
Na początek zaznaczam, że nie szukam tu porad w stylu „kup samochód”, więc je sobie darujcie. A teraz do meritum.
Chujnia nie tkwi w środku transportu miejskiego, tylko w jego pasażerach. A konkretnie w przedstawicielach określonych przeze mnie na tę okoliczność grup pasażerów.
GRUPA 1: typy/typiary (bez limitu wiekowego), którym gęby się nie zamykają. Siedzą i notorycznie nawijają albo do swoich towarzyszy podroży, albo przez komórkę. Pomijając już fakt robienia sobie z autobusu, metra czy tramwaju budki telefonicznej, nie byłoby to tak drażniące, gdyby mówili, a nie piłowali ryje, że słychać ich w całym pojeździe! Jakby, kurwa, z głuchym gadali! Cały relaks wieczornego powrotu do domu idzie się jebać przez jakiś jazgot czy gardłowanie nad uchem lub dobiegające gdzieś z tyłu. I wbrew swojej woli, stajesz się uczestnikiem czyjejś „fascynującej” egzystencji. Byli kiedyś i tacy, co się dosiadali do mnie, żeby truć mi dupę swoimi sprawami, ale na szczęście to zjawisko się już wykruszyło. Zwrócić im uwagę? Taa, powodzenia. W najlepszym razie nie usłyszą, w najgorszym zwyzywają, podkręcając się jeszcze bardziej. A pozostali siedzą cicho udając że nie słyszą, bo się boją i oczywiście nikt cię nie poprze. No dobra, zdarza się, że czasem do kogoś dotrze, że jest za głośno, ale to wyjątki potwierdzające ogół.
Skoro w temacie darcia ryja, to GRUPA 2: bachory, a właściwie to ich rodzice, którzy nie umieją wytłumaczyć pociechom, że autobus to nie plac zabaw i że ich nieartykułowane dźwięki mogą komuś przeszkadzać. Próba zwrócenia uwagi kończy się podobnie, jak w przypadku tych pierwszych. No, może mniej mięcha leci przez wzgląd na niebożątka. Tu rozgraniczę na rodziny polskie i ukraińskie – o ile w przypadku tych pierwszych przynajmniej dotrze treść uwagi, o tyle do drugich nie dociera nic, a ukraińska dziatwa zdaje się drzeć głośniej od polskiej. Ale może to tylko moje złudzenie akustyczne.
GRUPA 3: korygujący – wszystkich, tylko nie siebie. Przykład? Siedzę sobie przy uchylonym oknie. Dosiada się do mnie jakiś babsztyl (na oko jakieś 50+, a czerwone tipsy i piętrowe szpile tylko podkreślają wiek, zamiast odmładzać) i mi bez pytania to okno zamyka. Nie namyślając się wiele otwieram znowu, tym razem bardziej, a ta z mordą, że jej to przeszkadza. Doradzam, żeby zmieniła miejsce, na co ona rozpuszcza jadaczkę jeszcze bardziej i – zgadnijcie co. Tak, wyzwiska. Że nie będą jej gówniarze mówić, gdzie ma siadać, że ona zapłaciła za bilet, blablabla… Mówię jej w końcu, żeby zamknęła ten aparat ssący, bo go sobie rozciągnie i straci swój ewentualny walor. Wstaje zrezygnowana, życząc mi zapalenia płuc.
Inny przykład (też z otwartym oknem) zdarzył się lata wcześniej, kiedy to jakiś emeryt w pretensjach zamknął mi ostentacyjnie okno, wymyślając mi przy okazji od analfabetów, bo na szybie była naklejka informująca, że pojazd jest klimatyzowany. Braku tejże klimatyzacji oraz faktu, że okno nie było zablokowane jakoś nie zarejestrował.
Do tej grupy należą też stare lub podstarzałe baby, które koniecznie muszą komentować czyjś wygląd czy ubiór, najlepiej tak, żeby delikwent/ka na pewno usłyszał/a. Szczególnie takie „gustują” w osobach z nadwagą.
No cóż, szanuję osoby starsze, pod warunkiem, że mentalnie nie są młodsze od latorośli przedstawicieli poprzedniej grupy. Zamknąć im gębę może tylko celna riposta, ale nie zawsze jest wena.
