Moja indolencja matematyczna osiągnęła wyższy poziom

We wrześniu zostałem uczniem 4 klasy technikum(przedostatniej). To czego zaczęliśmy się uczyć z matematyki dosłownie przerosło mnie już całkowicie. Do tego stopnia że nie potrafię już rozwiązywać zadań nawet gdy uczę się schematów rozwiązywania zadań z podręcznika. Nie jestem w stanie zrozumieć co skąd się bierze. W głowie totalna pustka, mózg w ogóle mi nie pracuje ani na lekcjach matematyki ani gdy sam próbuję się czegoś nauczyć. Efekt? Jeszcze nawet wrzesień się nie skończył a już mam trzy jedynki z matematyki. Jedna z zadania domowego, druga z odpowiedzi przy tablicy a trzecia ze sprawdzianu. Naprawdę fantastycznie rozpoczął się dla mnie rok szkolny nauki w 4 klasie technikum i jeszcze przed końcem września w zasadzie jestem już pewniakiem na jedynkę na półrocze z matematyki. A biorąc pod uwagę to że od 25 listopada do 20 grudnia mamy praktyki zawodowe to nie mam dużo czasu na poprawę swojej sytuacji. Oliwy do ognia dolewa nauczycielka matematyki która jest coraz bardziej wredna i surowa. Na ostatni dzień września czyli za tydzień zaplanowana jest poprawa sprawdzianu. Już nawet nie chce mi się do niej podchodzić.

Ani mamie ani tacie nie mam zamiaru mówić o tych trzech jedynkach. Choć co się odwlecze to nie uciecze – dowiedzą się na wywiadówce a wtedy będą na mnie wściekli. Zamiast skoczyć za mną w ogień. Że też muszę bać się swoich rodziców kiedy mam narastające problemy z tylko jednego przedmiotu. Szczególnie mój tata. Jak jest dobry to jest dobry jak miód a jak wpadnie w złość to nie ma żartów. Ech, psychika w strzępach…

Od początku technikum trują nam wszystkim że matematyka przydaje się w dorosłym życiu. Lecz ja już wiem że ta matematyka na poziomie szkoły średniej do niczego nie przyda mi się w dalszym życiu. Bo kiedy przydadzą mi się logarytmy, funkcja liniowa i kwadratowa, trygonometria, planimetria czy wyrażenia wymierne?

Na koniec zagadka – o kim świadczy to że aż 2/3 klasy dostaje jedynkę ze sprawdzianu z matematyki? Nagle przypadkowo uczniowie stali się tacy tępi? Czy to nauczycielka nie umie uczyć i gnoi uczniów?

Czarna rozpacz mnie już ogarnia…

3
1
Pokaż komentarze (2)

Komentarze do "Moja indolencja matematyczna osiągnęła wyższy poziom"

  1. chujowiczu! zarabiaj z kluu.pl, bez działalności gospodarczej, konto automatycznie weryfikowane
  2. „o kim świadczy to że aż 2/3 klasy dostaje jedynkę ze sprawdzianu z matematyki?”

    O klasie, w której 2/3 to tępe matoły, które uważają, że wszystko powinni dostać na tacy. Jeżeli mimo podania na tacy, z jakiegoś powodu nadal nie odróżniają pierwiastka od logarytmu, to powinni wypierdalać z publicznego technikum i zająć się kopaniem rowów albo walcowaniem blachy.
    Zdziwiłbyś się, jak powszechny jest logarytm w codziennym życiu, ciemny jełopie. Owszem, przy pasaniu krów najpewniej nie przyda się. Więc wypierdalaj pasać krowy a nie plaszczysz dupę za publiczne pieniądze, w tym moje podatki.

    1

    0
    Odpowiedz
  3. „Matematyka od zera dla inżyniera”, Dexter James Booth, Kenneth Arthur Stroud

    Nie napiszę, że jest to pomocny tytuł, a jedynie powiem, że jest to pierdolone arcydzieło i jeśli jakimś cudem zdałeś jednak matmę w klasie, a potem maturkę podstawową na te minimalne 30% to jebnij sobie zacytowaną przeze mnie w pierwszym wierszu książkę przed rozpoczęciem zaocznego budownictwa w „Wyższej Szkole Matki Pauli Zofii Tajber, Nauk Prawnych i Pozostałych Nauk o Zdrowiu i Zarządzaniu” w Koszalinie. Ludziska z roku będą przechodziły zawały przed pierwszą sesją, a Ty będziesz się z nich chichrał pod nosem i dziękował, że posłuchałeś rady chuj wie kogo z chuj wie skąd na najszlechetniejszym portalu w dziejach ludzkości.

