Jedna baba na jednej terapii (poznawczo-behawioralnej) pierdoliła trzy po trzy o moim zaburzeniu osobowości i nie było efektów, druga baba na drugiej terapii (psychodynamicznej) pierdoliła trzy po trzy o tym, że za wszystkim stoi moja relacja z matką i nie było efektów, a jak się pojawiły: astma, zmęczenie w kończynach i bielactwo na skórze, to lekarz-pulmonolog mnie skierował na badanie krwi i okazało się, że to, z czym łaziłem do jednej i drugiej baby (wkurw na ludzi i świat dookoła, zerwanie relacji) to niski poziom witaminy D. I taki chuj. Od tamtej pory psychologia to dla mnie taki sam wróg, co religia, jasnowidzowie i wróżbici – wprowadzanie ludzi w błąd i branie od nich pieniędzy. Tych ludzi trzeba jakoś rozliczać, tak samo zresztą jak kołczów i wszelkiej maści ekspertów od rozwoju osobistego. Polecam posłuchać/poczytać Pana Witkowskiego: opowiada o gościu, który łaził na jakieś psychoterapie i w tym czasie zdążył zachorować na nowotwór, bo problemem, z którym się borykał była tak naprawdę tarczyca.
Psychologia i terapeuci
2026-05-15 22:360
0
