Witam. Mam 20 lat. Właściwie nic w życiu mi się nie ułożyło i nie wyszło. Rzuciłem studia, ponieważ nie satysfakcjonowały mnie one, czułem że uczę się, robię projekty i chodzę tam na siłę, przestałem się uczyć i raczej nie zaliczyłem sesji..Ale przestałem się już starać, olewam wszystko i nie zależy mi już. Ponadto niezbyt dobrze zintegrowałem się z tamtymi ludźmi, niby poznałem jakieś osoby ale o przyjaźniach, dobrym koleżeństwie, wypadach, przygodach.. Cóż nie było u mnie czegoś takiego.. Został mi właściwie tylko jeden przyjaciel i to z liceum i z nim mam dalej dobry kontakt a na resztę ludzi leje ponieważ do mnie nie pasują, ja mam (niestety) unikalną osobowość i nie potrafię zintegrować się z większością ludzi choć chciałbym czasem taką lekkość i swobodę w relacjach co inni ludzie. Niestety przez mój charakter i osobowość zostaje sam. Moje życie miłosne również totalnie leży. Nie chce mi się już nawet opowiadać moich zjebanych historii ale nigdy tak na dobrą sprawę nie miałem dziewczyny, nigdy nie wychodziły mi jakieś próby związków z dziewczynami, zawsze byłem w tej kwestii nieudolny, nieśmiały… W liceum odrzuciła mnie dziewczyna na której naprawdę mi zależało, miałem też parę innych prób ale nic z tego nie wychodziło, ja też parę dziewczyn odrzuciłem. Zawsze marzyłem o udanym i romantycznym związku ale skończyło się na tym że musiałem tylko patrzeć na moich rówieśników jak przeżywają pierwsze miłości, związki, seks itd, podczas gdy ja zawsze byłem właściwie sam choć jakieś próby u mnie były… Teraz już mam tego dosyć, nie mogę nawet patrzeć na dziewczyny/kobiety, na myśl o rozmowie z nimi chce mi się rzygać, przestałem wierzyć w miłość i w to że kiedyś uda mi się stworzyć zdrową relacje romantyczną z jakąś dziewczyną. Byłem ostatnio na masażach erotycznych i wybieram się chyba na prostytutki(jako prawiczek nadal). Patrzę na tych wszystkich szczęśliwych ludzi co mają w życiu cel, pasje, miłość, przyjaciół itd i są po prostu szczęśliwi. A ja tkwię w moim gównie i nie zanosi się żeby miało się cokolwiek zmienić. Kolejną sprawą jest to, że nie mam nawet prawa jazdy. Zdawałem już wiele razy (nie pytajcie nawet ile) i upierdalałem za każdym razem (z mojej winy lub miałem pecha) aż w końcu powiedziałem że to pier**** i zamykam ten temat. Przegrałem tą walkę, teraz już nie pójdę na kolejne egzaminy, jazdy itd bo już mam taką traumę, niechęć i nienawiść do tego wszystkiego że najchętniej bym ich pozabijał i wysadził te placówki w powietrze a nie płacił dodatkowej forsę za kolejne jazdy, egzaminy itd bez żadnej gwarancji że tym razem się uda…Poza tym przez brak prawa jazdy i przez tyle niezdanych egzaminów moje poczucie własnej wartości poszybowało w dół niczym WTC po atakach z 11 września. Czuję się jak bezwartościowe gówno przez to, praktycznie wszyscy moi znajomi/rówieśnicy mają prawko itd a ja jak ostatni frajer zapier***** z buta lub komunikacją miejską. To ogromny minus w towarzystwie, relacjach z dziewczynami itd dlatego też z tego powodu jeszcze bardziej zdystansowałem się od ludzi, nie staram się, nie próbuje już niczego z nikim zbudować, wchodzić w jakiekolwiek związki, relacje itd bo kim ja jestem w społeczeństwie i w oczach dziewczyn bez prawka itd? Pieniędzy oraz pracy również nie mam, utrzymuje mnie głównie moja matka, która ślę mi pieniądze na moje konto żebym mógł się jako tako utrzymać. Jedyne co od życia dostałem w spadku to mieszkanie(ale nie wiem czy na stałe bo to matki)i pomieszkuje sobie sam, ponieważ nie chce żyć z kimś innym choć miałem takie propozycje ale mam naturę samotnika i człowieka niezależnego, nie chce dzielić z nikim przestrzeni życiowej, co moje to moje: spokój, cisza, decyzyjność, wolność, prywatność itd.. Żyje sam i radzę sobie ze wszystkim sam.
