W dupach się poprzewracało

Kurwa mać, że tak soczyście zacznę swoje nędzne wywody. Dawno tu nie byłem, więc czas dolać trochę sosu chujowości do tej całej beczki ze szczynami. Pisałem tu kiedyś o moim kumplu, który był z panienką długi czas (2 lata). Pisałem o tym jaką miłością się darzą, jak to wspaniale wyglądają i jak pasują do siebie. I wiecie co? TAKI CHUJ! Niedawno się rozstali. To dosyć długa historia i nie chce mi się o tym wszystkim pierdolić. Powiem tylko w skrócie że kumpel zjebał sprawę, a dziewczynie w dupie się poprzewracało od dobrobytu i od możliwości wyboru i postanowiła od niego odejść. Kurwa, dlaczego dożyliśmy czasów kiedy ludzie o wiele chętniej wolą coś rozjebać do cna i zaczynać od zera, albo najlepiej w ogóle nie zaczynać bo nie ma na to czasu, lepiej balować i uchlewać się na umór bo przecież wolność jest piękna. Kiedyś ludzie żyli razem po 50 czy 60 lat i kurwa to co się między nimi psuło naprawiali bo na tym polega związek, na samodoskonaleniu się, na tym że musisz dbać nie tylko o swoje własne nędzne dupsko. Wkurwia mnie też że z ludzi wychodzi prawdziwa natura dopiero po dłuższym czasie. JEBANE DWULICUSY! I to wszystko co ciekawe tyczy się głównie dziewczyn które się radykalizują, liczą się tylko z sobą i ze swoimi uczuciami i zrobią wszystko żeby być szczęśliwe, choćby i po trupach do celu. Nie ważne ile osób zranią, nie ważne ile przyjaciół stracą, ale będą szczęśliwe i tylko to się dla takich tępych idiotek liczy. Wracając jeszcze do tematu związków, jak czytam opinie niektórych osób które schodzą się i rozchodzą po kilka razy wmawiając sobie i innym że „to nie moja wina to przez monotonność, musimy dać sobie czas żeby znowu zatęsknić”. KURWA BARANIE JEDEN Z DRUGIM. Jeżeli jest ci z kimś dobrze to po chuj się z nim rozchodzić? Albo kurwa w jedną stronę albo w drugą, zdecyduj się i nie zachowuj jak niestabilny psychicznie. Jak zamieszkacie razem i pojawi się dziecko to też powiesz dla dzieciaka że rodzice muszą dać dla siebie czas żeby zatęsknić i na pół roku wypierdolisz z domu na czereśnie do Antwerpii? Takich umysłowych gimbusów powinni zamykać pod kluczem i żeby nigdy nie mieli prawa z nikim się związać bo to tylko niszczy społeczeństwo. Dzieciaki potem wychowują się w przeświadczeniu że po co o coś walczyć skoro można to wszystko rozjebać i znaleźć nową mamusię albo tatusia dla swojego bachora? No kurwa pierdolnijcie baranka w ścianę idioci. Nauczcie się walczyć o to co macie. Ja nie mówię tu o takich sprawach że zaraz odezwie się jakiś gimbus i zapyta „mój chłopak mnie bije ale ciągle o niego walczę, brakuje mi pomysłów, co mam robić?” albo „moja dziewczyna się puściła z moim ziomkiem, mam jej przebaczyć?” Odróżnijcie zwykłe kurewstwo albo znęcanie się od kogoś kto przejrzał na oczy w nieco bardziej trywialnych sprawach np imprezy. Dobra, kończę bo jeszcze zaraz rozpiszę się na serio i stracę jeszcze więcej czasu na pisanie rzeczy oczywistych które w normalnym świecie byłyby proste i logiczne. Pozdro dla kumatych i wychowanych na zasadach które sugerowały raczej naprawę czegoś a nie burzenie wszystkiego w okół a dla takich co jednak wolą wszystko rozpierdalać serdeczny chuj w dupę i oby przyszedł taki dzień kiedy zostaniecie na tym świecie sami jak włos na wąsie dojrzewającego gimnazjalisty. Z fartem!

108
87

Komentarze do "W dupach się poprzewracało"

  1. chujowiczu! zarabiaj z kluu.pl, bez działalności gospodarczej, konto automatycznie weryfikowane
  2. swoją wypowiedzią udowodniłeś, że jesteś z PISu…

    0

    1
    Odpowiedz
  3. W pełni popieram! Mnie dwa miesiace temu zostawił chłopak którego naprawdę kochałam, nigdy go nie zdradziłam nie zrobiłam żadnego świństwa. Zwykła para, na ogół układało się dobrze. Ale zostawił bo tak po prostu się mną po 2 latach znudził. Do teraz tego nie ogarniam. CHUJNIA.

    3

    0
    Odpowiedz
  4. dałem radę doczytać tylko do połowy tych rzygowin – jesteś facetem, a zajmujesz się sprawami rodem z Mody na Sukces, ja pierdolę, co cię obchodzą czyjeś związki? idź sobie poplotkuj ze staruchami pod trzepak

    1

    0
    Odpowiedz
  5. Ależ zaraz Ci ktoś napisze, że jesteś jeszcze młody i świata nie znasz albo że człowiek nie jest stworzony do monogamii ale taki osobnik sam nie rozumie czym jest wierność, jej budowanie i wiele innych dobrych długofalowych czynników dzięki którym cywilizacja zapewnia sobie długowieczność. Tacy są właśnie współcześni ludzie, dbają jedynie o własny tyłek, chociaż nie powiem, ja pewnie też nie raz taki byłem i być może nadal poniekąd jestem. Wiesz, że jedna z przepowiedni biblijnych jest właśnie o tym, że ludzie staną się bardzo egoistyczni i że dotyczy ona Czasów Ostatnich?

    0

    1
    Odpowiedz
  6. Rób doktorat

    0

    0
    Odpowiedz
  7. „Odróżnijcie zwykłe kurewstwo albo znęcanie się od kogoś kto przejrzał na oczy w nieco bardziej trywialnych sprawach np imprezy.” – a czym są według Ciebie imprezy jak nie kurestwem? Po co idzie się na impezę? Tak szczerze? Grać w szachy? Zadupczyć! I tyle w temacie.