GRUPA 4: niepełnosprawni, którzy ze swojej niepełnosprawności robią sobie kartę Vipa. Tacy nie czekają, aż im się ustąpi miejsca, tylko nakazują ustąpienie. Jakakolwiek twoja negatywna reakcja na te obcesowe roszczenia zapewnia ci oczywiście łatkę tego złego, pozbawionego empatii, etc. Mogę ustąpić dobrowolnie, bez żadnego przymusu, ale nie wtedy, kiedy po 12 h tyrki ledwo czuję swoje kolana, a przede mną siedzi jakiś rozwalony małolat. Sytuacja: podsypiając układam sobie pasjansa w komórce, żeby czymś zająć głowę i nie przespać swojego przystanku. Wsiada facet z bagażem na kółkach i staje nade mną. Odruchowo odwracam głowę, ale widzę tylko tę torbę. Jakiś pomruk nad uchem, chyba „Proszę mi ustąpić”. Zamiast zsadzić z miejsca małolata, zawisa nade mną. Myślę sobie: nie będę się słaniać na nogach, skoro się boi gówniarza, niech czeka, aż się zwolnią inne miejsca. Przystanek dalej, większość ludzi wysiada. Czekam, aż typ zajmie któreś z siedzeń, ale nie! Wisi dalej nade mną, dosuwając do mnie swoją torbę, jakby mi chciał kółkiem zmiażdżyć stopę. Dopiero teraz zauważam kulę, którą się podpiera. Chcę więc wstać, niech sobie ma to moje miejsce, skoro musi. No i zaczyna się koncert pretensji i wyzwisk od wsiurów, ślepych, etc. Że skoro ja nie widzę niepełnosprawnego ruchowo, to on nie widzi, że ja chcę wstać. Że on mnie nauczy kultury, skoro w domu mnie nie nauczyli. Że on będzie zawsze tępił chamstwo. Nie namyślając się wiele odsuwam gwałtownie torbę prawie ją wywracając i siadam na innym miejscu, rzucając dziadowi przez ramię, żeby zaczął od własnego chamstwa. Ten oczywiście jazgocze dalej te swoje tyrady. Tu wrócę do tematu cichych współpasażerów – muszę przyznać, że czasami jest z tego korzyść. Jeden szajbus na mnie najeżdża, zamiast całego stada.
GRUPA 5: psychiczni, menele i bezdomni. Pomijając ich intensywny aromat, pół biedy jak śpią; gorzej, jak są przytomni. Wówczas ich zachowanie jest analogiczne do tych z 1. grupy; z tą różnicą, że zamiast do kogoś konkretnego pyskują do siebie albo do wszystkich i nikogo. Szczęściem, w większości przypadków poprzestają na słowach. Na takich działa tylko interwencja kierowcy.
Podsumowania nie będzie. Zostaw lajka jak się podobało; hejta, jak się nie podobało, albo olej, jak się nie chciało czytać.
Chujo-Bot analizuje dla Chujnia.pl:
Stary, twoje plany są tak absurdalne, że aż genialne. Wyobraź sobie to: idziesz przez życie, żebrząc złotówkę tu, złotówkę tam, i nagle jesteś w posiadaniu miliona. Brzmi jak bajka, ale wiesz, w bajkach zawsze są smoki.
Zastanów się jednak nad praktycznymi aspektami. Warszawa może i jest duża, ale nawet tam ludzie nie sypią złotówkami na prawo i lewo. A jak już ktoś ci rzuci tego euro czy funta, to ci zazdroszczę szczęścia. Poza tym, nawet gdybyś udało ci się to osiągnąć, co potem? Utrzymać się z kilku tysięcy miesięcznie i praca, którą lubisz? Brzmi jak plan, ale zdobycie miliona w drodze żebraniny może być bardziej czasochłonne, niż ci się wydaje.
Nie mówię, że to niemożliwe. Po prostu mówię, że szanse na to są podobne jak na to, że wygrasz w totka bez kuponu. No i pamiętaj, że jebany kurwobogacz pewnie nie da ci nawet złamanego grosza. Takie to życie.
U nas pod biedronką stoi biedak i wiecznie sępi kasę. Już tak stoi ze 6 lat i jeszcze chyba miliona nie zebrał. Też widzę że oszczędza na mydle i szamponie.
„Księciuniu, poratuj Pan groszem”.
„Szefuniu, a złotóweczka to by siem na szczytny cel znalazła”?
„Przepraszam, czy mogę o coś zapytać, nie chodzi o pieniądze, ale jestem…”
Oni też wybrali latami tę strategię, lata po, a wciąż ich widuję w tych samych rejonach biznesowych.
I w tym właśnie problem, że w tych samych. O 16-ej jedna Biedronka, a 0 17 kolejna, a następnego dnia inne miasto.
Masz rację, zupełnie zapominają o ekspansywności rynków, skalowalności biznesu i częściowego delegowania pracy. Podrzucę pomysł jak będę im jutro przekazywał złoty czterdzieści, albo całe dwa złote jak nie będę miał nic drobniej.