Trudno powiedzieć czy zła, czy po prostu nieodpowiednia…
Kilka miesięcy temu szeroko opisałem tu historię mojego związku z 7 lat młodszą sąsiadką. W skrócie: Podobała mi się od dawna, małolata z iskierkami w oczach i uśmiechem, który rozmiękczał mnie jak plastelinę. No i w końcu prawie 3 lata temu, któregoś sierpniowego wieczora wziąłem ją na spacer, zaczęliśmy się całować. No i ja – 24-letni stary koń po uszy zadurzyłem się w 17-tce. Zwyczajnie, następnego dnia czekałem na jej ochy i achy w smsach i przygotowywałem się na to, jak łagodnie schłodzić sytuację i ukrócić ewentualne nadzieje z jej strony. Nic takiego się nie stało, za to ja się poskładałem w harmonijkę. 2 tygodnie walczyłem z tym uczuciem, bo było dla mnie czymś niepojętym, żebym miał wzdychać do małolaty z całkiem innego świata (rodzice z całkiem innych części Polski, inna kultura, inne priorytety itd.), ale w przypływie zakochaniowej głupoty napisałem jej co jest u mnie grane. Dla niej to było powodem do radochy. Generalnie, w ogóle mi nie uwierzyła. Po kilku tygodniach istnego horroru w mojej głowie, całymi siłami zdobyłem się na to, żeby przestać cokolwiek pisać, żeby unikać, nie myśleć… Od tego pierwszego pocałunku minął może ponad miesiąc i byłem na dobrej drodze do wyleczenia, ale kiedyś napisała coś z głupia frant, a pewna zaufana osoba poradziła mi, żebym nie strugał już bohatera, tylko zwyczajnie odpisał. Tak zrobiłem. I potoczyło się… Od smsa do smsa, później gg, aż w końcu się i ona zakochała. I tak z początkiem października byliśmy już parą. Wstydziłem się wtedy przyznawać przed kolegami i w domu. Drażniła mnie świadomość jej młodego wieku. Ale było mi dobrze. Ona rozkochała się na całego, czułem się akceptowany, podziwiany, chciany. Wspólnych pasji nie mieliśmy, ale nie przeszkadzało to wtedy w niczym. Jej obecność i bliskość stanowiła dla mnie ukojenie i odskocznię od problemów na studiach. Mimo cech, które były w niej dziecinne, w tych najważniejszych sprawach wydawała mi się bardzo dojrzała. Gdy już byliśmy razem, to nie pałałem do niej uczuciem adekwatnym do tego, co czułem kiedy mnie olewała, ale szanowałem ją i zależało mi na niej. Jednak po roku coś zaczęło się dziać. Jeszcze daleko było do tragedii, ale pierwsze symptomy były widoczne. Ona imprezowa, ja domownik. Ona żądna wrażeń, mi wystarczyła sama bliskość. Te różnice z początku były „nieintensywne”. Umiała się wtedy jeszcze cieszyć drobnymi sprawami. Jeszcze ją satysfakcjonowała przejażdżka na rowerach, spacer… Później wychodziły pretensje, że ona chce na dyskoteki. Chodziła na te dyskoteki, tyle że beze mnie. Pretensje były o to, że ja nie chodzę. Później pretensje dotyczyły już wielu spraw: że nie tak długo byliśmy nad wodą jak chciała, że spóźniłem się na półmetek, że Sylwester był na domówce zamiast gdzieś na balu… i różne takie. Ostatniego lata foch szedł już o wszystko. Już nawet nie trzeba było powodu. Włączyła jej się misja „dominacja” i koniec. Powód zawsze można było wymyślić. Wiele akcji brało się z tego, że np. jeśli zawaliłem rzeczywiście ja, to tylko dlatego, że nie chciała mi wyjaśnić czego ode mnie oczekuje, tylko unosiła się gniewem. A ze mną naprawdę da się dogadać! Zaczęła mnie besztać o pierdoły. A ja nie jestem człowiekiem, który odnajduje się pod czyimkolwiek butem, przy całej mojej elastyczności. Nie chcę się tu rozpisywać nad konkretnymi przypadkami jazd, które mi fundowała, ale możecie uwierzyć że stosunek wagi ich powodów do wyrażanych pretensji był absurdalny.