    W górę serca Kutafony, Chujnia wróciła, w górę serca!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! ===_===

    1

    0
    Odpowiedz

Win 10 to kurestwo

Jak mnie wkurwia ten system i ogólnie mój komputer. W nowsze gry nie pogram bo sprzęt nie pozwala to może chociaż w starsze? Taki chuj. Większość starych gier nie zadziała po prostu od tak, zawsze są jakieś problemy które rozwiązuje się pół dnia a i tak to kurwa nic nie da. Większość gier o ile uda się odpalić wyświetla się z jakimiś pojebanymi czarnymi paskami po bokach i absolutnie nic z tym nie można zrobić

4
2

Złoto z Sudanu i afrykańska bieda

Afryka to kontynent paradoksów.
Z kilkoma, nielicznymi wyjątkami, są tam skrajnie biedne kraje, których obywatele żyją poniżej granicy ubóstwa.
Z drugiej strony, Afryka jest bogata w złoża naturalne.
Minerały, diamenty, cenne kruszce a także ropa i gaz, węgiel… wszystko tam znajdziesz.
Do tego najlepsze na świecie warunki do uprawy kakao, jednej z najbardziej pożądanych roślin na świecie, nie wspominając o owocach.
Afryka mogłaby zarabiać krocie ale tego nie robi.
Dlaczego ?
Podam jeden przykład, który dobrze naświetla całą sytuację i przyczyny biedy na najbogatszym kontynencie świata.
Świeża sprawa, otóż niedawno, Sudan podpisał umowę z Rosją, która przekazuje Kremlowi zarządzanie i wszelkie prawa do sudańskich złóż złota.
W zamian, Rosja będzie płacić… bronią.

Cóż można jeszcze tutaj dodać.
Ta transakcja to Afryka w pigułce i jak widać, sposób myślenia tubylców, niewiele się zmienił od czasów wielkich odkryć geograficznych i tak jak kiedyś, dziś także oddadzą za garść świecidełek, wszystko co najcenniejsze
Tym bardziej, że tymi świecidełkami można teraz „walczyć o wolność i demokrację”

3
1
Pokaż komentarze (1)

Komentarze do "Złoto z Sudanu i afrykańska bieda"

  1. chujowiczu! zarabiaj z kluu.pl, bez działalności gospodarczej, konto automatycznie weryfikowane
  2. „…kakao..” < — ten fragment zainteresował mnie najbardziej.

    Beatka, meow, meow, 69 ;-*

    1

    0
    Odpowiedz

Moje życie

Jeszcze miesiąc temu, dzięki jednej Alicji, odzyskałem chęć do życia. To było tak, jakbym na nowo nauczył się oddychać – zacząłem uczyć się angielskiego, stawiać sobie cele, cokolwiek robić, by wyjść z tej pustki, w której tkwiłem od tak dawna. Czułem, że coś we mnie odżywa, coś pięknego, co zapomniałem, że istnieje.

A teraz? Siedzę samotnie na szlaku w górach, przesiąknięty deszczem. Każda kropla spływa po mojej twarzy, ale nie budzi we mnie żadnych emocji. Jestem pustą skorupą, a w środku… nic. Żadnej chęci do życia. Żadnej iskry. Cokolwiek się we mnie rozpaliło, już dawno zgasło.

Tak bardzo chciałbym wrócić do tej chwili sprzed miesiąca, przeżyć ją raz jeszcze – poczuć ten błysk nadziei, gdy życie zaczynało znowu mieć sens. Ale wiem, że to niemożliwe. Wiem, że po tym wszystkim nic nie wróci. A ja? Trwam tutaj, z tym pustym miejscem w sercu, zastanawiając się, co dalej… czy w ogóle jest jakieś dalej.

2
2
Pokaż komentarze (5)

Komentarze do "Moje życie"

  1. chujowiczu! zarabiaj z kluu.pl, bez działalności gospodarczej, konto automatycznie weryfikowane
  2. Proponuję powołać do życia PUPŻ. Co to jest PUPŻ? To jest Przedsiębiorstwo Utylizacji Pizd Życiowych. Zaś w sekretariacie owego przedsiębiorstwa widzę KWK. Co to jest KWK, znowu zapytacie. Otóż KWK, to nie jest – jakże modna dzisiaj (oze sroze) – kopalnia węgla, lecz Kącik Walenia Konia. W tym kąciku delikwent wali konia, robi to raz albo dwa, a lepsze zjeby (takie jak autor wpisu) robią to trzy razy po czym jest kwalifikowany do utylizacji lub nie. Jeśli zmądrzał i nie jest kwalifkowany do utylizacji, to wraca do życia bez durnych rozterek (who, the fuck, is Alice?) i może walcować blachę lub kopać rowy, bo do niczego innego taki zjeb się nie nadaje. Jeśli natomiast kwalifikuje się do utylizacji, to w tym celu należy go odesłać do innego zjeba. Mam na myśli mesia (specjalnie z małej litery, chuju).