    0

    1
    Odpowiedz
  8. Za dobrze jest, za dobrze wam…zdziry. To wasza wina, babsztyle. Kobieta to worek łajna- św. Tomasz z Akwinu.

    1

    0
    Odpowiedz
  9. Keep calm and jp2gmd.

    0

    0
    Odpowiedz
  10. Chuj tu kogo obchodzą twoje miłosne wywody gimbusie zasmarkany.

    0

    0
    Odpowiedz
  11. jak ja cię lubię…!

    0

    0
    Odpowiedz
  12. Przyjmę w kichę pozdro byczek Andrzej

    0

    1
    Odpowiedz
  13. Autorze, dobrze i madrze piszesz. Ciesze sie bardzo, ze na tym dziwnym portalu jednak wypowiadaja sie od czasu do czasu jacys kumaci i bystrzy goscie.

    0

    0
    Odpowiedz
  14. Łazisz po tym świecie jak taki debil. Wstajesz rano, jesz śniadanie czy tam pijesz kawę i idziesz do roboty/szkoły. Lubisz ją bardziej lub mniej, siedzisz tam 8 godzin i wracasz do domu. Nie wiem czy masz rodzinę. Jeśli nie masz to wracasz do pustego mieszkania/domu i robisz sobie obiad, albo zamawiasz coś lub wychodzisz. Jeśli masz rodzinę zbyt wiele się nie zmienia, może z wyjątkiem tego że napewno jesz w domu. Później oglądasz telewizor albo oddajesz się innym pustym czynnościom. Nawet gdybyś czytał Horacego albo Sartre’ego co z tego? Zaraz pójdziesz spać. I rano znowu wstajesz. W niedzielę powinieneś iść do kościoła, wiesz o tym?
    Od czasu do czasu wyjedziesz gdzieś pozwiedzać żeby uraczyć swoje oczy jakimiś pięknymi widokami. Wyspy, góry, dupy, jeziora, nieważne. Ubarwiasz swoje życie jak tylko możesz. Łazisz po tym świecie jak taki debil. Nie chcesz umierać? A właściwie czemu? Tak ci tu dobrze?
    Jesteś nikim. Niczym w perspektywie czasu i całego świata. Świat to absurd. Absurdem jest też twoje życie. Rodzisz się, męczysz w szkole i uniwersytecie, zakładasz rodzinę lub nie, pracujesz lub nie, podróżujesz, szukasz coraz to nowszych podniet by uczynić swoje życie ciekawszym po czym umierasz. Każdy tak ma. Może z wyjątkiem ludzi z plecami albo tych, którym się nie poszczęściło urodzić na w miarę żyznej glebie. Kim jesteś? Co ty tu robisz? Po co tu jesteś? Czy wiesz, że jesteś nikim? Czy wiesz, że za dwieście lat nie zostanie po tobie strzępek pamięci czy płyta nagrobna z twoim nazwiskiem i dwoma datami?
    Nasz świat to absurd.
    Nie zrobi mu różnicy czy będziesz żył wg schematów czy może wypierdolisz do lasu i spędzisz tam całe życie polując i mieszkając w lepiance. Możesz siedzieć całe życie na dupie bylebyś płacił czynsz i opłaty za tv które tak namiętnie oglądasz. Nie zapomnij o podatkach.
    Nieważne, że czytasz Szekspira i Platona oraz namiętnie słuchasz preludiów Szopena. Nikt tego nie doceni. A nawet jeśli to nie – nie martw się, nie jesteś nikim wyjątkowym. Po co to wszystko? Dla chwilowej przyjemności? Dla świadomości zrozumienia tragicznych bohaterów i boleści odtrąconego pianisty? Nie zmienisz świata a tym bardziej nie pozostawisz w nim nic po sobie. Omnis moriar. Tutaj nie ma nic. Wszystko jest absurdem.
    Czy jest coś co mogłoby nas uratować?
    Nie.
    Za tysiąc lat wszystko będzie nowsze, brzydsze i tak dalej. Mechanizm się będzie kręcił, tak jak kręcił się 1000 lat temu i jak kręci się dziś. Ale nie będzie już ciebie. A reszta i tak się będzie kręcić, by coś naprawić, stworzyć, ulepszyć. Wcale nie musiałeś istnieć, twoje istnienie to przypadek. Nasze istnienie to przypadek. Rodzisz się, definiujesz, potem tworzysz coś nowego. Niedługo ludzie zapomną kim był Jan Paweł II czy Curie. Po co żyjesz, pytam? Czym jest twoja egzystencja?
    Jesteśmy elementem w układance. Nie wiem tylko czy to ktoś się nami bawi, czerpiąc z tego jakąś korzyść, czy sami stworzyliśmy sobie taki świat, w którym każdy z nas jest częścią maszyny. Nieświadomej.
    Jesteśmy zbyt dużym absurdem.
    Chciałabym zobaczyć co będzie na końcu tego gówna w którym żyjemy.
    A filozofowie pytają jaki jest sens życia!

    Takie myślenie ukazuje mi tylko jeden drogowskaz wyłaniający się spośród mroku.
    Wypierdalaj na pustynię zaraz jak się urodzisz i żyj tam, albo zdechnij. Nieważne.
    Albo idź do dżungli. Tam przynajmniej przeżyjesz, jeśli nauczysz się rozpoznawać trujące żarcie oraz napastników.
    Taka opcja byłaby najlepsza. Siedzieć sobie w dżungli, być niemową, głupim, polować sobie i sobie umrzeć. Nie raniąc nikogo, nie płacąc nikomu, a tym bardziej nie wydawać potomstwa na świat.
    Nieważne czy żyjesz czy nie. Łapiesz się wszystkiego by nadać swemu życiu sens – gromadzisz się w swoim towarzystwie wmawiając sobie, że jesteś niezastąpiony, żyjesz sobie, jesz sobie, codziennie myjesz zęby i dajesz oznaki życia w formie głosu czy tekstu pisanego ujawnianych wszędzie gdzie się da. Słuchasz muzyki, czytasz książki, wychodzisz do kina.
    a to wszystko to gówno. i tak umrzesz i nic z tego. i innym ludziom też.
    równie dobrze możesz żyć w swoich szczynach gdzieś na południu amazonii wpierdalając spaghetti z kobry.