Pochodzę z rozbitej rodziny, moi rodzice rozwiedli się kiedy byłem malutki, później ułożyłi sobie życie na nowo zakładając własne nowe rodziny. Znerwicowana, zimna matka, brak przestrzeni i prywatności u ojca, mieszkanie na przemian w różnych domach również w dużej mierze zniszczyło mnie nerwowo, emocjonalnie, zawsze czułem się sam i nie rozumiany a o swoich prawdziwych myślach, kłopotach, marzeniach itd zawsze bałem się i wstydziłem się mówić, swoje myśli, ból i cierpienie zawsze tłumiłem głęboko w sobie, nikt o tym nie wiedział a ja zawsze udawałem że wszystko jest ok. Mimo wszystko to moja rodzina, więc na weekendy jeżdżę do matki, ojczyma i siostry jak i do ojca, macochy, siostry i do dziadków. Jeżdżę do mojej rodziny, właściwie albo spędzę weekend sam albo właśnie z rodziną, ponieważ znajomi mają mnie gdzieś i zresztą vice versa. Kiedyś jednak było inaczej a w szczególności czasy kiedy chodziłem jeszcze do liceum. Wtedy jeszcze wierzyłem że moje życie potoczy się inaczej i że będę szczęśliwy i taki jak „każdy”. Miałem grupkę znajomych, chodziłem na imprezy, wierzyłem w to że znajdę miłość itd, ale potoczyło się inaczej, mojej osobowości się nie oszuka, poza tym płytkość relacji u ludzi, sztuczność, gra pozorów, rozbieżność charakterów i zainteresowań między mną a większością ludzi niesamowicie mnie rozczarowała i już w tamtym okresie zacząłem dystansować się od ludzi i tracić wiarę w to, że jest dla mnie miejsce w „normalnym” społeczeństwie. Teraz to już przeszłość, zostałem życiowym nieudacznikiem i frajerem bez nadziei i celu. Porzuciłem również takie rzeczy jak gra na gitarze czy pianinie ze względu na brak chęci, motywacji i braku satysfakcji z tego płynącej. A kiedyś chodziłem na lekcje tego typu. Zaczynam się zaniedbywać, nie trenuje, nie uprawiam sportu, nie mam ochoty nic robić i z nikim się spotykać a jeżeli już to bardzo rzadko, prawie nic mnie już nie cieszy, właściwie jedynie pykam w gierki na kompie, oglądam yt, filmy itd. Właściwie nie widzę już sensu żeby wogóle wstawać w łóżka i robić cokolwiek. Zamykam się w sobie, i w swoim mieszkaniu i paradoksalnie na ten moment czuje się najlepiej sam ze sobą przed monitorem. Tak wygląda moje życie. A przecież w zasadzie ani brzydki ani głupi nie jestem.. No ale tak to jest jak przez złe zbiegi okoliczności, decyzję, los, różne stany psychiczne, doświadczenia oraz własne lenistwo życie wygląda jak wygląda.. Oczywiście to co napisałem to bardzo uproszczona i skrócona wersja tego co chciałem wam przekazać. Ale gdybym miał napisać wszystko co bym chciał 1:1 to musiałbym napisać 200 stron a nie np 5. W każdym bądź razie nie wiem co będzie ze mną dalej i wątpię aby tacy ludzie jak ja mieli jeszcze szanse na „normalne”, szczęśliwe życie nie widząc sensu i nadziei na lepsze jutro. Nie chce mi się już starać. Zastanawiam się czy zawalczyć jeszcze jakoś(ale nie wiem za bardzo jak) o moje marzenia i przyszłość (bo wiem że mam talenty i predyspozycje ale jestem w stanie rozkładu wartości, nadziei, motywacji itd) czy pieprzyć to wszystko, pykać w gierki i mieć wszystko w dupie i zachować dzisiejszy status quo (beznadziejny ale przynajmniej stabilny) tylko proszę, nie mówcie mi rzeczy typu weź się w garść i żyj bo dobrze wiecie że to tak nie działa. Ja już tyle razy się w życiu na WSZYSTKIM zawiodłem, że nie jestem w stanie znów naiwnie uwierzyć że mogę wszystko zrobić i naprawić, ponieważ już próbowałem no i co? I gówno. Nic mi nie wyszło. Czuje tylko tą cholerną zawiść i nienawiść do ludzi i świata, ogromne poczucie niesprawiedliwości oraz przekonanie że to nie jest mój świat, ani też świat w którym chciałbym żyć, rozwijać się i sztucznie szczerzyć jeb*** uśmieszek. Mam dosyć udawania np. na uczelni że wszystko gra, ciągle zakładać maskę i musieć zachowywać pozory normalności( choć wiele osób już wie/domyśla się że u mnie wiele rzeczy po prostu nie gra) , ale nikt nigdy nie powie mi prawdy w oczy, nie porozmawia, ponieważ boją się szczerości, bolesnej prawdy i nie chcą mieć na głowie moich problemów, lepiej przecież założyć jeb*** maskę, durny uśmieszek i udawać że wszystko gra. Nigdy tego u ludzi nie rozumiałem, dla mnie zawsze liczyła się szczerość i prawda a nie sztuczność i zakłamanie. Na uczelni powoli staje się pośmiewiskiem przez moje „dziwne” lub „nienaturalne” (przynajmniej dla nich) zachowania.