    To, co przedstawiłem powyżej to jest prosty algorytm. Ktoś, kto tego nie kuma, jest po prostu matołem nadającym się do PUPŻ.

    0

    0
    Odpowiedz
    1. Alice? Pisz po polsku, kurwo jebana.

      0

      0
      Odpowiedz
      1. Po polsku to ja ci mogę przypierdolić z liścia. Tak prawdziwie po polsku, że aż się nogami nakryjesz.

        0

        0
        Odpowiedz
        1. Zesrasz się możesz co najwyżej, wywłoko. I zeżreć swoje gówno, cwelu.

          1

          0
          Odpowiedz
  3. Przeczytałem trzy razy i nadal chuja z tego rozumiem. W sensie, że poznałeś fajną foczkę (w tym przypadku wabiła się „Alicja”), pierwsze 3-4 mieszki były fajne i ciekawe dla obydwu stron + cimci-rimci (normalna sprawa, wersja „demo” w każdej relacji konkubenckiej). Poszła jednak szybko do innego gościa bo ty miałeś Dacia Stepway sprzed liftu, a on miał Cuprę Formentor i przez to teraz niczego Ci się nie chcę, nawet nauki języków obcych, tak?

    Pozdrawiam, Lyly-put

    0

    1
    Odpowiedz

Co było pierwsze, jajko czy kura ?

To jedno z najstarszych pytań na świecie a odpowiedzi jest co najmniej kilka.
Problem można zgłębiać zarówno naukowo jak i religijnie.
Jedno z pewnością tutaj zawodzi, logika, która z racji swojej konstrukcji, nie pozwala na rozwiązanie tego dylematu.
Kwestie religijne pominę i skupię się raczej na naukowym aspekcie.
Jajko dobre jest z majonezem oraz sadzone ze szpinakiem i schabowym.
Kurwa, jak ja lubię jajka, no ja pierdolę, uwielbiam je i mogę wpierdalać codziennie.
Jajka są pyszne w chuj.

4
2
Pokaż komentarze (3)

Komentarze do "Co było pierwsze, jajko czy kura ?"

  1. chujowiczu! zarabiaj z kluu.pl, bez działalności gospodarczej, konto automatycznie weryfikowane
  2. Jajka, jajka. Kupiłem jajowar (na raty rzecz jasna), żeby mieć perfekcyjnie na miękko ugotowane. Ale i tak chuj z tego wychodzi, chyba rozmiar ma znaczenie.

    0

    0
    Odpowiedz
  3. Pierwszy był rosół z kur wielu.
    Co mówi Chińczyk po zjedzeniu psa? – Terakota!

    1

    0
    Odpowiedz
  4. Jajka są dobre, to prawda.

    1

    0
    Odpowiedz

Kocham mojego syna, ale…

Rodzice naciskali, mąż naciskał, ja się też starzeję (co mi ktoś wytknął), no i zgodziłam się. Odstawię antykoncepcję.
Ciąża okazała się istnym piekłem. Płacz, napady szału, samookaleczenie. Oczywiście poszłam do psychiatry. Coś tam dał, ale niewiele. A ja zasłaniałam lustra w domu i miałam myśli samobójcze codziennie. A do tego dochodziły przecież problemy czysto fizyczne – ból, wymioty, takie tam. Czekałam na poród, żeby tylko to już był koniec. W końcu urodziłam. Bolało bardzo, ale i tak dla mnie było w porządku, przynajmniej psychicznie dobrze się czułam.
No i pojawił się on. Początkowo było dobrze, ale teraz… Mam taki kryzys w małżeństwie, że nie potrafię sobie poradzić. Nie karmię piersią, więc piję (czasem), łykam tabletki na uspokojenie (codziennie) oraz antydepresanty i staram się po prostu nie rozsypać. Oboje z mężem żałujemy tej decyzji. Nigdy więcej.
Tak to jest, jak wszyscy są ważniejsi niż ty. Zmieniłam się, ale cóż. Jest już za późno.

2
1
Pokaż komentarze (3)

Komentarze do "Kocham mojego syna, ale…"

  1. chujowiczu! zarabiaj z kluu.pl, bez działalności gospodarczej, konto automatycznie weryfikowane
  2. Jakbym to przeczytał we wrześniu w nowej wersji chujni to na miejscu Twojego syna bym Ci po prostu jebnął w papę i wyprowadził się z domu jeszcze przed zerówką. Bo tak kiedyś było, myśmy się przed podstawówką wyprowadzali po tym jak mieszaliśmy w jeziorze i pracowali za pięć funtów tygodniowo, a teraz to czydziestolatki jeszcze z rodzicami, to-to-widzioł, to-to-widzioł…

    0

    2
    Odpowiedz
    1. To jakiś spedalony rytuał kurwa że przed wyprowadzką trzeba pobełtać w jeziorze? I czym tam mieszaliście? Kijem, wiosłem czy po prostu swoim brudnym paluchem?

