
Mam kontakt z różnymi ludźmi, z różnych branż, ale nigdy nie spotkałem drugiej tak spierdolonej dziedziny fachowców jak informatycy.
Zawsze starają się wszystkich ustawić pod siebie, swój harmonogram pracy oraz sposób komunikacji, a także przede wszystkim swoje potrzeby. Najprostsze rzeczy robią w taki sposób, że tracą na to masę czasu lub po prostu z problemu A przechodzą na jakieś nieistotne problemy w punkcie B, który nigdy nikogo nie interesuje. Nawet zakładając, że jest to istotna sprawa, aby usprawnić problem A, to nie potrafi taki patafian jeden z drugim przekazać informacji i w prosty sposób wytłumaczyć, że rozwiązanie problemu A zajmie 3 godziny dłużej, bo A nie będzie funkcjonować bez B, z takiego i takiego powodu. Zawodzi komunikacja, albo jej brak. Najprościej po chłopsku tłumacząc, jadą z Warszawy do Rzeszowa, przez Szczecin.
Zawodzi komunikacja. Oczywiście jak się człowiek nie upomni (najlepiej wg nich kurwa mailowo, bo telefonu jeden z drugim padalec nie potrafi odebrać) to nie ma chuja, żeby przekazał, że czegoś nie może zrobić z tego i tego powodu.
Niestety, większość tych gości, to są młode chłopaki, najczęściej w wieku 20-30 lat, (chociaż i o starszych informatykach, też nie mam wcale lepszego zdania) i poważną pracą nigdy się nie strudzili. Dlatego w swojej pracy mają chaos organizacyjny, podobny do życia prywatnego (być może nawet i większy) i wynika to tylko z tego, że w innych sferach życiowych to po prostu życiowe ciamadajdy.
Większość rzeczy, człowiek musi robić sam lub poprawiać po tych sierotach i to najczęściej w nadgodzinach, bo tamci się wiecznie nie mogą z niczym wyrobić.
Najgorsza grupa zawodowa z którą miałem i mam do czynienia – duże dzieci, które udają, że pracują. Chujnia i śrut.