Nie mieszczę się w waszej jebanej bankowej tabelce

Od kilku miesięcy próbuję zrobić najzwyklejszą rzecz pod słońcem: zbudować, kurwa, dom.

Nie pałac. Nie flip. Nie inwestycję pod spekulację. Normalny dom. Na własnej działce. Z realnej firmy, realnych przepływów, realnej pracy i historii, której się nie wstydzę.

I im dłużej przechodzę przez ten proces, tym wyraźniej widzę, że problem nie leży tylko w pieniądzach, zdolności, dokumentach czy kolejnych formularzach. Problem jest głębszy. Leży w systemie, który nie został zaprojektowany po to, żeby rozumieć rzeczywistość. On został zaprojektowany po to, żeby ją tresować.

Bank nie chce zrozumieć człowieka. Bank chce, żeby człowiek przyjął kształt formularza.

Najlepiej, żeby miał jedną pensję, jedną umowę, jeden PIT, jeden prosty strumień dochodu i zero własnej inicjatywy. Wtedy wszystko jest czytelne. Wtedy system może spokojnie policzyć, zaszufladkować, przypisać scoring i podjąć decyzję bez najmniejszego kontaktu z realnym życiem.

Ale gdy prowadzisz firmę, budujesz kapitał, masz aktywa, spółkę, projekty, dywidendy, wynagrodzenie z powołania, nieregularne, ale realne przepływy, to nagle zaczyna się teatr absurdu.

Nagle nie jesteś klientem. Nie jesteś partnerem. Nie jesteś człowiekiem, który od lat pracuje, płaci podatki, buduje firmę, utrzymuje projekty, bierze odpowiedzialność i generuje wartość.

Jesteś podejrzanym typem.

Kimś, kogo trzeba prześwietlić, wymielić, upokorzyć i zmusić do kucania przed formularzami, żeby udowodnił, że nie chce okraść banku.

Masz jeden dochód? Za mało dywersyfikacji.

Masz kilka źródeł: firmę, projekty, dywidendy, wynagrodzenie z powołania? O kurwa, za trudny case. Dawaj osiemnaście papierów, bo pewnie coś ukrywasz.

Masz kredyty? Zobowiązania, tniemy zdolność.

Nie masz kredytów? Brak historii, nie wiadomo, co z ciebie za typ.

Spłacasz regularnie? Dobrze, ale może za mało typowo.

Masz przepływy nieregularne, ale realne? Nie pasuje do tabelki.

I w tym wszystkim zaczynasz czuć, że nie uczestniczysz w żadnej rozsądnej analizie ryzyka. Uczestniczysz w rytuale.

W Rytuale Upokorzenia.

Tak, wiem. Compliance. KNF. Rekomendacja S. AML. Procedury. Scoringi. Polityki wewnętrzne. Cała ta armia regulacyjnych skrótów, za którymi wszyscy się chowają, kiedy trzeba powiedzieć człowiekowi: „nie umiemy tego ocenić, więc udamy, że to twoja wina”.

Ale do kurwy nędzy, czy my naprawdę mamy się na to godzić?

Bo gdy grasz w tę ich grę, płacisz ZUS, VAT, PIT, leasingi, faktury, wynagrodzenia, księgowość i przez lata prowadzisz działalność uczciwie, to na końcu i tak możesz usłyszeć: „nie”.

Bez sensownej pętli zwrotnej.

Bez uczciwego dialogu.

Bez realnej analizy człowieka i jego sytuacji.

Tylko puste oczy systemu i proceduralny fiut w dupie.

Najśmieszniejsze jest to, że najbezpieczniej w tym kraju jest siedzieć na etacie w instytucji, która niczego nie buduje. Jedna umowa. Jeden PIT. Jedna pensja. Zero własnej inicjatywy. Zero ryzyka. Zero złożoności.

Wtedy jesteś wiarygodny.

Wtedy system cię rozumie.

Wtedy bank może cię spokojnie zaszufladkować, policzyć, obciążyć i zapiąć na trzydzieści lat.

Ale jeśli odważysz się wyjść poza ten szablon, jesteś podejrzany z definicji.

I zaczyna się pielgrzymka.

Daj wypis. Daj wyrys. Daj operat. Daj zaświadczenie. Daj projekt. Daj pozwolenie. Daj historię rachunku. Daj PIT. Daj KPiR. Daj uchwałę. Daj umowę. Daj wyjaśnienie do wyjaśnienia.

A potem czekaj.

Płać i czekaj.

Czekaj tak długo, aż dokument ważny trzy miesiące zdąży się zestarzeć i trzeba będzie zamówić nowy. Jakby człowiek nie budował domu, tylko stał w kolejce do nabożnego obrazka z Matką Boską, czekając, aż biurokratyczne bóstwo łaskawie skinie głową.

I absurd idzie dalej.

