Dużo się wspinam.
Ośmiotysięczniki zdobywałem bez tlenu, w trampkach i dresie.
Oczywiście bez aklimatyzacji.
Lecę samolotem do najbliższego miasta, potem helikopterem dostarczają mnie w miejsce, gdzie zaczynają się wszystkie wyprawy, wyskakuję ze spadochronem a po wylądowaniu od razu rozpoczynam atak szczytowy.
Nie zakładam obozów, nie robię przerw.
Kilka razy nawet zapomniałem odpiąć spadochron i ciągnął się na sam szczyt ale nawet nie zauważyłem tego.
Po zdobyciu szczytu, siadam na godzinkę, dwie i kontempluję panoramę.
Wstaję i rozpoczynam zejście ale najczęściej znajduję żleb i zjeżdżam na piętach lub tyłku.
Owszem, czasem się skaleczę o kamień ale cóż, wspinaczka wysokogórska wymaga poświęceń.
Lubię też nurkowanie.
Często nurkuję w Pacyfiku a szczególnie upodobałem sobie rów mariański
Schodziłem na samo dno wielokrotnie, bez akwalungu, tylko w czepku i okularach.
Cały czas na bezdechu.
Jeden oddech na powierzchni, spokojnie wystarcza na cały dzień nurkowania.
Najdłużej na dnie rowu mariańskiego przebywałem siedem godzin.
Wynurzyłem się tylko dlatego, że sikać mi się chciało a na tej głębokości nie można się odlać ze względu na ciśnienie wody.
Kolejną, ekstremalną dyscypliną, którą uwielbiam to loty orbitalne.
Startuję najczęściej z Florydy i czasem z Gujany Francuskiej.
Sam start jest relatywnie tani albowiem potrzebuję tylko silnik, na którego szczycie przyspawane jest barierka.
Wchodzę tam po drabince i startuję.
Przez cały lot, stoję i trzymam się barierki.
Na orbicie puszczam się i swobodnie okrążam Ziemię a gdy mi się znudzi lub zgłodnieję, to po prostu opuszczam orbitę i spadam swobodnie a wtedy, lubię celować w Pacyfik i prosto z orbity nurkuję na główkę i zatrzymuję się dopiero na dnie wspomnianego już rowu mariańskiego.
Nie muszę wspominać, że na orbitę zakładam jedynie krótkie spodenki i koszulkę.
Lubię też szachy i znaczki pocztowe.
Uprawiam sporty ekstremalne
2026-05-15 22:330
0