Z końcem października 2010 za obopólną zgodą rozeszliśmy się.
W środku nosiłem w sobie przekonanie, że dziewczyna spęka i wróci – w końcu wcześniej zapewniała mnie o autentyczności i dojrzałości uczucia, którym mnie darzyła. Ona – wiejska dziewczyna z technikum, mówiąca przeważnie gwarą i ja – studencik dwóch kierunków, miły całkiem do rzeczy wyglądający, uczciwy, uczynny, z zasadami… Owszem dosyć leniwy, czasem nieco dziecinny i nie przykładający zbytniej wagi do porządku wokół mnie. Ale dla kogoś normalnego to nie wady, które stanowiłyby przyczynę do chęci zerwania. Myślałem, że prędzej czy później to zrozumie i wróci, będąc już na wyższym poziomie szacunku do tego co ma. Cóż, stało się inaczej. Z biegiem czasu ona zaczęła wbijać, a ja zacząłem panikować. I tak miesiąc po zerwaniu okazało się, że z kimś tam bajeruje. Dała sobie nawet zdjęcie z nim na nk. No i wtedy poległem. Serducho stanęło mi w krtani i oblał mnie zimny pot, kiedy poczułem jak lekceważąco gadała ze mną na gg o jakichś tam bieżących sprawach. Na następny dzień dzwoniłem już do niej i jak ostatni frajerzyna prosiłem o możliwość powrotu + obietnice diametralnej zmiany na tak, jak ona sobie życzy. Niestety, blaszka. Powtórka z rozrywki – rozłożyło mnie na cacy nawet gorzej niż wtedy, zanim zaczęliśmy. Wierzcie mi, z całych sił chciałem przyjąć to na klatę, ale nie wyszło. Zacząłem sprzątać cały dom na błysk żeby być spełniać jej kaprysy sprzed zerwania. W końcu po niedługim czasie, w styczniu wyżebrałem od niej deklarację, że „może jednak” i „zobaczymy”. To dało mi ogromnego kopa. Nigdy wcześniej nie byłem chamski. Owszem, mam niepokorną i niecierpliwą naturę, ale z zasady jestem dobrodusznym facetem. Natomiast wtedy zacząłem się jej strasznie pucować. Robiłem jej prezentacje do szkoły, robiłem super ekstra tosty, zabierałem do kina, kupowałem ciuchy, woziłem do centrów handlowych, fundowałem pizze McD’sa, wysprzątałem jej pokój na błysk, czuwałem przy niej w chorobie, instalowałem jej gierki żeby jej nie było nudno, wyprowadzałem jej psa, zorganizowałem miłe Walentynki, doładowywałem jej konto na telefonie… Dużo, dużo podobnych gestów. Ale to spotykało się z mniej lub bardziej ostentacyjnym przykładaniem lachy z jej strony. Jeszcze w styczniu mocno się tu na ten temat rozpisałem. Jeden z komentarzy pod moim postem, który utkwił mi w pamięci brzmiał mniej więcej tak: „Miej wyjebane, a będzie ci dane – nie życzę ci powrotu z fajerwerkami, ale szczęścia z inną kobietą”. Doceniłem bardzo tamtą radę, ale niestety nie potrafiłem się do niej zastosować. Samcem alfa i ultra macho nigdy nie byłem, ale swoją wartość znałem, w kaszę nikomu dmuchać sobie nie pozwalałem. Ale ta sytuacja mnie złamała. Zachowywałem się jak totalna cipa. Najgorsze było to, że byłem tego wszystkiego świadomy, ale nie umiałem nad tym zapanować. Było mi tylko dodatkowo wstyd za siebie. Nie spałem, nie jadłem i w kilka tygodni z niemałego pakerka stałem się chuderlawym flusiem z podkowami pod oczami. Były takie dni największego kryzysu, że byłem tak słaby, iż nie potrafiłem wejść po schodach do swojego pokoju, bo kręciło mi się w głowie. Oczywiście, żeby dopełnić dzieła frajerstwa, nie omieszkiwałem mówić o tych wszystkich przeżyciach byłej. Idiotyczne? Ta świadomość w niczym nie pomagała. Pewno byłoby mi lżej gdybym był kretynem bez honoru, bo w ogóle nie zdawałbym sobie sprawy z tego jak to wszystko żałośnie wyglądało. Tymczasem na litość jeszcze nikt w nikim miłości nie wzbudził. Tak to było jakiś czas. Sytuacja nieco się poprawiła w okolicach lutego i marca, bo dzięki pewnym bliskim osobom, odzyskałem nieco sił i zacząłem lekko kozaczyć Dawałem jej do zrozumienia, że