momentalnie znaleźliśmy się w wielkiej chmurze, szaro żółtego pyłu.
Niestety, nastąpiło to już po wyjściu więc wszyscy byliśmy nieźle umorusani i każdy pluł piachem, dosłownie.
Nie był to jednak koniec podróży bo przed lotniskiem, czekał na nas mały bus.
Samo lotnisko z resztą pełniło rolę centrum miejscowości.
Był tam bazar, przystanek autobusów, posterunek policji, przychodnia, szkoła dla dzieci i jakieś małe warsztaty usługowe.
Można powiedzieć, że całe życie kręciło się wokół lotniska i przez cały dzień, mieszkańcy przebywali w jego pobliżu a na pas startowy, można było wejść z każdej strony bo obiekt nie był nawet ogrodzony.
W pobliżu samego pasa, kręciły się psy i bawoły.
Klimat jak z filmów Indiana Jones lub podróży Tonyego Halika.
Wsiedliśmy do zdezelowanej Toyoty i ruszyliśmy do miejsca docelowego.
Droga trwała dość długo ale nie ze względu na odległość ale jakość drogi oraz różne trudności napotkane po drodze.
Na przykład duża ciężarówka, której kierowca niefortunnie złapał pobocze i naczepę ściągnęło mu do rowu.
Nie mógł o własnych siłach wyrwać się z potrzasku a samochód tak się ustawił, że nie dało się przejechać.
Wysiedliśmy wszyscy i solidarnie, zabraliśmy się za wypychanie pojazdu ale był za ciężki, nie dawaliśmy rady.
Po niedługim czasie jednak, przyjechała inna ciężarówka i wyciągnęła kolegę.
Droga odblokowana, można było jechać dalej.
Później jeszcze trzeba było dotankować z baniaka oraz poczekać aż przejdzie stado krów, które pędzono z pastwiska do zagrody.
Po dojechaniu na miejsce, byłem tak padnięty, że praktycznie od razu rzuciłem się na wyro i zasnąłem, nie obejrzałem nawet pokoju, w którym mnie zakwaterowano.
Rano, obudził mnie jazgot papug i silnik jakiegoś motocykla bez tłumika, który warkotał na całą okolicę.
Naszego busika już nie było a wokół rozpościerał się przepiękny widok i wspaniała przyroda Afryki.
Miło wspominam ten wyjazd, to na prawdę był fajny czas i niesamowita przygoda.
Tak sobie myślę, że chętnie wybrałbym się tą samą trasą ale tym razem prywatnie, turystycznie a mając czas, mógłbym dopiero docenić to wszystko.
Nie mam tylko pojęcia, czy to lotnisko nadal istnieje, czy Antonov jeszcze lata i czy jeżdżą busiki.
To wszystko, działo się dwadzieścia lat temu ale pamiętam, jakby to było wczoraj.
Afrykańska przygoda
2026-05-15 22:330
0
