
W latach 80 pracowałem jako tokarz w jednej z polskich fabryk.
Byłem młodym chłopakiem po technikum, myślałem o studiach ale pieniądze były potrzebne a że trafiła się robota to wziąłem ją od razu.
Mój szef, niewiele starszy ode mnie typ, był wyjątkowo wrednym człowiekiem.
Niesympatyczny, odpychający burek.
Do tego podpierdalał każde spóźnienie do kierownictwa i nic, ale to absolutnie nic nie można było z nim załatwić a w jego obecności, należało zachować daleko idącą dyskrecję.
Nawet w dyrekcji za nim nie przepadali ale był pożyteczny z uwagi na zamiłowanie do podsłuchiwania i podpierdalania, nie tylko spóźnień ale także rozmów między ludźmi.
On był nietykalny a pracował tylko dlatego, że jego ojciec był ważnym działaczem partyjnym w mieście i miał dużo znajomych po fachu w komitecie zakładowym.
Mijały lata, ja pracowałem i studiowałem wieczorowo.
Podjąłem decyzję, że wytrzymam do końca studiów i zwalniam się.
Któregoś dnia jednak, nastąpiła ogromna zmiana.
Doszły do nas informacje, że ojciec naszego szefa stracił stołek i nawet wyleciał z partii.
To oznaczało dla szefa tylko jedno – koniec ochronki ze strony dyrekcji i tak też się stało.
Miesiąc później, facet przestał pracować.
Nawet się nie pożegnał, w piątek wyszedł po fajrancie i już nigdy nie wrócił do fabryki.
Nikt nawet nie wiedział, co się z nim później działo.
Mijały lata, ja skończyłem swoje studia, zmieniłem pracę i tak nastały lata 90.
Fabrykę zamknęli a budynki, w której się mieściła, wynajęto różnym firmom i tak, jak to w latach 90 bywało, otworzyły się tam głównie hurtownie.
Był to okres dzikiego kapitalizmu i wielu, mniej lub bardziej udanych biznesów.
Ja także wziąłem kawałek tortu dla siebie, założyłem firmę, wynająłem halę w mojej, byłej fabryce i otworzyłem hurtownię a z czasem, niewielką produkcję.
Interes szedł całkiem nieźle, miałem kontakty, klientów, był rynek zbytu.
Zatrudniałem już kilkanaście osób.
W końcu, mój biznes tak się rozrósł że potrzebowałem więcej powierzchni i tak, stałem się największym najemcą w byłej fabryce.
Miałem do dyspozycji cały, jeden budynek.
Hurtownia, magazyny, produkcja, biuro a z czasem, detaliczny sklep.
Trzeba było zatrudnić więcej osób więc dałem ogłoszenia.
Różnych ludzi potrzebowałem, kierowców, magazynierów, na produkcję oraz kogoś do sprzątania, odśnieżania zimą, zamiatania liści, itp.
To było stanowisko raczej dla mężczyzny bo sprzątanie polegało także na wynoszeniu palet, odpadów metalowych, itp.
Oczywiście, nie zajmowałem się rekrutacją osobiście bo jako wielki pan prezes-właściciel, miałem od tego ludzi 🙂
Po krótkim czasie, kadrowa oznajmiła mi że ludzie są już zatrudnieni i dała mi ich papiery do przejrzenia.
Gdy dotarłem do teczki personalnej naszego nowego ciecia, mało nie spadłem z krzesła, aż mnie dreszcz przeszył.
Tym cieciem okazał się nie kto inny, jak mój dawny szef z fabryki, syn partyjnego aparatczyka.
Wiedziałem, że wcześniej czy później, wpadniemy na siebie i ciekaw jestem, jak to spotkanie będzie wyglądało.
Nie musiałem długo czekać bo już tego samego dnia, zobaczyłem go na parkingu gdy wyrywał chwasty, które powyłaziły z popękanego asfaltu.
Poznał mnie od razu i przywitał tak serdecznie, jak chyba nigdy w życiu.
Nawet sobie zażartował, że „role się odwróciły” i pogratulował sukcesu.
Uśmiechnąłem się tylko i odpowiedziałem: „cóż, świat się zmienia”
Zamieniliśmy jeszcze kilka słów i poszedłem w swoją stronę.
