
Obudziłem się w środku nocy, było mi zimno i niewygodnie.
Wszystko mnie bolało a w uszach dudnił nieustanny, monotonny szum oraz lekki gwizd, po cichu, gdzieś w tle lecz słyszalny.
Gdy w końcu otrzeźwiałem i całkowicie się obudziłem, stwierdziłem że nie mogę się ruszyć, wokół panowała ciemność i co dziwne, czuć było wilgoć, ba, to było jak bryza na wietrze lecz nie było to przyjemne doznanie i nie miało nic wspólnego ze wspomnieniami z letnich wakacji nad morzem.
Ta bryza cuchnęła paliwem i olejem hydraulicznym.
Ból stawał się nie do zniesienia, moje nogi w czymś utkwiły, coś ciężkiego na nich leżało.
Nie mogłem się jednak poruszyć, nawet dłonią, niczym.
Przewracałem jedynie oczami, przeczesując przerażającą ciemność a uszami próbowałem nasłuchiwać nie mniej strasznej ciszy.
W tym momencie poczułem strach i jak się później okazało, nie po raz ostatni w trakcie tego rejsu.
Nazywam się Brox i jestem kucharzem na okręcie Blue Eye, należącym do anonimowego miliardera-filantropa, który nieodpłatnie wynajmuje jednostkę instytutowi oceanograficznemu.
To trochę irracjonalne, że pływający ośrodek badawczy, jest w rzeczywistości luksusowym jachtem z wnętrzami żywcem wyjętymi z pałacu królewskiego.
Owszem, gust tajemniczego właściciela nie jest zbyt wyszukany ale nikt tego głośno nie komentował z uwagi na zasługi tego człowieka dla nauki.
To był temat tabu lecz przyznam, że naukowcy, szczególnie ci młodzi, na studenckich stażach lub doktoranci, chichotali wieczorami i zabawiali się w paniczów i sługi.
Moja kajuta była tuż obok a dzieliło nas zaledwie jedno pomieszczenie z zapasem papierowych ręczników.
Cisza wokół stawała się gorsza od ciemności.
Dlaczego nikt nie woła, dlaczego nie słychać żadnych kroków ani jakichkolwiek dźwięków poza tym uciążliwym szumem i towarzyszącym mu piskiem, który mimo że cichy, zaczynał boleśnie wbijać się w mój umysł.
Nagle coś tą monotonię przerwało, głośny szczęk metalu, jakby ktoś rzucił kawał żelaza na metalową podłogę.
Echo uderzenia poniosło się po całym pokładzie i w tym momencie włączyło się oświetlenie awaryjne.
Przez krótką chwilę pojawiła się nadzieja że przyszli ludzie, że ktoś tu jest lecz szybko zrozumiałem, że to zadziałał awaryjny transformator elektryczny.
Na szkoleniu u armatora, ostrzegano nas że w przypadku awarii zasilania, ten transformator uruchamia się bardzo głośno i bez ostrzeżenia.
Rozejrzałem się wokół i zrozumiałem, że ciemność z której wydobył mnie automatyczny przełącznik, była zbawieniem wobec tego, co ujrzałem i gdzie się znalazłem… CDN