
Wiem, że nikogo tutaj nie obchodzi moja historia, większość i tak nie doczyta, a jeśliby i nawet ktoś to zrobił to pojedzie po mnie w komentarzu jak po burej suce (i być może słusznie) ale bardzo potrzebuję to z siebie wyrzucić. Z tej strony dość atrakcyjna już prawie 30stka. Wiem, że podobam się mężczyznom, odwracają się za mną na ulicy, gapią, czasem proszą o telefon albo instagrama. I mimo to… niewyobrażalnie samotna. Jedyne o czym zawsze marzyłam to miłość – ten jeden jedyny, ukochany, który byłby pierwszym i ostatnim. Na niczym innym mi specjalnie nie zależało. I tak oto wszystko inne wyszło mi idealnie – zdrowie, uroda, pieniądze, znajomi, świetne studia i fajna praca – wszystko jest. A tej upragnionej miłości jak nie było, tak nie ma i wiem, że już nie będzie. Ta samotność jest jak czarna dziura wciągająca całą radość płynącą z innych rzeczy, potworna, no nie do zniesienia. Moje życie, pozornie idealne, jest tak koszmarnie puste, zimne i ciche, że chce mi się wyć w poduszkę. I wiem, że będzie już tylko gorzej. Dałam z siebie wszystko, żeby tego mężczyznę znaleźć; chodziłam wszędzie, poznawałam nowych ludzi, ile miałam randek nie zliczę, szacuję, że koło 30-40 i zawsze dawałam kosza. Nic nie czułam do żadnego, ciągle gryzło mnie takie mocne głębokie przekonanie, że to nie ten. Nie żałuję, nie chciałam nic robić wbrew sobie, do niczego się zmuszać. „Karuzeli” nigdy nie było i nie będzie, bo nie mogłabym dotykać kogoś, kto mi się nie podoba. Także żyję prawie 30 lat i nigdy się nawet nie całowałam. Niczego nie żałuję, gdybym mogła cofnąć czas, nie opuściłabym wymagań i na pewno nigdy tego nie zrobię. Mam do wyboru tę okropną samotność, jałowe życie w pojedynkę, albo totalną zdradę siebie, swoich emocji, wszystkich marzeń, instynktów i pragnień, które od większości mężczyzn mnie dosłownie odrzucają. To jeszcze gorsze, więc wybieram samotność, ale jest mi po prostu cholernie przykro, że tak to wygląda.