      0

      0
      Odpowiedz
  3. dobrze ci tak. ponosisz konsekwencje swojego idiotyzmu.

    0

    0
    Odpowiedz

Nie mieszczę się w waszej jebanej bankowej tabelce

Od kilku miesięcy próbuję zrobić najzwyklejszą rzecz pod słońcem: zbudować, kurwa, dom.

Nie pałac. Nie flip. Nie inwestycję pod spekulację. Normalny dom. Na własnej działce. Z realnej firmy, realnych przepływów, realnej pracy i historii, której się nie wstydzę.

I im dłużej przechodzę przez ten proces, tym wyraźniej widzę, że problem nie leży tylko w pieniądzach, zdolności, dokumentach czy kolejnych formularzach. Problem jest głębszy. Leży w systemie, który nie został zaprojektowany po to, żeby rozumieć rzeczywistość. On został zaprojektowany po to, żeby ją tresować.

Bank nie chce zrozumieć człowieka. Bank chce, żeby człowiek przyjął kształt formularza.

Najlepiej, żeby miał jedną pensję, jedną umowę, jeden PIT, jeden prosty strumień dochodu i zero własnej inicjatywy. Wtedy wszystko jest czytelne. Wtedy system może spokojnie policzyć, zaszufladkować, przypisać scoring i podjąć decyzję bez najmniejszego kontaktu z realnym życiem.

Ale gdy prowadzisz firmę, budujesz kapitał, masz aktywa, spółkę, projekty, dywidendy, wynagrodzenie z powołania, nieregularne, ale realne przepływy, to nagle zaczyna się teatr absurdu.

Nagle nie jesteś klientem. Nie jesteś partnerem. Nie jesteś człowiekiem, który od lat pracuje, płaci podatki, buduje firmę, utrzymuje projekty, bierze odpowiedzialność i generuje wartość.

Jesteś podejrzanym typem.

Kimś, kogo trzeba prześwietlić, wymielić, upokorzyć i zmusić do kucania przed formularzami, żeby udowodnił, że nie chce okraść banku.

Masz jeden dochód? Za mało dywersyfikacji.

Masz kilka źródeł: firmę, projekty, dywidendy, wynagrodzenie z powołania? O kurwa, za trudny case. Dawaj osiemnaście papierów, bo pewnie coś ukrywasz.

Masz kredyty? Zobowiązania, tniemy zdolność.

Nie masz kredytów? Brak historii, nie wiadomo, co z ciebie za typ.

Spłacasz regularnie? Dobrze, ale może za mało typowo.

Masz przepływy nieregularne, ale realne? Nie pasuje do tabelki.

I w tym wszystkim zaczynasz czuć, że nie uczestniczysz w żadnej rozsądnej analizie ryzyka. Uczestniczysz w rytuale.

W Rytuale Upokorzenia.

Tak, wiem. Compliance. KNF. Rekomendacja S. AML. Procedury. Scoringi. Polityki wewnętrzne. Cała ta armia regulacyjnych skrótów, za którymi wszyscy się chowają, kiedy trzeba powiedzieć człowiekowi: „nie umiemy tego ocenić, więc udamy, że to twoja wina”.

Ale do kurwy nędzy, czy my naprawdę mamy się na to godzić?

Bo gdy grasz w tę ich grę, płacisz ZUS, VAT, PIT, leasingi, faktury, wynagrodzenia, księgowość i przez lata prowadzisz działalność uczciwie, to na końcu i tak możesz usłyszeć: „nie”.

Bez sensownej pętli zwrotnej.

Bez uczciwego dialogu.

Bez realnej analizy człowieka i jego sytuacji.

Tylko puste oczy systemu i proceduralny fiut w dupie.

Najśmieszniejsze jest to, że najbezpieczniej w tym kraju jest siedzieć na etacie w instytucji, która niczego nie buduje. Jedna umowa. Jeden PIT. Jedna pensja. Zero własnej inicjatywy. Zero ryzyka. Zero złożoności.

Wtedy jesteś wiarygodny.

Wtedy system cię rozumie.

Wtedy bank może cię spokojnie zaszufladkować, policzyć, obciążyć i zapiąć na trzydzieści lat.

Ale jeśli odważysz się wyjść poza ten szablon, jesteś podejrzany z definicji.

I zaczyna się pielgrzymka.

Daj wypis. Daj wyrys. Daj operat. Daj zaświadczenie. Daj projekt. Daj pozwolenie. Daj historię rachunku. Daj PIT. Daj KPiR. Daj uchwałę. Daj umowę. Daj wyjaśnienie do wyjaśnienia.

A potem czekaj.

Płać i czekaj.