    kasa z książki którą kupisz, kasa z biletu który kupisz, kasa z płyty którą kupisz będzie się obracała jeszcze długo po twojej śmierci. Ty umrzesz, a firma która wczoraj sprzedała ci chleb będzie sobie prosperowała. Nie ci sami ludzie, ich potomkowie. I wszystko wkoło. Ale bez ciebie.
    I nie chrzań o metempsychozie i deja vu. Mamy tylko jedno życie. Wykonujesz serie bezcelowych ruchów by nadać sens swojemu istnieniu, by na koncu powiedzieć, że nie straciłeś sekundy życia. Nie rozumiesz jednak, że to i tak nie ma sensu, że i tak „i co z tego”…

    Zrozumiałam dzisiaj jedno i więcej. Nasze istnienie jest niczym, świat jest absurdem, wszystko w zasadzie jest bez sensu, a uzależnieni zostali usprawiedliwieni.

    Teraz należy sobie zadać jedno, zajebiście ważne pytanie.
    Czy życie jest warte tego by je przeżyć?

    0

    0
    Odpowiedz
  15. Czy konsumpcyjne nastawienie do życia możemy uznać za absurd? Rozwinięcie tematu w odwołaniu do koncepcji egzystencjalistów i personalistów.

    „Czy konsumpcyjne nastawienie do życia możemy uznać za absurd?”

    Problem, czy konsumpcyjne nastawienie do życia można uznać za absurd pozostaje problemem spornym. Jedni nie widzą w nim nic złego, ponieważ człowiek posiada różne wartości i priorytety, które sprawiają, że czujemy się szczęśliwsi i spełnieni. Jednakże w czasach obecnych postawa ta jest zazwyczaj postrzegana jako brak opanowania umysłu, chciwość i pożądliwość. Zaspokajanie swoich potrzeb staje się głównym celem ludzi, mimo, że najważniejsze wartości to nie nowe buty, lecz coś trwałego i niezmiennego jak szacunek, zaufanie czy przyjaźń.

    Samo posiadanie to normalna rzecz. Każdy z nas coś posiada, na przykład ubranie. Część ludzi posiada też inne rzeczy: samochód, telewizor, telefon komórkowy. Aby żyć, musimy mieć. Nie da się żyć nie mając niczego. Trzeba też pamiętać o tym, że obecnie trudno jest stwierdzić, co jest prawdziwą potrzebą człowieka, bo to sama istota posiadania. To nasze podejście do tego świadczy o tym, czy nadmierne przywiązywanie wagi do zdobywania dóbr materialnych wszelkiego rodzaju jest dla nas absurdem, czy też nie. Erich Fromm w „Mieć czy być?” pisze:

    „Współczesny konsument mógłby za swoją dewizę wziąć formułę: Jestem = to, co posiadam, i to, co konsumuję.”[1]

    Opierając się na tym cytacie możemy stwierdzić, że bycie polega poniekąd na posiadaniu.

    Według egzystencjalistów człowiek jest kreatorem swojego bytu, a jego wartości są tylko takie, jakie sobie sam ustanowi. Co więc jeśli ktoś uznaje konsumpcjonizm za dobro?

    Każdy wybór, który został dokonany świadomie jest dobry, jest to jedno z podstawowych założeń tej doktryny filozoficznej. Innym z kolei jest motyw pesymizmu i nicości: życie jest wszystkim, reszta to tylko abstrakcja i fikcja. Wszystko, co trwałe jest wymysłem.

    W tej pracy spróbuję się przypatrzeć i odpowiedzieć na te pytania z punktu widzenia dwóch nurtów filozoficznych: egzystencjalizmu i personalizmu. Postaram się na początku przedstawić ich charakterystykę.

    Filozofia egzystencjalna została zainicjowana przez Sørena Kierkegaarda (1813-1855), który w swoim sposobie rozumienia filozofii wyróżniał trzy zasadnicze wartości:

    a) Interesował się wyłącznie człowiekiem, głównie jego stosunkiem do Boga. Zagadnienie życia było dla niego wyłącznie moralne i religijne.

    b) Programowo był myślicielem subiektywnym, lecz także pluralistycznym.

    c) Chciał filozofii wnikającej w samo konkretne istnienie człowieka i jego właściwości etyczne i religijne. Taką filozofię nazywał „egzystencjalną”.

    „Istnienie ludzkie zawsze jest czasowe, skończone, doczesne, a mimo to człowiek patrzy nań pod kątem wieczności.” Około 1930 roku nastąpił renesans Kierkegaarda jako filozofa. Po blisko stu latach filozofia Duńczyka stała się ponownie aktualna. Wznowił ją w Niemczech Martin Heidegger, podczas wojny została zaś rozpowszechniona we Francji, głównie przez Sartre’a. Heidegger, Jean-Paul Sartre, Karl Jaspers i inni wzięli od Kierkegaarda nie tylko zagadnienia czy nazwę, ale i podstawowe motywy. Filozofia egzystencjalna w zasadniczym punkcie jednak odeń odeszła. Od Kierkegaarda wzięła się ogólna koncepcja egzystencjalizmu, zasadnicze pojęcia, terminologia, uczuciowa postawa czy pesymistyczne spojrzenie na życie. Myślą Sørena było, że najgłębsza rzeczywistość wymyka się definicji pojęciowej. Według niego mogła być przeżyta, nie da się jednak zrobić z niej przedmiotu wiedzy intersubiektywnej. Warto też wspomnieć, że różni myśliciele zajmowali takie stanowisko już na długo przed Kierkegaardem, jednakże nie miało to wtedy nazwy i nie rozwijało się w sposób ciągły. Jeśli potraktujemy filozofów egzystencjalnych jako ludzi, którzy z egzystencji człowieka uczynili ośrodek filozofii, patrzyli przez jej pryzmat na świat, wręcz wszystko do niej sprowadzali, to możemy uznać, że egzystencjaliści bywali zawsze: Sokrates w przeciwieństwie do Arystotelesa czy Pascal – do Kartezjusza.