Daj działkę. Daj pół miliona wkładu. Finansuj budowę z własnej kieszeni. Dopłacaj do transz. Pokazuj faktury. Udowadniaj postęp. Udowadniaj, że firma istnieje. Udowadniaj, że pieniądze są pieniędzmi. Udowadniaj, że dochód jest dochodem.

I wtedy pojawia się bardzo proste pytanie:

To na chuj mi wtedy taki bank?

Gdzie dokładnie jest ta wielka usługa, którą bank świadczy?

Bo jeśli mam dać działkę, wkład własny, gotówkę, dokumentację, projekt, pozwolenia, finansować etapy, czekać miesiącami na analizę, płacić za kolejne papiery i jeszcze występować w roli petenta przed ich biurokratycznym ołtarzem, to to coraz mniej wygląda jak finansowanie.

To wygląda jak system warunkowego dostępu do własnego życia.

I zanim jakiś geniusz z komentarzy napisze: „to po co ci kredyt, skoro masz firmę?” — odpowiem od razu. Kredyt nie jest jałmużną. Kredyt jest narzędziem finansowym. Normalni ludzie i normalne firmy używają kapitału zewnętrznego po to, żeby nie zamrażać całej gotówki naraz, utrzymać płynność i rozłożyć inwestycję w czasie.

To nie jest prezent od banku.

To jest płatna usługa.

Zabezpieczona hipoteką, wkładem własnym, marżą, odsetkami, dokumentacją i całym zestawem zabezpieczeń. Bank nie robi łaski. Bank sprzedaje produkt. Bardzo drogi produkt.

Problem nie polega na tym, że bank ma prawo ocenić ryzyko. Oczywiście, że ma. Problem polega na tym, że w praktyce często nie ocenia realnego ryzyka, tylko zgodność człowieka z prymitywnym szablonem.

To nie jest tekst o tym, że bank „ma mi dać”, bo mi się należy. Nie. Bank może odmówić. Ja też mogę uznać, że jego proces, wymagania i sposób traktowania przedsiębiorców są chore. To działa w obie strony. Oni nie mają obowiązku mnie finansować, a ja nie mam obowiązku udawać, że ten system jest mądry tylko dlatego, że nosi garnitur i mówi językiem procedur.

Bo ten system nie chce wolnego człowieka.

Ten system chce przewidywalnego klienta na smyczy.

Takiego, który jest wystarczająco wypłacalny, żeby przez trzydzieści lat regularnie oddawać część swojego życia w ratach, ale nie na tyle niezależny, żeby szybko wyjść z układu.

Ktoś, kto szybko spłaci i pójdzie dalej, nie jest idealnym klientem. Za szybko znika z maszyny. Za szybko odzyskuje kontrolę. Za szybko przestaje produkować odsetki.

Ten system nie jest zbudowany po to, żeby wspierać wolność. Jest zbudowany po to, żeby zarządzać zależnością. Ładnie opakowaną, uregulowaną, podpisaną, zabezpieczoną hipoteką i nazwaną „zdolnością kredytową”.

A potem ten sam system bezczelnie opowiada o wspieraniu przedsiębiorczości.

Przedsiębiorca jest dobry wtedy, kiedy płaci. Kiedy płaci podatki, składki, VAT, leasingi, faktury, księgowość, koszty pracy i całe to państwowo-bankowe żarcie, które codziennie odgryza kawałek jego energii.

Ale kiedy ten sam przedsiębiorca przychodzi i mówi: mam firmę, majątek, działkę, projekt i przepływy, oceńcie mnie uczciwie jako realny przypadek, to nagle system robi się tępy.

Nagle człowiek staje się „trudny”.

Nie dlatego, że nie ma pieniędzy. Nie dlatego, że nie ma majątku. Nie dlatego, że nie umie zarabiać.

Tylko dlatego, że nie mieści się w ich martwym Excelu.

I to jest chyba najbardziej wkurwiające: że system najpierw komplikuje życie wszystkim, którzy próbują coś robić samodzielnie, a potem karze ich za to, że ich życie jest bardziej złożone niż pasek wypłaty. Przedsiębiorczość jest mile widziana w folderach reklamowych, na konferencjach, w przemówieniach i pustych hasłach o innowacyjności. Ale kiedy przychodzi do realnej decyzji, realnego ryzyka, realnego człowieka, realnego majątku i realnych przepływów, wraca stara mentalność folwarku.

Masz być prosty.

Masz być przewidywalny.

Masz być łatwy do obciążenia.

Masz stać w kolejce, donosić dokumenty, aktualizować wypisy, płacić za kolejne zaświadczenia i czekać, aż system zdecyduje, czy jesteś wystarczająco grzeczny, żeby dostać dostęp do własnego życia.

To jest nowoczesna forma zależności. Nie ma kajdan, nie ma pana z batem, nie ma formalnego niewolnictwa. Jest za to kredyt, scoring, procedura, formularz, decyzja analityka, polityka banku i trzydzieści lat długu jako podstawowy model dostępu do normalnego życia.