nie interesuje mnie pozycja jej przyjaciela, ani kolegi i próbowałem zrywać kontakt. Ale ona zaś nie dawała mi spokoju. Co trochę, albo prosiła o jakąś przysługę typu zrobienie prezentacji do szkoły, albo (było tak ze 2 razy) jakoś po tygodniu, w którym spiąłem półdupki i nie odzywałem się, stwierdzała że wszystko przemyślała i chce wrócić. A ja, pacan, leciałem jak wierny piesek. Ludzie mi mówili, żebym przestał zachowywać się jak szmata do podłóg i że jak już koniecznie chcę wrócić, to żebym przynajmniej odczekał i dobrze ją przetrzymał na odległość, żeby poczuła, że nie działam na pilota. Ale ja, „bogaty” w doświadczenie z grudnia, nie chciałem żeby się rozmyśliła. I kończyło się to tak, że przez 2 dni było fajnie, a później jeszcze gorzej. Nie chciała się całować, nawet przytulać, o czymś więcej ani nie mówię. Trudno, znosiłem to. Natomiast nie znosiłem pogardy z jaką mnie traktowała. Z biedą napisała maturę (teraz nawet nie wiem, czy w ogóle zdała, bo od 2 tygodni znów z nią nie gadam), a potrafiła powiedzieć mi, że mam „wkurwiające gadki”, podczas gdy ja poza jakimiś cytatami itd. nigdy przy niej nie przeklinałem. Rzezała mnie o wszystko, mówiła, że jestem beznadziejny i żałosny. Wszędzie mnie poganiała jak niewolnika, wszystko musiało być na zawołanie i bez dyskusji. Kiedy ja w towarzystwie coś mówiłem, to patrzyła na mnie jak na totalne zero, którego musi się wstydzić, a durnowato się zacieszała kiedy np. mój szwagier sypał obleśnymi dowcipami, które normalnych ludzi zniesmaczają. Zacząłem chodzić na te jej imprezy i całkiem nieźle podszkoliłem się w tańcu (trzeba przyznać, nauczyła mnie sporo), żeby jej dogodzić. Niestety, „z M. bawiłam się lepiej” (M. to ten wymoczek, z którym balowała na Sylwestra i w którym się bujała na przełomie grudnia i stycznia. Nawet się całowali, ale gość ją olał na koszt jej koleżanki ostatecznie) – tak mi raczyła poprawić humor dzień po śmigus-dyngusowej potańcówie, którą ja uważałem za extra udaną. Innym razem nie odzywała się do mnie przez kilka dni, kiedy po dwóch dniach wyczerpujących zjazdów nie stawiłem się na zawołanie, żeby jechać z nią na pizzę, bo chciałem chwilę odpocząć i zaproponowałem, że za godzinę. Nie pojechaliśmy w ogóle, bo – jak powiedziała – nie interesują ją spotkania ze mną po godzinie 21! Ja na następny dzień przywiozłem jej różę i jakiś słodycz, to powiedziała, że mogłem się lepiej postarać! Czaicie to?! Ostatecznie, 2 tygodnie temu byliśmy na weselu mojego kuzyna, które musiała mi spieprzyć uwagami od samego rana. A dotyczyły one np. tego że: buty nie tak dobrane, skarpetki też nie tak, brwi wyrównane niedbale, gdzieś 2 włoski niedogolone jak trzeba, paznokcie nie tak przycięte, że ciotkę za mocno szarpię podczas tańca, że z siostrą panny młodej za długo rozmawiam, że w kiblu za długo siedzę… Później gdy chciałem się nieco poprzytulać, to zaczęła się ode mnie tak odsuwać, jakbym miał wrzody na ryju. Miarka się przebrała. Była ok 01:30 w nocy. Wstałem, wziąłem marynarkę i poszedłem na dwór. Więcej się nie odezwałem, na poprawiny już jej nie wziąłem. Mija drugi tydzień. W między czasie przyniosła mi moje książki i opracowania, które pożyczyłem jej do matury. Poza tym raz odpisałem jej kiedy pożaliła się, że jej babcia ma niebezpieczną operację. Genralnie jest cisza w eterze, a ja wpatruję się w telefon, czy może znów nie napisze, że teraz to juz jest pewna na 100%, że chce wrócić, bo mnie kocha. Widujemy się w kościele, nieraz na drodze, bo mieszkamy ok. 70m od siebie. Powiem Wam, że ledwo wytrzymuję. Co chwila trzepie mnie, żeby znów jej się podłożyć jak dywan i skamleć o powrót, ale resztkami sił trzymam się zdrowego rozsądku. Ktoś