    Człowiek, który przywrócił światu egzystencjalizm, Martin Heidegger (1889 – 1976), wyszedł ze szkoły badeńskiej, był uczniem Rickerta, następnie zbliżył się do Husserla, ale prawdziwy wpływ na jego filozofię wywarł właśnie Kierkegaard oraz Scheler (jednak tylko w sposobie stawiania pytań, nie szukania rozwiązań). Jego główną pracą jest „Sein und Zeit” (1927). Poglądy na temat egzystencjalizmu zmieniły się, gdy jego ośrodek przeniósł się do Francji. Wcześniej filozofia ta wydawała się filozofią zagadkową, zrozumiałą tylko dla wtajemniczonych. Czołowym przedstawicielem egzystencjalizmu stał się Jean Paul Sartre (1905 – 1980), filozof, który oprócz wypowiadania się w dziełach filozoficznych („L’ȇtre et le nèant” (1940), „L’existensialisme est un humanisme” (1946)) pisał również powieści oraz sztuki sceniczne.

    W Niemczech jednocześnie z Heideggerem przedstawicielem egzystencjalizmu był jednocześnie Karl Jaspers (1883 – 1969), który był profesorem psychiatrii, a potem filozofii. Nadał on kierunkowi bardziej przystępną postać („Psychologie der Weltanschauungen” (1919), „Philosophie”,(3 tomy,1932). Z kolei we Francji, jeszcze przed Sartre’em, Gabriel Marcel (1889 – 1973) stworzył katolickie skrzydło kierunku („Journal metaphysique” (1927), „Être et avoir” (1935), „Homo Viator” (1945).

    Egzystencjalizm posiada przynajmniej cztery istotne motywy : motyw humanizmu – istnienie ludzkie jest uznane za największą wartość, jest głównym punktem odniesienia, motywy infinityzmu – pogląd, który przyjmuje nieskończoność przyrody i świata, podzielność przestrzeni i czasu. Motyw tragizmu – istnienie jest wypełnione negatywnymi uczuciami: troską, przeczuwaniem śmierci. Idealnie z tym łączy się również w tej filozofii obecny motyw pesymizmu: nie ma nic, na czym można by się oprzeć, człowieka otacza pustka, nicość. Oprócz tychże motywów bardzo ważny jest pogląd, że esencja nie stanowi o egzystencji, nie wyprzedza jej, gdyż w ogóle jej nie ma. Wpierw żyjemy, potem myślimy. Takie myślenie niesie ze sobą konsekwencje, bowiem esencja powinna być czymś stałym, a jeśli jej nie ma, to w rzeczach, których nie wyprzedza nie ma nic stałego, niczego, co określałoby ich przeznaczenie. Człowiek nie został stworzony wedle jakiejś konkretnej idei, nic nie przesądza o jego wartościach, to od niego zależy co się z nim stanie. Już w XV wieku Giovanni Pico della Mirandola mawiał, że „homo fortunae suae ipsis faber” – człowiek jest kowalem swojego losu, a więc każdy sam kieruje własnym życiem. Mimo, że nie ma on wpływu na to, że się rodzi czy umiera, może on swoje życie uznać za coś wspaniałego lub też sprawić, że będzie ono złe. Człowiek jest twórcą i kreatorem siebie samego. Rodzi się niczym i będzie taki, jakim siebie uczyni. Nie można więc (a szkoda) twierdzić, jak humanizm, że człowiek jest sam w sobie celem, bo przecież nie jest niczym określonym. Mimo wszystko egzystencjalizm pozostaje humanizmem, jeśli weźmiemy pod uwagę, że jedynymi wartościami w świecie są te, które sami sobie stworzymy. Wszystko w świecie jest dla nas wynalazkami i twórczością. Kolejną cechą ludzkiego istnienia według twórców egzystencjalizmu jest świadomość. Świadomość bytu nie tylko swojego, ale też obcego, cudzego. Istnieją również „rzeczy”, których byt jest inny, nieświadomy siebie. Sartre nazwał to: „ȇtre en soi” („byt w sobie”), nie „pour soi” („dla siebie”). Dwoistość bytu to podstawa w filozofii, którą reprezentuje ten myśliciel. Następną właściwością ludzkiej egzystencji jest jej kruchość. Człowiek żyjący w świecie, który jest pełen zagrożeń dla istnienia w każdej chwili może owo istnienie narazić na szwank czy nawet zniszczyć. Świat nie rozgląda się na boki, nie zatrzymuje, czemu miałby więc patrzeć na nas? Musimy bronić swojego życia, ciągle trzeba się o nie troszczyć, ponieważ zawsze może ono nam zostać odebrane, nie jest wieczne ani stałe. Troska, trwoga, myśli o śmierci – to cechy egzystencji ludzkiej. Wiele filozofii usiłowało być „bez nastroju”, na przykład stoicyzm. Wiele rozwijało się w spokojnym tonie – epikureizm czy sceptycyzm. Filozofia tomistyczna czy kartezjańska z kolei tworzyła się w nastroju pewności. Marksizm z pewnością wyrósł z ufności w człowieka i w zapatrywaniu się w przyszłość. Dlaczego egzystencjaliści kreowali swoje poglądy w tak ponurym nastroju? Możliwe, iż była to reakcja na otaczający ich świat: Francja, Niemcy – to przecież kraje pokonane w wojnie, która właśnie miała miejsce. Mógł być to wyraz klęski. Trwoga jest naturalnym stosunkiem człowieka do istnienia. Normalne jest, iż boimy się nie tyle, co niebezpieczeństw, ale też samego istnienia. Uważam, że pobudza to nas jednak do działania, do szukania ratunku i ogólnie wysiłku w sytuacjach pozornie bez wyjścia. Właśnie przez to trwoga chroni nas od swojego rodzaju zagłady. W porównaniu z bytem ludzkim, a więc z czymś, wokół czego skupia się egzystencjalizm, wszystko inne jest abstrakcją. Jean Paul Sartre pisał: „Absurdem jest żeśmy się urodzili, i absurdem, że umrzemy”. A przecież co się zaczęło, musi się skończyć. Wszystko, co istnieje pewnego dnia umrze. Może to stanowić podwaliny tezy, jakoby byt ludzki ciążył ku śmierci odkąd został stworzony. Istnienie ludzkie jest „sein zum Tode”, jak mówił Heidegger. A śmierć nie jest według egzystencjalistów początkiem czegoś nowego, lecz nieodwołalnym końcem istnienia, którego cechą jest skończoność. Mimo, że każdy z nas zdaje sobie sprawę ze śmiertelności, to łatwiej nam uwierzyć w cudzą śmierć, niż jeśli miałoby to spotkać nas. Życie ludzkie jest kruche i według twórców filozofii egzystencjalnej należy o tym pamiętać. Nie wolno zatem zbytnio przyzwyczajać się do naszej codzienności. Zacznie się wtedy wydawać zwykłe, bez tajemnic, jakieś szare i „bure”. Stanie się naturalną postacią naszej egzystencji. Tylko nieprzewidziane i niezwykłe zdarzenia mogą nas z tej codzienności i rutyny „wyrzucić”. Dopiero wtedy zdamy sobie sprawę z tego, jak bardzo dziwne jest otoczenie, do którego przywykliśmy i które traktowaliśmy w sposób zupełnie dla nas normalny. To wtedy będziemy mogli spojrzeć na wszystko z innej perspektywy, znajdując się na zewnątrz, a nie w środku. Wtedy również będziemy mogli zrozumieć nasze istnienie. Poczucie swojskości, naturalności i codzienności jest więc złudne, usypia również trwogę. Aby poznać dobrze nasz byt musimy postrzec go jako obcy.