Czekaj tak długo, aż dokument ważny trzy miesiące zdąży się zestarzeć i trzeba będzie zamówić nowy. Jakby człowiek nie budował domu, tylko stał w kolejce do nabożnego obrazka z Matką Boską, czekając, aż biurokratyczne bóstwo łaskawie skinie głową.

I absurd idzie dalej.

Daj działkę. Daj pół miliona wkładu. Finansuj budowę z własnej kieszeni. Dopłacaj do transz. Pokazuj faktury. Udowadniaj postęp. Udowadniaj, że firma istnieje. Udowadniaj, że pieniądze są pieniędzmi. Udowadniaj, że dochód jest dochodem.

I wtedy pojawia się bardzo proste pytanie:

To na chuj mi wtedy taki bank?

Gdzie dokładnie jest ta wielka usługa, którą bank świadczy?

Bo jeśli mam dać działkę, wkład własny, gotówkę, dokumentację, projekt, pozwolenia, finansować etapy, czekać miesiącami na analizę, płacić za kolejne papiery i jeszcze występować w roli petenta przed ich biurokratycznym ołtarzem, to to coraz mniej wygląda jak finansowanie.

To wygląda jak system warunkowego dostępu do własnego życia.

I zanim jakiś geniusz z komentarzy napisze: „to po co ci kredyt, skoro masz firmę?” — odpowiem od razu. Kredyt nie jest jałmużną. Kredyt jest narzędziem finansowym. Normalni ludzie i normalne firmy używają kapitału zewnętrznego po to, żeby nie zamrażać całej gotówki naraz, utrzymać płynność i rozłożyć inwestycję w czasie.

To nie jest prezent od banku.

To jest płatna usługa.

Zabezpieczona hipoteką, wkładem własnym, marżą, odsetkami, dokumentacją i całym zestawem zabezpieczeń. Bank nie robi łaski. Bank sprzedaje produkt. Bardzo drogi produkt.

Problem nie polega na tym, że bank ma prawo ocenić ryzyko. Oczywiście, że ma. Problem polega na tym, że w praktyce często nie ocenia realnego ryzyka, tylko zgodność człowieka z prymitywnym szablonem.

To nie jest tekst o tym, że bank „ma mi dać”, bo mi się należy. Nie. Bank może odmówić. Ja też mogę uznać, że jego proces, wymagania i sposób traktowania przedsiębiorców są chore. To działa w obie strony. Oni nie mają obowiązku mnie finansować, a ja nie mam obowiązku udawać, że ten system jest mądry tylko dlatego, że nosi garnitur i mówi językiem procedur.

Bo ten system nie chce wolnego człowieka.

Ten system chce przewidywalnego klienta na smyczy.

Takiego, który jest wystarczająco wypłacalny, żeby przez trzydzieści lat regularnie oddawać część swojego życia w ratach, ale nie na tyle niezależny, żeby szybko wyjść z układu.

Ktoś, kto szybko spłaci i pójdzie dalej, nie jest idealnym klientem. Za szybko znika z maszyny. Za szybko odzyskuje kontrolę. Za szybko przestaje produkować odsetki.

Ten system nie jest zbudowany po to, żeby wspierać wolność. Jest zbudowany po to, żeby zarządzać zależnością. Ładnie opakowaną, uregulowaną, podpisaną, zabezpieczoną hipoteką i nazwaną „zdolnością kredytową”.

A potem ten sam system bezczelnie opowiada o wspieraniu przedsiębiorczości.

Przedsiębiorca jest dobry wtedy, kiedy płaci. Kiedy płaci podatki, składki, VAT, leasingi, faktury, księgowość, koszty pracy i całe to państwowo-bankowe żarcie, które codziennie odgryza kawałek jego energii.

Ale kiedy ten sam przedsiębiorca przychodzi i mówi: mam firmę, majątek, działkę, projekt i przepływy, oceńcie mnie uczciwie jako realny przypadek, to nagle system robi się tępy.

Nagle człowiek staje się „trudny”.

Nie dlatego, że nie ma pieniędzy. Nie dlatego, że nie ma majątku. Nie dlatego, że nie umie zarabiać.

Tylko dlatego, że nie mieści się w ich martwym Excelu.

I to jest chyba najbardziej wkurwiające: że system najpierw komplikuje życie wszystkim, którzy próbują coś robić samodzielnie, a potem karze ich za to, że ich życie jest bardziej złożone niż pasek wypłaty. Przedsiębiorczość jest mile widziana w folderach reklamowych, na konferencjach, w przemówieniach i pustych hasłach o innowacyjności. Ale kiedy przychodzi do realnej decyzji, realnego ryzyka, realnego człowieka, realnego majątku i realnych przepływów, wraca stara mentalność folwarku.

Masz być prosty.

Masz być przewidywalny.

Masz być łatwy do obciążenia.

Masz stać w kolejce, donosić dokumenty, aktualizować wypisy, płacić za kolejne zaświadczenia i czekać, aż system zdecyduje, czy jesteś wystarczająco grzeczny, żeby dostać dostęp do własnego życia.