powie, że banał, zakochał się chłopak, jak miliony innych. Prawda, ale cała ta sytuacja ma wymierny wpływ na moje zdrowie psychiczne i fizyczne. W grudniu ważyłem 86kg, teraz ważę 76 i ubrania, które mnie opinały wiszą na mnie. Nie śpię po nocach, mam jakieś tiki nerwowe. Do tego dopadły mnie dziwne lęki w stosunku do tak bzdurnych spraw, że aż szkoda przytaczać. Nie umiem się skupić na pisaniu pracy dyplomowej. Wszystko inne mam z jednej strony w dupie, a z drugiej podwójnie mocno przeżywam skutki tego zobojętnienia. Żreć mi się nie chce, a do siłowni (z którą byłem za pan brat) to odczuwam strach połączony z obrzydzeniem. Jednocześnie wydaje mi się, że jestem tak malutki, że pobiłoby mnie dziecko. Jestem tym wszystkim naprawdę zniszczony. Gdyby powiedzenie „co cie nie zabije, to cię wzmocni” miało odzwierciedlenie w moim przypadku, to dziś chyba byłbym tytanem. Są
oczywiście i dobre strony całej sytuacji, jak przede wszystkim polepszenie relacji z Bogiem. Ale jak by nie patrzeć, mam już dość i nie mam już sił. Mam takie myśli, żeby iść i położyć się na jej wycieraczce pod drzwiami… A przecież „powrót” to już przerobiona sprawa. Doskonale rozumiem jak bardzo do siebie nie pasujemy, ale mimo wszystko oddałbym wiele, żeby znów sikała za mną po gaciach. Napisałem tu tylko co złe na jej temat. Ktoś spyta, czy ja aby nie jestem masochistą? Nie jestem. Nie mam w tym przyjemności. Może tylko sobie tak wkręcam, ale jestem przekonany, że w głębi to dobra dziewczyna. W końcu przez pierwszy rok naszego związku nabrałem nawet przeświadczenia, że to idealny materiał na żonę, byleby tylko dobrze ją ułożyć, nauczyć manier, posłać na studia… Pamiętam jak kiedyś wywaliłem się na nartach, a ona leciała pół stoku, żeby mi pomóc wstać. Robiła mi własnoręcznie kartki na różne okazje, dzieliła się czym tylko mogła, gdy wyjechała do pracy na wakacje, pisała do mnie listy itd. itd. Ale coś się w niej z czasem zaczęło psuć. Zaczęła się wdawać w ojca – dominatora i choleryka. Zaczęła stawiać wymagania z kosmosu i wszystko ją zaczęło wpieniać. Zaufani ludzie, którzy znają sytuację, mówią mi, że takie tendencje rzadko się odwracają, a raczej z wiekiem pogłębiają. Kto może, to próbuje skuć mi strupa z oczu, a ja dalej swoje… Nie wiem co będzie. Coraz bardziej mnie korci do popełnienia kolejnej głupoty, ale zwyczajnie już nie daję rady. To nie jest moja pierwsza dziewczyna na poważnie, ale tylko w stosunku do niej mam takie halo. Chemia i tyle. Ma w sobie ten pierwiastek, który na mnie działa. Dopada mnie istna panika, kiedy pomyślę, że ktoś ją może poderwać i że może być z kimś innym. Jak sobie wyobrażę, że inny typ może ją dotykać, albo iść z nią do wyra, to ciemnieje mi w oczach. Już nie wiem co robić, jak się znieczulić. W ogóle nie interesują mnie inne dziewczyny, nie chcę wyrywać na siłę. Jestem typem „grzecznego chłopca” i choćbym miał zdechnąć, to też nie pójdę na szmaty, żeby sobie ulżyć. Imprezować nie mam z kim. Dotego czas niedobry, bo właśnie kończę zabawę w studia i jest dużo dodatkowych czynników dołujących. Całe towarzystwo z dawnych lat porozjeżdżało się za chlebem po kraju, a ci kumple, których mam na miejscu… No cóż, tak się złożyło, że akurat dla nich, to ja muszę stanowić wsparcie psychiczne. Jest
jeszcze jeden taki, dla którego nie muszę, ale on słucha mich wywodów jak świnia grzmotu. W każdym razie, nie mam nikogo, kto by mnie złapał za mordę i stawiał do pionu tak długo, aż się wyleczę. Pół roku takiej kompulsywnej walki o nic, to naprawdę szmat czasu. Wiem, że ona niedługo planuje wyjechać znów na wakacje do pracy. To będzie ważny czas. Albo przetrwam i się otrząsnę, albo polegnę jak gówno w trawie.