    Według egzystencjalistów oprócz trwogi, troski i „czającej” się wszędzie na nas śmierci, co omówiłam wyżej, nie ma nic. W porównaniu z istnieniem doczesnym wszystko, co nim nie jest uważane jest jako abstrakcja, fikcja, coś nierealnego. Idee, wartości, religie, rzeczy materialne. Gdyby to wszystko było wieczne, pewnie i tak byłoby to bez znaczenia wobec śmiertelności człowieka. To nie jest wieczność, której chce on dla siebie, a ta, której pragnie, to wieczność własnego życia, a jak wiemy nie jest to możliwe. Dla człowieka nie zostało więc nic, w co może wierzyć, na czym może się oprzeć. Nic, prócz jego egzystencji, która (nie należy zapominać) jest krótka, przypadkowa i nietrwała. Może dlatego też trwoga wydaje się być tak słuszna w filozofii, którą nie bez powodu nazywano „filozofią nicości”. Człowiek nie może liczyć na pomoc, bo żadnej nie ma. Nikt nie da mu wskazówek jak żyć, nikt nie stworzy dla niego podręcznika z tekstem-gotowcem czy specjalnym wzorem, „przepis na życie” nie istnieje. Można szukać takich książek w bibliotekach, ale szanse, że coś takiego znajdziemy będą zerowe. Czemu? Gdyż istnienie otoczone jest przez pustkę, nicość. Sartre mówił, że człowiek został pozostawiony samemu sobie, nie znajduje Boga, bo byt nie potrzebuje racji; jest i już, po prostu, dlatego nie można było przyjmować jego istnienia jako racji bytu. Tak samo ludzie nie znajdują żadnych zakazów i nakazów (poza tymi, które sami sobie ustanowią). Nie ma żadnej etyki ogólnej, która mówi jak mamy żyć. Według egzystencjalistów, jeśli nie ma Boga, to nie ma nakazów. „Jesteśmy sami, nic nas nie usprawiedliwi”, tak powiedział Jean Paul Sartre.

    Większość egzystencjalistów wolność, a więc ten brak nakazów i zakazów, traktuje jako smutny fakt, gdyż dzięki tej wolności będzie trzeba wybierać i decydować, a to wpływa nie tylko na ich samych, ale też na innych ludzi. Według nich są oni wolni bez względu na to, czy tego chcą, czy nie. „L’homme est condamné à ȇtre libre” – „Człowiek jest skazany na wolność”.

    Próżno jednak szukać czegoś innego niż sensu istnienia. A skoro nic poza nim tak na dobrą sprawę nie istnieje, to jego sens zawierać może się tylko i wyłącznie w nim samym. Absurdem byłoby szukać wyjścia z jakiejś sytuacji, skoro poza nią nic nie ma. Dziwnie jednakże byłoby się jej poddawać. Kilka zdań wyżej napisałam, że przecież jesteśmy wolni. Jest to sprzeczność w tym nurcie filozoficznym. Z jednej strony wybrać trzeba, z drugiej nie ma się do tego podstaw. Każdy wybór jest wartościowy, jeśli jest dokonany w imię wolności, możemy więc wybrać styl życia Jima Morrisona lub też pójść śladem świętego Franciszka i będzie to bez większego znaczenia. Jedynym naszym zadaniem będzie wtedy wyjście poza samego siebie, poza schemat, jaki sami sobie stworzyliśmy, poza pudełko, które sami wymyśliliśmy. Bo skoro człowiek nie ma cech stałych, a jedynie takie, które sam sobie przypisze, to zawsze może przypisać sobie tych cech więcej (oczywiście mogą to być również lepsze przymiotniki).

    Właśnie dlatego egzystencjalizm nie jest wcale pesymistyczny – życie człowieka i jego los jest bowiem w jego rękach.