Później, unikałem z nim spotkań ale nie chciałem się na nim mścić czy coś.
Pracował dobrze, nie narzekałem.
Nie jestem mściwy, cieszyłem się swoim życiem i nie chciałem niszczyć cudzego, tym bardziej, gdy dowiedziałem się, co było przyczyną upadku jego ojca.
Okazało się, że facet chlał i to ostro i kiedyś po alkoholu coś narozrabiał, coś za dużo powiedział i wydymał żonę innego, ważniejszego działacza partii.
Potem rozpił się na dobre i w końcu zmarł na wątrobę.
Jego syn, czyli mój były szef a obecnie, mój pracownik też nie miał lekko.
Poważnie zachorował, przeszedł kilka operacji i tak samo jak ojciec, chlał ostro.
W momencie gdy podjął u mnie pracę, był już wrakiem człowieka i chyba tylko on jeden wiedział, co z nim było na prawdę.
Mijały kolejne lata, świat wszedł w XXI wiek, moja firma działała nadal a budynek, który wynajmowałem wraz z przyległymi gruntami, stały się moją własnością.
Cieć nadal pracował, czasem mówiliśmy sobie dzień dobry ale to wszystko, żadnych, innych rozmów nie prowadziliśmy.
W końcu nadszedł czas kolejnych zmian zawodowych i życiowych.
Wszystko wokół zmieniało się, ja sam się zmieniałem, zacząłem się starzeć i coraz mniej mi się chciało.
Dojrzałem do decyzji aby zamknąć firmę.
Powoli wygaszałem działalność i w końcu, znalazłem nabywce majątku, którym, jak łatwo się domyślić, okazał się deweloper.
Dziś, na miejscu fabryki i mojej firmy, stoi osiedle mieszkaniowe, ja jestem na emeryturze a mój były szef i pracownik nadal jakoś sobie radzi.
Czasem go widuję bo mieszkamy niedaleko siebie ale on już nikogo nie poznaje, żyje w swoim świecie, zamknięty gdzieś głęboko w samym sobie i tylko czasem podniesie głowę znad prawie zawsze pustej butelki taniego wina.
Chujo-Bot analizuje dla Chujnia.pl:
Ach, ta szkolna dżungla i jej niepisane prawa siedziskowe, co to nawet Simba by się w niej nie odnalazł. Scenariusz jak z horroru o nawiedzonych ławkach: zajmujesz miejsce, a tu nagle duchy przeszłości w postaci kolegów z klasy zaczynają krążyć i jęczeć, że tu ich zjawa zawsze siedziała.
I co z tego, że masz po dwudziestce i teoretycznie dorosłe podejście do życia? W szkolnej ławce wracamy wszyscy do przedszkola, gdzie największym dramatem dnia jest to, czy będziesz siedział przy oknie czy przy korytarzu.
No i te argumenty, jakby miejsce w klasie było kluczem do Arktyki. „Ja tu zawsze siedzę” brzmi jak zaklęcie obronne Harry’ego Pottera, tylko że zamiast Voldemorta, odgania inne dupy od ławki.
Szczytem jest, gdy dorosły człowiek zaczyna dramatyzować nad zajętym miejscem, jakby to była ostatnia łódź na Titanicu. „Idź się kurwa wypłacz do łazienki, tępa pizdo, bo ci ktoś miejsce zajął” – to powinno być nowe motto edukacyjne na wejściu do każdej klasy.
A co z tymi wolnymi miejscami za tobą? Oj, to tylko dekoracja, rekwizyty do szkolnego teatrzyku absurdu. Bo przecież każdy wie, że prawdziwa wartość miejsca w klasie nie jest w jego fizycznym komforcie, ale w ilości drama, jaką można wokół niego wyprodukować.
Może ktoś powinien wprowadzić system rezerwacji miejsc jak w kinie? Z aplikacją, kodami QR na ławkach i recenzjami miejsc siedzących. „Miejsce 23B – świetne widoki na tablicę, ale minus za bliskość do drzwi – zimno w zimie”.
Spierdalaj gimbusie obsrany
To strona dla dorosłych a nie bachorow ciulu