Po studiach humanistycznych i tak będziesz siedzieć w TESCO na kasie, 😛 więc może nie tak głupio wymyślili tą maturę z matmy. Powiem tak, skoro ja musiałem zdawać maturę z polskiego, chociaż nie była mi ona do niczego pomęcz z matematyką. Ale w sumie najlepiej by było, gdyby żaden przedmiot na maturze nie był obowiązkowy. Każdy by wybierał to co go kręci.
Ja natomiast bardzo się cieszę. Matura PODSTAWOWA z matematyki to pikuś. Zda ją każdy na tym poziomie zaledwie 30% (dla humanistów: to mniej niż połowa!) i PRZEDE WSZYSTKIM: w końcu ŚREDNIE wykształcenie nabierze wartości. Znałem ludzi którzy mają pełne średnie – zdali jakieś piździawki typu polski, geo i jeden język na poziomie podstawowym i czuli się jak panowie – a w głowie puściutko, głupota totalna. Całość z kolei przełożyła się na studia – w chuj kandydatów no to uczelnie zaczęły przyjmować więcej bo więcej kasy. Szkoda tylko że trzeba było zniżyć poziom, bo okazało się że (przynajmniej) 1/3 na roku nie umie rozwiązywać równań z pochodną..
Teraz na studia pójdą w miarę ogarniający ludzie i mgr przed nazwiskiem nie będzie w końcu pustym dodatkiem. Dziękuję za uwagę. Q.
„jestem typową humanistką” – to pewnie znasz takich ludzi jak Leonardo da Vinci, Jan Gutenberg, Michał Anioł czy Mikołaj Kopernik? Jak sądzisz czy będąc świetnymi humanistami wypieli się na matematykę? Ludzie nie mylcie pojęć humanista to człowiek o poprzeczkę wyżej będący od typowego umysłu ścisłego! Nazywając się humanistką powinnaś w jednym palcu mieć matmę a przy tym cytować słowa „nic co ludzkie nie jest mi obce” 🙂 pozdrawiam.
dobrze prawisz
popieram:) jestem tegoroczną maturzystką i matma na maturze to jakas porazka.
po pierwsze, nie obrażaj ludzi pracujących w Tesco, są tacy sami jak Ty.. a studiowanie nic Ci nie da, jedynie tytuł i papierek, który możesz sobie zasadzić w ogródku i patrzeć jak kwitnie. Teraz liczą się ludzie nie po studiach a z zawodem. Piszesz, że jesteś humanistką.. od razu Ci nadmienię, że idąc na studia humanistyczne, będziesz studiowała bezrobocie. Dziękuję.
tak to już jest w tym kraju, trzeba po prostu przez to przebrnąć. Sam nie wiem czy zdałem mature z matmy
A po co mi język polski w szkole? Ja z kumplami pod blokiem gadam po polskiemu i się dogaduję. Co ja wierszę będę pisał? i może jeszcze je analizował?
Nie będzie Ci potrzebny rachunek albo ciągi w życiu. W matmie nie chodzi o to, żeby Ci się coś przydało w życiu, ale żeby się nauczyć analitycznego i logicznego myślenia!!