
Jestem nieszczęśliwym człowiekiem, ale nie zawsze tak było. To jest zabawne, bo paradoksalnie kiedy byłem studentem to byłem biedny, nie miałem grosza przy duszy, rodzice biedni i ciężko było o jakiekolwiek pieniądze. Czasami coś wpadło to człowiek wydał na jakieś drobne przyjemności, poszedł na jakąś kawę, spacer ze znajomymi i się cieszył. Na studiach poznałem dziewczynę i jestem z nią do tej pory. Po skończeniu studiów okazało się, że zacząłem nieźle zarabiać. W ogóle się tego nie spodziewałem. Na tyle, żeby jeszcze odłożyć i zainwestować coś.
Po jakimś czasie jednak w moje życie wkradło się nieszczęście i nawet nie zauważyłem kiedy to przestałem czuć radość. Życie zdominował mi lęk o przyszłość, chciwość i obsesja na punkcie pieniędzy. Zacząłem odmawiać sobie wszystkiego, odkładać, az uzbierałem dużą sumę. Część pochodzi ze zwrotu z zyskownych inwestycji, ale nie uważam, że to były moje umiejętności, a bardziej szczęście i trochę wiedzy. Tym bardziej mam syndrom oszusta.
Ciągle się martwię swoimi pieniędzmi, jestem coraz bardziej nieszczęśliwy, bo boję się utraty wszystkiego i wyśmiania przez innych, że jestem nieudacznikiem , bo wiem, że i tak ludzie oceniają innych na podstawie pieniędzy.
Nie potrafię czerpać radości z życia i przeliczam wszystko na pieniądze, zazdroszcząc w duchu utracjuszom, którzy nic się nie przejmują i wydają pieniądze jak ludzie na przyjemności, wyjazdy, na jakieś życie to nie mają potem wyrzutów sumienia.
Jak ja to zrobię to staram się przekonać, że się nie przejmuje, ale w duszy zawsze jest ukłucie. Mam już dość swojego życia. To jest jakaś mania chciwości. Podkręcają to jeszcze moi znajomi. Jesteśmy na etapie dorabiania się to rozmowy o wszystkim zdominowały pieniądze.
Dałbym wszystko, żeby zresetować swój mózg do zera. Nauczyć się czerpać radość z życia. Olać te pieniądze, dane ekonomiczne, politykę, inwestowanie i spokojnie sobie żyć. Nie wiem jak to zrobić. Teoretycznie wiem co mną kieruje, ale w praktyce nie wiem jak to zastosować. Boję się, że mam już tak zepsuty mózg, że ludzkie pojęcie przechodzi.
Chciałbym być dawnym sobą, może biednym, z gorszymi rzeczami, tańszymi markami od otoczenia, ale przynajmniej szczęśliwy, bo w ogóle się nie przejmowałem tym co gryzło ludzi. Miałem wysoką samoocenę. Teraz mam mnóstwo pieniędzy, a samoocena jest zerowa, mam wrażenie, że na to wszystko nie zasłużyłem, że miałem tylko szczęście, że moje nieudacznictwo i tak doprowadzi do straty tego wszystkiego w przyszłości. Mam taką labilność emocjonalną. Jak coś mi wyjdzie to czuję się nadmiernie pewny siebie jaki to ja sprytny nie jestem itd. No, a jak gdzieś dam ciała to czuję się jak gówno. To są skrajne stany od euforii aż do załamania. Brak spokoju ducha.
Może ktoś z was poradzi mi coś jak przywrócić dawne myślenie, wyjść ze spirali porównywania się z innymi. Zacząć patrzeć na siebie.