Mam dosyć tego jeb***** życia, tej presji społecznej, poczucia bezsilności i braku możliwości wydostania się z mojej sytuacji… Zbliżają się wakacje, które przepierdze w mieszkaniu grając w gierki, oglądając yt, filmy, śledząc politykę, słuchając muzyki itp lub pójdę do jakiejś zjeb**** pracy. Poza tym wszystko mi już zobojętniało. Stałem się zimny i niedostępny emocjonalnie, nie uśmiecham się do nikogo, nie chce z nikim rozmawiać, przestały interesować mnie kontakty z ludźmi, nie potrafię się już sztucznie uśmiechać i udawać zadowolonego. Choć głęboko jeszcze jakaś cześć mnie błaga o prawdziwe i udane relacje i o prawdziwą miłość(marzenia ściętej głowy).Ale najbardziej boli samotność w tłumie kiedy widzisz te wszystkie pary itd, ludzi którym się ułożyło i nie mieli przejść ani depresyjno-refleksyjnej psychiki tak jak ty. Mam takie myśli że najchętniej wziąłbym karabin i zastrzelił ich wszystkich. Myślę co będzie ze mną dalej: czy jakimś cudem uda mi się odnaleźć w życiu i odbudować się na nowo czy (bardziej prawdopodobne) będę pogrążał się w marazmie jeszcze bardziej i już totalnie zawiodę siebie jak i moją rodzinę. Moja sytuacja jest patowa i nie widzę z niej drogi wyjścia. Nawarstwienie problemów i gówna psychicznego jest dla mnie zbyt duże żeby samemu to ogarnąć. Przez to wszystko jeszcze nabawiłem się jakiejś pierd****** nerwicy i tików że muszę robić dziwne ruchy rękoma i mięśniami szyi jak np idę ulicą. Nie wiem czy jest jeszcze szansa się z tego wygrzebać… I niestety przez to wszystko zaniedbałem i coraz bardziej zaniedbuje różne sfery życia począwszy od utrzymywania porządku, wyglądu, zdrowia, ruchu, pracy nad sobą, nauki, treningu itd. Po prostu przestało mi się już chcieć walczyć z wiatrakami, wolę już moją strefę komfortu i być „wygodnie otępiałym” niż dalej nawinie wierzyć w cuda, starać się, wierzyć, pracować i wierzyć w jakiś przełom. Życie już pokazało mi, że wmawianie sobie że będzie lepiej, że się zmieni, że będę szczęśliwy itd jest w moim przypadku myśleniem życzeniowym nie mającym żadnego pokrycia z rzeczywistością. Wiem, że pozostanie w tym stanie w jakim jestem to droga donikąd, ale na ten moment nie mam w sobie takiej siły, nadziei, pomysłu, ochoty, motywacji i poczucia sensu aby cokolwiek spróbować zmienić. A pozorne próby lub drogi wyjścia z tego zdają mi się być już tylko kolejnym kłamstwem bądź iluzją. Skala bezradności, bezsilności, bezsensu i beznadziei dnia codziennego jest dla mnie kompletnie przytłaczająca. Nawet jeżeli próbuje zmienić coś na lepsze wokół siebie to szybko łapie mnie poczucie bezsensu i daremności moich wysiłków a najczęściej jeszcze coś po drodze się spier****. Stałem się przez to wszytstko otępiały emocjonalnie; zlewam, ignoruje, odpuszczam i nie interesuje się wieloma rzeczami, które „przeciętnego” człowieka ruszałyby, ale działa to też w odwrotną stronę. Ludzie nie są w stanie zrozumieć mojego punktu widzenia. Jestem cynikiem, w nic już nie wierze, nie potrafię żyć inaczej…
Dziękuję za przeczytanie i przepraszam za chaos i nieskładność w tekście, ale to przez to że był on wielokrotnie edytowany.