I wszyscy mają udawać, że to jest normalne.

Że tak po prostu jest.

Że nie ma alternatywy.

Że trzeba się nagiąć.

Że trzeba jeszcze jeden dokument, jeszcze jedno zaświadczenie, jeszcze jedną wersję tego samego życiorysu, tylko przepisaną pod kolejną rubrykę.

A ja mam już tego dość.

Mam dość bycia traktowanym jak potencjalny złodziej tylko dlatego, że nie siedzę na etacie.

Mam dość systemu, który najpierw wypycha ludzi w przedsiębiorczość, każe im brać odpowiedzialność za wszystko, a potem karze ich za to, że ich życie nie wygląda jak prosta umowa o pracę.

Mam dość udowadniania, że firma to nie patologia.

Mam dość tłumaczenia, że dochód może istnieć również wtedy, kiedy nie przychodzi grzecznie raz w miesiącu z paskiem płacowym.

Mam dość tego, że realny majątek i realny cashflow przegrywają z tym, że jakaś rubryka nie pasuje do schematu.

I może właśnie tu jest odpowiedź.

Może nie trzeba przez kolejne miesiące kopać się z tą bankową machiną, prosić o analizę, donosić papiery, aktualizować wypisy, wyrysy, operaty i tłumaczyć się przed ludźmi, którzy patrzą na przedsiębiorcę jak na błąd w arkuszu kalkulacyjnym.

Może trzeba po prostu przestać grać w tę grę.

Może trzeba olać to gówno.

Robić swoje.

Skalować firmę.

Budować projekty.

Zwiększać dochód.

Tworzyć realną wartość zamiast dopasowywać życie do debilnych, skostniałych mechanik świata, który sam już nie rozumie tego, co ocenia.

Bo może prawdziwa alternatywa nie polega na tym, żeby znaleźć bank, który łaskawie powie „tak”.

Może prawdziwa alternatywa polega na tym, żeby zbudować taką pozycję, w której ich „tak” przestaje mieć centralne znaczenie.

Nie chcecie finansować? Trudno.

Nie rozumiecie? Trudno.

Przypadek jest za trudny? To może problem nie leży we mnie, tylko w waszym skostniałym, martwym systemie, który nie umie już odróżnić realnego człowieka od pola w formularzu.

Bez kucania przed formularzem.

Bez naginania się do ich chorego Excela.

Bez udowadniania, że nie jestem oszustem tylko dlatego, że prowadzę działalność i mam życie bardziej złożone niż pasek wypłaty.

Prawdziwa wolność zaczyna się wtedy, kiedy patrzysz temu systemowi prosto w ryj i mówisz:

Nie mieszczę się w waszej jebanej tabelce.

I mam to głęboko w dupie.

Zrobię to bez was.

0
0
50 poprzednich wpisów: Problem z instalacja | Prace naukowe a realia jej pisania | Buta lekarzy. Pieprzenie jacy to oni są ważni i potrzebni. | Wierszyk | Co za deb*l wymyślił krojony żółty ser? | Pokemon | Powód braku aktualizacji na chujni, jaki może być (wg mnie) | Niekoniecznie | Ruchałem matke panterixa | Jebać Matematyke | rozczarownaie miłosne | wredna babka w ZUS-ie | Zapach cipeczki mmmmm | pewien autobusiarz i kurwa z gownem na rekach | Kurwa, to chyba lekka przesada | Cały świat idzie w pizdu | Gdzie oni są? | Czy kolejny "prezydent" w tym kraju robi za kuriera? trump do alfonsa ten do orbana itd. Słowacja znowu zaatakuje Polskę bez wypowiedzenia wojny? Proputinowski Pellegrini przygotowuje grunt pod rosyjską interwencję | Ruskie gówno tylko krzywdzi ludzi | Parszywa Polska koszmar milionów ludzi | Pieniądze szczęścia nie dają... No chyba Tobie | Bycie zjebem | Ukraińskie chamstwo | Sen | Przegrywam życie | przegrane zycie w wieku 28 lat | Czuję się fatalnie | Pilskie zjebane MZK!!! | Jebany frajer | Jebane gebelsy | Legendary jest sciekiem | Kontrole biletów w pociągu na długich trasach | Niedawno zatrzymano nietrzeźwego kierowcę | Co autor miał na myśli - prawie uniwersalna odpowiedź | Przegrywam życie | Wybory | C'est la vie | amogus | Kobieta vs Kobiecość | Sąsiad | Cycaty | INPOST WALI W CHUJA | Brak nowych wpisow | Fajne to powiedzenie, "zamknij m0rdę" | Praca domowa, debiIna służy trzem celom | Czas letni | Czy Tr/mp dogadał się z Zel/ns/kim? Może lepiej zapytać: czy Zel/ns/ki dogadał się z Tr/mpe/? | Odpis na portalu randkowym . | Sądy rodzinne, prokurarury