    Przekonanie o znikomości istnienia jest wspólne z filozofią chrześcijańską, jednakże według niej jest to jedynie moment w wieczności, a egzystencjalizm skupia się bardziej na nicości. Obydwie odbiegły od filozofii starożytnej, która mówiła, że śmierć to nic strasznego i wcale nie trzeba się jej obawiać, bo po niej nie będzie nic albo też będzie nowe życie. Jednak myślenie chrześcijańskie ma perspektywę wieczności, a to nadaje sens istnieniu. Zasadnicza różnica między Kierkegaardem, a ludźmi, którzy czerpali z jego dokonań , była taka, że Kierkegaard był myślicielem chrześcijańskim. Nieskończoność przenikała ludzkie życie, które było skończone. Katolicy w swoim myśleniu różnili się od filozofów nicości i beznadziejności tym, że w życiu znajdowali jednak podstawę do optymizmu i nadziei. Sartre odróżniał od swojego ateistycznego egzystencjalizmu egzystencjalizm chrześcijański, do którego należał m.in. Gabriel Marcel.

    Z innych różnic między egzystencjalistami warto wymienić tą między Martinem Heideggerdem i Sartrem. Czerpali oni z Kierkegaarda, ale dzieliło ich to, że obydwoje w przeciwieństwie do Duńczyka byli ateistami. Dla pierwszego trwoga miała naturę metafizyczną, z kolei dla drugiego była to już raczej natura moralna, była to trwoga wobec wolności i odpowiedzialności człowieka. Filozofia Niemca zajmowała się ontologią, a Sartre’owska głownie etyką. Ten pierwszy zajmował się istnieniem ludzkim, lecz był to dla niego jedynie punkt wyjścia. Przeciwnie do Karla Jaspersa (1883 – 1969), który najbliższy był Sørenowi Kierkegaardowi. „Moim zagadnieniem” – pisał M. Heidegger w 1937r do J. Whala -„nie jest egzystencja człowieka, lecz byt w całości”. Kwestii postawionej w Sein und Zeit nie ma ani u Kierkegaarda, ani u Nietzschego, a Jaspers zupełnie je wymija”[2].

    Personalizm z kolei czerpie inspiracje z nauczania Arystotelesa, św. Tomasza z Akwinu oraz św. Augustyna, którzy za podstawę rzeczywistości uznawali osobę ludzką, a więc rzecz ma się podobnie jak w egzystencjalizmie. Filozofia personalistyczna akcentuje w swoich rozważaniach pojęcie osoby, jako indywidualnego i niepowtarzalnego bytu. Człowiek według personalistów został obdarzony przez Boga wolnością i godnością, celem jego egzystencji jest więc nieustanne dążenie do Niego. Według personalizmu katolickiego religia tworzy więź osobową człowieka z Bogiem. Sam człowiek jako byt jest dynamiczny, nieustannie się staje i realizuje poprzez działanie. Widzimy również tutaj, że to, co człowiek uczyni z siebie zależy tylko i wyłącznie od niego. Jacques Maritain (1882 – 1973) mówił, że człowiek jest „w całości jednostką i w całości osobą”[3]. Nie odróżniamy tutaj dualizmu człowieka. Jednostka i osoba to dwa bieguny tej samej istoty.

    Zwykły człowiek bardzo często woli mieć nadmiar czegoś niż nic. Nie jest to z pozoru nic dziwnego – któż z nas chce mieć „nic”? Dobra konsumpcyjne, które uprzednio nabywać mogli jedynie nieliczni, bogaci członkowie społeczeństwa stały się ogólnodostępne. Dotyczy to wielu dóbr trwałego użytku, ale też artykułów żywnościowych. Postęp nauki i techniki wykreował wiele zupełnie nowych potrzeb i produktów, takich jak telewizor, telefony komórkowe, tablety, odtwarzacze mp3 czy choćby mikrofalówki. Człowiek żyjący współcześnie jest całkowicie nimi zauroczony, odnajduje sens w kupowaniu i nabywaniu coraz to nowszych dóbr materialnych. Z pewnością odzwierciedla się to w jakiś sposób w konsumpcjoniźmie, który niekoniecznie jest tylko zaspokajaniem wszystkich naszych potrzeb, które wykraczają poza niezbędne do przetrwania minimum. Gdybyśmy patrzyli na to w taki sposób, niemal każdy (obojętnie z jakiej nawet epoki) musiałby zostać uznany za konsumpcjonistę. Uleganie reklamom, masowej kulturze i jej modom nie do końca oddaje też znaczenie tego terminu. Jest to zjawisko na znacznie większą skalę. Stawia ono na pierwszym miejscu dążenie do posiadania, mnożenia (ale też używania) dóbr materialnych pomijając jednak wartości duchowe. Człowieka zaczyna się oceniać jako konsumenta, nie zaś osobę. Od zawsze starał się on polepszyć warunki swojego bytu, żyć wygodnie, ułatwiać sobie życie. Bardzo dobrze, że tak się stało, wszakże gdyby nie ten naturalny proces możliwe, iż nadal polowalibyśmy na zwierzęta i mieszkalibyśmy w jaskiniach. Marzenie o bogactwie zawsze towarzyszyło ludziom. Jednocześnie stanowiło ono motywację do zmian, które przyniosły wiele korzyści. Z drugiej strony, co rozumie się samo przez się, nie same zalety z takiej postawy płyną, gdyż często termin „konsumpcjonizm” kojarzy się negatywnie. „Zastaw się, a postaw się” to jedno z haseł, którymi wielu ludzi uległych konsumpcjonizmowi się kieruje. Takie osoby tracą pieniądze, których nie mają, na imponowanie ludziom, których często to nie obchodzi. Do innych dziwnych zachowań należy z pewnością irracjonalna potrzeba spożywania produktów szkodliwych dla naszych organizmów (alkohol, nikotyna). Niszczenie własnego zdrowia właściwie nie wiadomo po co samo w sobie jest absurdalne. Wartości moralne, jakie niesie ze sobą konsumpcjonizm są bardzo nikłe. Możemy jedynie pocieszać nasze sumienie kupowaniem zeszytów, podczas tworzenia których nie ucierpiało żadne drzewo. Ale czy wartość, z której ktoś czerpie zysk wciąż jest taką samą wartością?