To jest nowoczesna forma zależności. Nie ma kajdan, nie ma pana z batem, nie ma formalnego niewolnictwa. Jest za to kredyt, scoring, procedura, formularz, decyzja analityka, polityka banku i trzydzieści lat długu jako podstawowy model dostępu do normalnego życia.

I wszyscy mają udawać, że to jest normalne.

Że tak po prostu jest.

Że nie ma alternatywy.

Że trzeba się nagiąć.

Że trzeba jeszcze jeden dokument, jeszcze jedno zaświadczenie, jeszcze jedną wersję tego samego życiorysu, tylko przepisaną pod kolejną rubrykę.

A ja mam już tego dość.

Mam dość bycia traktowanym jak potencjalny złodziej tylko dlatego, że nie siedzę na etacie.

Mam dość systemu, który najpierw wypycha ludzi w przedsiębiorczość, każe im brać odpowiedzialność za wszystko, a potem karze ich za to, że ich życie nie wygląda jak prosta umowa o pracę.

Mam dość udowadniania, że firma to nie patologia.

Mam dość tłumaczenia, że dochód może istnieć również wtedy, kiedy nie przychodzi grzecznie raz w miesiącu z paskiem płacowym.

Mam dość tego, że realny majątek i realny cashflow przegrywają z tym, że jakaś rubryka nie pasuje do schematu.

I może właśnie tu jest odpowiedź.

Może nie trzeba przez kolejne miesiące kopać się z tą bankową machiną, prosić o analizę, donosić papiery, aktualizować wypisy, wyrysy, operaty i tłumaczyć się przed ludźmi, którzy patrzą na przedsiębiorcę jak na błąd w arkuszu kalkulacyjnym.

Może trzeba po prostu przestać grać w tę grę.

Może trzeba olać to gówno.

Robić swoje.

Skalować firmę.

Budować projekty.

Zwiększać dochód.

Tworzyć realną wartość zamiast dopasowywać życie do debilnych, skostniałych mechanik świata, który sam już nie rozumie tego, co ocenia.

Bo może prawdziwa alternatywa nie polega na tym, żeby znaleźć bank, który łaskawie powie „tak”.

Może prawdziwa alternatywa polega na tym, żeby zbudować taką pozycję, w której ich „tak” przestaje mieć centralne znaczenie.

Nie chcecie finansować? Trudno.

Nie rozumiecie? Trudno.

Przypadek jest za trudny? To może problem nie leży we mnie, tylko w waszym skostniałym, martwym systemie, który nie umie już odróżnić realnego człowieka od pola w formularzu.

Bez kucania przed formularzem.

Bez naginania się do ich chorego Excela.

Bez udowadniania, że nie jestem oszustem tylko dlatego, że prowadzę działalność i mam życie bardziej złożone niż pasek wypłaty.

Prawdziwa wolność zaczyna się wtedy, kiedy patrzysz temu systemowi prosto w ryj i mówisz:

Nie mieszczę się w waszej jebanej tabelce.

I mam to głęboko w dupie.

Zrobię to bez was.

4
2
Pokaż komentarze (5)

Komentarze do "Nie mieszczę się w waszej jebanej bankowej tabelce"

  1. chujowiczu! zarabiaj z kluu.pl, bez działalności gospodarczej, konto automatycznie weryfikowane
  2. Chciałem przeczytać, ale za długie. Chuj z tabelkami, bankiem i Twoim pożal się boże interesem.

    0

    0
    Odpowiedz
  3. Dupienie fleków jakiegoś biedaka

    2

    0
    Odpowiedz
  4. Bo to jest tak…
    Inwestujesz w projekt w październiku/listopadzie, kupujesz trochę materiałów, trochę drobnych maszyn, narzędzi. Robisz ten projekt. No masz, kurwa, pecha że akurat to wszystko na przełomie roku. Mija nowy rok, robisz remanent. Dochód ujemny, nie ma bata, jak kreatywnego księgowego byś nie zaprzągł do tej pierdolonej w chuj papierkologii to tak wyjdzie. A potem pytanie o zeznanie podatkowe PIT-36 dotyczące poprzedniego roku. Aha… kurwa sratatata ale tu jest strata, no tak, potem w marcu kończysz projekt i wystawiasz fakturę na kilka setek, masz kasę ale przecież „zenanie PIT z zeszłego roku”.
    Ale to nie tylko korpokurwy i korposzczury z banków są tacy odklejeni od rzeczywistości. To samo dotyczy ministerstw, innych instytucji publicznych czy działów kadrowych w prywatnych (mniejszych i większych) firmach.
    Kurwa.

