Jeszcze miesiąc temu, dzięki jednej Alicji, odzyskałem chęć do życia. To było tak, jakbym na nowo nauczył się oddychać – zacząłem uczyć się angielskiego, stawiać sobie cele, cokolwiek robić, by wyjść z tej pustki, w której tkwiłem od tak dawna. Czułem, że coś we mnie odżywa, coś pięknego, co zapomniałem, że istnieje.
A teraz? Siedzę samotnie na szlaku w górach, przesiąknięty deszczem. Każda kropla spływa po mojej twarzy, ale nie budzi we mnie żadnych emocji. Jestem pustą skorupą, a w środku… nic. Żadnej chęci do życia. Żadnej iskry. Cokolwiek się we mnie rozpaliło, już dawno zgasło.
Tak bardzo chciałbym wrócić do tej chwili sprzed miesiąca, przeżyć ją raz jeszcze – poczuć ten błysk nadziei, gdy życie zaczynało znowu mieć sens. Ale wiem, że to niemożliwe. Wiem, że po tym wszystkim nic nie wróci. A ja? Trwam tutaj, z tym pustym miejscem w sercu, zastanawiając się, co dalej… czy w ogóle jest jakieś dalej.

Proponuję powołać do życia PUPŻ. Co to jest PUPŻ? To jest Przedsiębiorstwo Utylizacji Pizd Życiowych. Zaś w sekretariacie owego przedsiębiorstwa widzę KWK. Co to jest KWK, znowu zapytacie. Otóż KWK, to nie jest – jakże modna dzisiaj (oze sroze) – kopalnia węgla, lecz Kącik Walenia Konia. W tym kąciku delikwent wali konia, robi to raz albo dwa, a lepsze zjeby (takie jak autor wpisu) robią to trzy razy po czym jest kwalifikowany do utylizacji lub nie. Jeśli zmądrzał i nie jest kwalifkowany do utylizacji, to wraca do życia bez durnych rozterek (who, the fuck, is Alice?) i może walcować blachę lub kopać rowy, bo do niczego innego taki zjeb się nie nadaje. Jeśli natomiast kwalifikuje się do utylizacji, to w tym celu należy go odesłać do innego zjeba. Mam na myśli mesia (specjalnie z małej litery, chuju).
To, co przedstawiłem powyżej to jest prosty algorytm. Ktoś, kto tego nie kuma, jest po prostu matołem nadającym się do PUPŻ.
Alice? Pisz po polsku, kurwo jebana.
Po polsku to ja ci mogę przypierdolić z liścia. Tak prawdziwie po polsku, że aż się nogami nakryjesz.
Zesrasz się możesz co najwyżej, wywłoko. I zeżreć swoje gówno, cwelu.
Przeczytałem trzy razy i nadal chuja z tego rozumiem. W sensie, że poznałeś fajną foczkę (w tym przypadku wabiła się „Alicja”), pierwsze 3-4 mieszki były fajne i ciekawe dla obydwu stron + cimci-rimci (normalna sprawa, wersja „demo” w każdej relacji konkubenckiej). Poszła jednak szybko do innego gościa bo ty miałeś Dacia Stepway sprzed liftu, a on miał Cuprę Formentor i przez to teraz niczego Ci się nie chcę, nawet nauki języków obcych, tak?
Pozdrawiam, Lyly-put