    Podobnie rzecz ma się z reklamą, której z pozoru nie da się zignorować. Teoretycznie dzięki niej możemy sprzedać wszystko. Doskonałym przykładem jest film „Czeski Sen” z 2004 roku, który został zrealizowany przez Víta Klusáka oraz Filipa Remunda. W przeciągu kilku miesięcy zorganizowali oni kampanię reklamową nieistniejącego hipermarketu. Smutne jest to, że tak wielu ludzi uwierzyło siłę reklamy. I kolejny już absurd – reklamowanie złej jakości towaru staje się normą, ale reklamowanie towaru, który nie istnieje wydaje się być nieco egzotyczne. „Czas to pieniądz”, sporo konsumentów nie analizuje składu produktów, producentów i krajów pochodzenia, często dzieje się tak, że większą uwagę zwracają na cenę. Konsumpcjonizm działa jak dealer narkotyków. Uzależnia ludzi od swoich ofert. I nie jest ważna jakość towaru, ważne jest to, aby się sprzedało. I to jak najlepiej. A dla ludzi, którzy kupują, życie staje się jednym wielkim wyścigiem. A to po nową lodówkę, a to po kosiarkę, a tu znowu po kolejny wspaniały wazon w nadzwyczajnej cenie. Pogoń za pieniędzmi i przedmiotami powoduje oddanie się pracy, które z czasem, gdy wyścig przyśpieszy, staje się wręcz niewolnicze. Nadmiar kortyzolu niszczy im hipokamp. Pojawia się stres, niepokój. Bywa, że prowadzi to do zaburzeń na tle psychicznym, np. depresji, stanów lękowych. Właściwą reakcją na to nie jest jednak wyrzeczenie się wszelkich dóbr doczesnych. Nie da się w pełni cieszyć się życiem i rozwijać swojej osobowości nic nie mając. Dewiza Arystotelesa, mówiąca o tym, że „we wszystkim należy zachować umiar”, jest chyba ze wszech miar dewizą właściwą. Wątpię, żeby ktoś z nas chciał żyć w ciągłej, niemalże tej egzystencjalistycznej trosce o swój byt. Dlaczego więc dokładnie tak się dzieje? Ludzie nie potrafią już pohamować się przed zakupami rzeczy, które nie dają im spełnienia ani szczęścia. Które są tylko po to, aby „były”. Troszczą się nie o swój rozwój duchowy, bezpieczeństwo. Bycie prawdziwym konsumentem zaczyna stanowić ich jedyny cel. Jeden bankier z Wall Street powiedział o tym szczerze:

    „Zarabianie pieniędzy ma taką wartość, jaką sami mu nadamy”.

    „Wiara w Boga nieskończonego, wzywającego człowieka do doskonałości, otwiera drogę dla cywilizacji nieograniczenie aktywnej i zdolnej do postępu.” [4]

    Personaliści głosili nadrzędność osoby ludzkiej wobec uwarunkowań społeczno-ekonomicznych i historycznych. Według personalizmu katolickiego życie społeczne powinno być podporządkowane dobru osoby, niestety we współczesnej cywilizacji tak nie jest. Pomimo postępu technicznego i nieskończonego procesu wynajdywania urządzeń, które powinny nam życie ułatwić, człowiek w jakiś sposób wpływa destruktywnie na swoje życie. Współczesny człowiek, według personalistów, staje nieustannie przed dylematem „mieć”, albo „być”. Wielu ludzi doprowadziło samych siebie do osłabienia poczucia godności osoby ludzkiej. Według personalistów konsumpcjonizm to wręcz zagrożenie dla społeczeństwa. Czy jest więc również absurdem?

    Albert Camus, pisarz, eseista oraz publicysta, wiele uwagi poświęcał filozofii, związał się z nurtem egzystencjalizmu. Jego dzieło „Dżuma” z 1967 roku posiada dwa wymiary. Pierwszy to wymiar realistyczny, drugi z kolei to filozoficzno-symboliczny. Z punktu widzenia tego pierwszego powieść jest opowieścią, która zdaniem narratora jest prawdziwa, a wydarzenia się w niej rozgrywające miały miejsce w latach 40-tych w Oranie. Główny wątek to wybuch epidemii tytułowej choroby oraz postawy mieszkańców miasta wobec niej i zagrożenia życia ich i najbliższych. Kolejny raz mamy troskę o swoje istnienie, tak często spotykany motyw w filozofii egzystencjalnej. Camus opisał ją w świecie bardziej dla nas ludzkim, na który składa się cierpienie oraz świadomość nadchodzącej śmierci. Przez ten realizm powinniśmy bardziej zrozumieć drugą warstwę książki, a więc jej paraboliczny charakter, odnoszący się przecież do każdej innej „dżumy”, którą mogą być przecież choroby cywilizacyjne naszych czasów, a które dla duszy człowieka są równie groźne. Obdzierają go z godności, niszczą osobowość. Faszyzm, totalitaryzm, fanatyzm polityczny, religijny. Ale taką „dżumą” jest też konsumpcjonizm. Podporządkowanie siebie i swojej egzystencji dążeniu do osiągnięcia materialnego sukcesu. Ludzie w Oranie podejmują walkę. A my?