    I jeszcze coś: dwa komentarze powyżej („chuj z tabelkami” i „dupienie fleków biedaka”) świadczy o tym, na jakim poziomie żyje społeczeństwo, ile dla niego znaczy miska ryżu, co ich obchodzą ludzie niejednokrotnie dający im miejsce pracy i czy widzą związek między własną biedą finansową a biedą umysłową.

    0

    0
    Odpowiedz
  5. ZAWIŚĆ ZAWIŚĆ ZAWIŚĆ

    To tylko efekt domina i efekt kuli śnieżnej polskiej zawiści o pieniądze „darmowe” z innego źródła niż sami mają, czyli NIE etat.

    Byłem rencistą, więc miałem głodowe świadczenie, na nic mi nie starczało, a jak przeczytałem cały wpis to jakobym czytał o sobie i jakobym to ja napisał prawie wszystko (prócz nakłaniania do kredytu).

    Głupi i leniwi siedzą na etatach, ale żeby sami mogli coś zrobić więcej niż etat = to już nikt z nich nie ma odwagi ani chęci, ale nienawidzic przez swoje ograniczenia NIEetatowców to każdy nienawidzi.
    Mnie nienawidzili, że rzekomo renta to nicnierobienie = a dokładnie miałem to co pisałeś: dziesiątki pism i użerania się z urzędami.
    Ale dla ludzi to nicnierobienie, choć tak naprawdę na etatach nic się nie robi, a wystarczy poświęcać bezmyślnie swój czas.
    W pełni ja etatowcom zazdrościłem, bo zdrowi + mają sensowne wypłaty i zero zmartwień poza byle jaką pracą a jak nie dana praca to inna na etacie, i dlatego mogą mieć wyjebane na każde stanowisko.
    Ale etat jest dobry dla leniwego zawistnego tłumu, który zamiast wziąć się za siebie to wolą wszystkich NIEetatowców hejtować.
    Tak samo było jak pracowałem, a że to była nietypowa praca 50 razy cięższa niż etat to i tak etatowe ofermy stwierdzały, że nicnierobiłem albo w najlepszym wypadku prawie nic.

    0

    0
    Odpowiedz
  6. „Mówię tak (mówię, mówię), mówię nie (mówię, mówię),
    Bywa, że (bywa, bywa) czasem jestem dziwna jak to miasto”

    tyle zrozumiałem 😉

    Taki łobrotny, ZUS, dywidenty, bułeczka dla prezesa z powołania (znam temat bo mam dwie), a do banku chce lecieć po papier? Droczę się, też mi to chodziło po głowie i oprócz „wygodnej raty” również kilka wiosen jebania przy tym na własną rękę (gospodarczy rzecz jasna). Przeanalizowałem jednak sytuację, policzyłem ludzi, na których mi naprawdę zależy, cipkę, którą można przy dzisiejszych możliwościach dorwać nową w kilkanaście dni. I zamiast kredo + nadwyrężanie kręgosłupa/kolan zamknąłem sprawę w 3 miesiące ze wszystkimi papierami. 200 tysięcy złotych oszczędności pozwoliły mi kupić 43 metry kwadratowe w dobrym stanie z wyposażeniem 25 kilometrów od ciepłego morza. Hej! 🙂

    0

    0
    Odpowiedz

Problem z instalacja

nie da sie pobractego jebanego inskcapa jebane gowno nie do pobrania wogole kto kurwa wymyslil taka zajebana nawe po chuj ta aplikacja istnieje skoro mamy painta i kurwa probowalem to pobrac jebane pol godziny i dowiedzialem sie ze to nie jest na ocene

1
1
Pokaż komentarze (2)

Komentarze do "Problem z instalacja"

  1. chujowiczu! zarabiaj z kluu.pl, bez działalności gospodarczej, konto automatycznie weryfikowane
  2. Pomyliłeś program kreślący idealne kształty z programem do rysowania lub obróbki grafiki 😉

    0

    0
    Odpowiedz
  3. Jak ktoś nie umie pobrać inkscape, to znaczy że jest matołem dla którego nawet posługiwanie się starożytną deską kreślarską będzie za trudne. Spierdalaj kopać rowy albo walcować blachę.

    1

    0
    Odpowiedz

Prace naukowe a realia jej pisania

Chuj mnie strzeli… Niech mi może ktoś mądrzejszy od mojej osoby wyjaśni dlaczego wykonanie prostego zadania jakim jest użyć skrótu klawiszowego ctrl+alt+1 ,2 lub 0 jest takie trudne Wordzie?

Dla tych którzy nie wiedzą ale Microslop Word jest zajebistym narzędziem edycji tekstu, pod warunkiem że ludzie słuchają co mają robić a czego nie. Dla kontekstu: co nie co w temacie poprawnej edycji wiem i przygotowałem cały dokument Worda w taki sposób aby był w pełni zautomatyzowany, wręcz idioto odporny! Wystarczyło tylko wykorzystywać styl 1 nagłówka i styl 2 nagłówka. TAKIE KURWA TRUDNE?!