    Identyfikowanie się z myślą egzystencjalistów z pewnością już dawno spowodowało w nas pogodzenie się z tezą, iż życie to absurd. Tragizm istnienia ludzkiego to konieczność wzięcia odpowiedzialności za to, co robimy, kim jesteśmy i jak żyjemy. Odczuwamy wtedy lęk przed życiem, ale i przed nieuchronną śmiercią. Co do tragizmu, to kolejnym jego wyrazem jest omawiana uprzednio sprawa wolności w tej filozofii. Jest ona nieograniczona, a wolność totalna nas przerasta, nie potrafimy się nią poprawnie posługiwać. Filozofowie egzystencji chcieli wskazać sui generis egzystencjalną alternatywę zagubionemu i oszołomionemu człowiekowi XX wieku, który doświadczył bezsensu i okrucieństw I i II wojny światowej, zniewolenia w totalitarnych systemach władzy, czyli opisywanej wcześniej kruchości – czy mówiąc dosadniej – nicości ludzkiego bytu. Taki obraz kondycji człowieka, określony za pomocą par opozycyjnych pojęć, takich jak: pełnia bytu i nicość, życie i śmierć, byt autentyczny i nieautentyczny, prawda i fałsz, sens i absurd, wartość i antywartość – na trwałe wpisał się w XX-wieczną kulturę. Podobnie jak konsumpcjonizm, który w dużej mierze składa się z fałszywych zapewnień producentów reklamy oraz z często niezdrowego dążenia ludzi do posiadania. Ponieważ zasadniczą czynnością umysłu jest odróżnianie prawdy od fałszu, w dochodzeniu do odpowiedzi oprócz uporu istotna jest wytrwałość i przenikliwość, „najlepsi obserwatorzy”, zdaniem Camusa – „nieludzkiej gry, w której absurd, nadzieja i śmierć wymieniają swoje repliki”. Camus odrzuca rozwiązania, jakie zaproponowali poprzedni myśliciele filozofii nicości. „Absurd ma sens tylko o tyle, o ile się na niego nie zgadzamy” – dodaje Camus, „i wyznacza w ten sposób zadanie człowieka: żyć i myśleć w tym rozdarciu, by wiedzieć, czy należy zgodzić się, czy odmówić zgody (…), czy można z absurdem żyć, czy też trzeba od absurdu umrzeć”. A skoro konsumpcjonizm nie zawsze jest świadomy, nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, że bardzo często środki masowego przekazu nami manipulują, to czy na serio zgadzamy się na to, co z nami robi taka postawa?

    „Absurd i dopełnienie życia, które absurd niesie, nie zależą więc od woli człowieka, lecz od jej przeciwieństwa, to znaczy od śmierci – chodzi teraz o to, aby żyć.” [5]

    Podsumowując, nie taki diabeł straszny jak go malują, da się żyć w świecie konsumpcjonizmu. Można nawet stwierdzić, że bez niego bylibyśmy o wiele lat do tyłu. Czy jest to jednak absurd? Uważam, że tak. Śmieszne jest założenie, że tworzenie masowych, globalnych wzorców konsumpcji, które tworzą wielkie korporacje, a które zostaną bardzo szybko rozpowszechnione po świecie, trafią do osób, tak bardzo różniących się przecież od siebie. Nie da się trafić w gusta, potrzeby każdego człowieka na Ziemi, a to niektórzy starają się zrobić. Słuchając wypowiedzi przeciwników postawy konsumpcyjnej można popaść w lekko pesymistyczny nastrój, nawet mimo tego, że niektórzy z nas są przecież optymistami. Czy Jean Paul Sartre miał rację twierdząc, iż wszystko wokół nas to jeden wielki absurd? Czy może przeciwieństwo takiego myślenia będzie bardziej odpowiednie dla ludzi, którzy właśnie zadają sobie to pytanie, pytanie o absurd postawy konsumenckiej? Żadne skrajności nie są dobre, radykalny konsumpcjonizm czy nierealistyczna jego pochwała przy deprecjonowaniu jej wad i zagrożeń. Jak to zazwyczaj bywa, najbardziej słuszny jest „złoty środek”, ten, który równoważy poszczególne poglądy i pozwala je ustabilizować na równym poziomie.

    0

    1
    Odpowiedz
  16. Za długie nie czytam.

    1

    0
    Odpowiedz
  17. Podobno 50% małżeństw w Polsce kończy się rozwodem obecnie. W USA i Kanadzie jest to 70%. Małżeństwo to przeżytek kolego z którego facet niema zupełnie nic, a kobiecie umożliwia zabranie większości tego co masz po rozwodzie + dożywotnie alimenty dla byłej żonki i dzieciaków dopóki się uczą.

    Kobiety patrzą na facetów pod kątem tego co może im zapewnić, one pragną wygodnego życia. Jak facet wygląda i jaki jest to sprawy drugorzędne.
    Tutaj niema uczuć, one zawsze kalkulują na chłodno.
    Facet, który nie pracuje to z ich punktu widzenia szmata

    0

    0
    Odpowiedz
  18. @14???któżeś ty???

    0

    0
    Odpowiedz
  19. @13 Ja pierdolę, chłopie, czytałem to, co napisałeś, i dosłownie jakbym sam to mówił. Od lat dokładnie to samo powtarzam.

    0

    0
    Odpowiedz
  20. przestań tyle pisać,czytać się nie chce

    0

    0
    Odpowiedz
  21. 5 gwiazd dawidowych za najlepszą chujnię od czasów filozofa Sokratesa. Jak mawiali mędrcy, tacy jak: Heraklit z Efezu, Tales z Miletu i sedes z bakelitu: tego kwiata pół świata, a trzy czwarte chuja warte. Skup się na własnym poszukiwaniu perełki na śmietniku, a na resztę lej sikiem prostym pikującym

    0

    0
    Odpowiedz
  22. @16 W końcu jakiś rozsądny komentarz. Sama prawda. Nie ma czegoś takiego jak miłość. Liczy się forsa i ruchanie. Te głupie pizdy tylko kombinują jak się ustawić czyimś kosztem. Tym bardziej że czasy mamy jakie mamy. Kto myśli kutasem ten się wpierdoli wcześniej czy później na minę. Ja od zawsze byłem singlem, teraz się połapałem o co w tym wszystkich chodzi.

    0

    0
    Odpowiedz
  23. pewnie sam jesteś niedorozwojem przegrywie 🙂

    0

    0
    Odpowiedz
  24. Ja go rozumiem , tez byłem w związku. Miała wszystko, kawki, kina, kwiatki, długie spacery, uczucia. I huj to strzelił,bo ukrywała drogi zagraniczny wyjazd. A ze nie pojechałem, bo za późno mi powiedziała, to musiała spierdolić ode mnie. Bo oczywiście pierdolone wakacje zagraniczne ważniejsze. A potem chwalenie sie na facebooku zdjęciami, jaka to kurwa obłuda. Teraz już wiem na czym najbardziej zależy kobietom, na pierdolonej kasie. Tyle w temacie

    1

    0
    Odpowiedz