Nie kurwa… Chuj! nie będziemy się stosować do zasad edycji i nie, nie będziemy stosować stylów jak należy, najlepiej najebać niepotrzebnych enterów i tabulacji. BO TAK SKURWYSYNU!!! Po cholere nam automatyzacja! Zrobimy wszystko sami! A potem wielkie dziwy że o la boga spis treści się nie generuje poprawnie! Że rozdziały mają złe numeracje albo wgl wszystko wygląda brzydko jak chuj! Kurwa o numeracji stron nawet nie wspomnę!

Jakoś wcześniej komunizm w podobny sposób powstawał i upadł, aż sobie głupi ryj rozwalił. Również z myślą chuj jakoś to będzie, nie potrzebujemy nikogo i niczego!

A potem się kurwa ludzie dziwią czemu takie nieuki i nieroby z studiów wychodzą? Czemu tak bardzo są wkurwiające jebane dokumenty do urzędów, jakieś takie krzywe i nierówne, nie wspomnę o miejsca na imię i nazwisko które jest zawsze za krótkie. Czasem aby nawet czytelnie wpisać długopisem numer telefonu wymaga mikroskopu.

Studia i wykształcenie wyższe… Kurwa…

2
1
Pokaż komentarze (2)

Komentarze do "Prace naukowe a realia jej pisania"

  1. chujowiczu! zarabiaj z kluu.pl, bez działalności gospodarczej, konto automatycznie weryfikowane
  2. Polecam walic konia podczas pisania pracy.

    3

    0
    Odpowiedz
  3. Piejo kury piejo, nimajo koguta.
    Nas ne dogonyat.. Nas ne dogonyat..
    Seksuaľna, nebezpečna,
    Nepokirna ta bezzaperečna,
    lubiłaś światło świecy,
    będziesz miała świece dwie

    Kurwa, zawsze mi sie miesza…

    0

    0
    Odpowiedz

Buta lekarzy. Pieprzenie jacy to oni są ważni i potrzebni.

Za pieniądze to wiele rzeczy można zrobić: wyremontować drogi, leczyć by leczyć albo doprowadzić do zdrowia.
Gdy ktoś się wybiera na studia to raczej nie z myślą, by „ratować świat”, „pomagać ludziom”, ale po to by nachapać się pieniędzy.
Bardzo szczytny cel i każdy by tak potrafił.
Może jeszcze dodam, że istnieją bardzo drogie lekarstwa na które trzeba zbierać, a z własnej kieszeni przecież taki lekarz nikogo nie ratuje, a ktoś kto ma pieniądze to sobie za nie np. willę wybuduje albo nowszego Rolexa kupi.

1
2
50 poprzednich wpisów: Wierszyk | Co za deb*l wymyślił krojony żółty ser? | Pokemon | Powód braku aktualizacji na chujni, jaki może być (wg mnie) | Niekoniecznie | Ruchałem matke panterixa | Jebać Matematyke | rozczarownaie miłosne | wredna babka w ZUS-ie | Zapach cipeczki mmmmm | pewien autobusiarz i kurwa z gownem na rekach | Kurwa, to chyba lekka przesada | Cały świat idzie w pizdu | Gdzie oni są? | Czy kolejny "prezydent" w tym kraju robi za kuriera? trump do alfonsa ten do orbana itd. Słowacja znowu zaatakuje Polskę bez wypowiedzenia wojny? Proputinowski Pellegrini przygotowuje grunt pod rosyjską interwencję | Ruskie gówno tylko krzywdzi ludzi | Parszywa Polska koszmar milionów ludzi | Pieniądze szczęścia nie dają... No chyba Tobie | Bycie zjebem | Ukraińskie chamstwo | Sen | Przegrywam życie | przegrane zycie w wieku 28 lat | Czuję się fatalnie | Pilskie zjebane MZK!!! | Jebany frajer | Jebane gebelsy | Legendary jest sciekiem | Kontrole biletów w pociągu na długich trasach | Niedawno zatrzymano nietrzeźwego kierowcę | Co autor miał na myśli - prawie uniwersalna odpowiedź | Przegrywam życie | Wybory | C'est la vie | amogus | Kobieta vs Kobiecość | Sąsiad | Cycaty | INPOST WALI W CHUJA | Brak nowych wpisow | Fajne to powiedzenie, "zamknij m0rdę" | Praca domowa, debiIna służy trzem celom | Czas letni | Czy Tr/mp dogadał się z Zel/ns/kim? Może lepiej zapytać: czy Zel/ns/ki dogadał się z Tr/mpe/? | Odpis na portalu randkowym . | Sądy rodzinne, prokurarury | Psycholodzy którzy gówno wiedzą | Piosenka jest dobra na wszystko, piosenka na.... | Rownouprawnienie...