„Osiołkowi w żłoby dano…”

Od czego zacząć… Znów będzie długie… No ale postaram się streszczać.

Kilkanaście lat temu zarabiało mi się na poziomie, przy którym oko bieleje. Wszystko było fajnie dopóki kryzys i kilka innych rzeczy nie złożyły się razem do kupy i nie sprowadziły mnie z powrotem do punktu wyjścia.

Przez parę ostatnich lat próbowałem sobie zorganizować pewną działalność gospodarczą, która pozwoliłaby mi wrócić do poprzedniego poziomu zarobków i spełnić wszystkie inne zamierzenia, bo bez tego ani rusz. Problem jednak rozbijał się o kwestię podstawową: brak odpowiedniej ilości kasy. No spróbujcie zrobić coś z niczego.

W końcu udało mi się zdobyć kwotę, która powinna pozwolić mi na realizację planów w wersji minimalnej (od czegoś trzeba zacząć). I tu się zaczyna mój obecny problem…

Sprawa wygląda tak. Mam pomysł na produkowanie pewnej rzeczy i praktycznie wszystkie formalności niezbędne do rozpoczęcia tej działalności już są załatwione (ile mnie to kosztowało czasu, nerwów, zdrowia i kasy to już sobie daruję nawet wspominać). Jedyne czego nie mam to możliwości samej produkcji…

Tego typu produkcję można jednak zlecić innej firmie. Sęk jednak w tym, że obowiązują minimalne zamówienia. A te są duże jak na początek. W końcu jednak, po jakimś czasie spędzonym na poszukiwaniach, znalazłem firmę, która przyjęłaby ode mnie to zlecenie. Po dwóch tygodniach rozmyśliła się, bo zażyczyła sobie minimalnego zamówienia przynajmniej czterokrotnie większego niż pierwotnie. To zaś jest poza moimi obecnymi możliwościami finansowymi. Z kolei firma (po kolejnym tygodniu zmarnowanym na poszukiwaniach), która byłaby chętna do współpracy, nie ma odpowiedniej linii produkcyjnej, przez co produkt musiałby ulec poważnej modyfikacji, czego nie chcę robić, bo się wtedy prawdopodobnie nie sprzeda.

No i efekt jest taki, że nie mogę ruszyć. Aczkolwiek jest jeszcze szansa, że znajdę innego wykonawcę (znów będę szukał, mam przy tym nadzieję na pewną pomoc kogoś z pokrewnej branży, może przy jego kontaktach znajdzie się chętna do współpracy firma). I taki jest stan na dzień dzisiejszy.

Powiecie: „to w czym rzecz?” Ano już nawijam.

Z dwa miesiące temu przypadek sprawił, że zainteresowałem się kompletnie inną branżą do tej mojej planowanej, w której tyle kłód musiałem pokonać i dalej nie wiadomo, czy wszystko zagra jak trzeba. Po przyjrzeniu się jej i przemyśleniach (pomysł przez te dwa miesiące sobie dojrzewał), doszedłem do wniosku, że żałuję, że nie popatrzyłem na tę branżę wcześniej pod takim kątem, jak teraz na nią patrzę. Bo już bym w niej od dawna siedział. Na szczęście wygląda na to, że ten rynek się dopiero rozkręca i rzecz ma naprawdę duże perspektywy. Stąd jeszcze z tydzień temu plan był taki, że mój pomysł, ten koło którego latam od tych paru lat, a który potrzebuje tylko podwykonawcy z odpowiednimi liniami produkcyjnymi, dopnę do końca i gdy zacznie przynosić jakieś pierwsze dochody, to równolegle złapię się za tą drugą branżę, z którą przypadkowo się zetknąłem.

Ale wczoraj dotarło do mnie, że może źle do tego podszedłem. Że może trzeba zrobić na odwrót -najpierw zająć się tą nową branżą (bo jest łatwiejsza do ogarnięcia -nie trzeba nic produkować, szukać podwykonawców, użerać się z sanepidem, czekać na łaskawą zapłatę za wystawione faktury itd.) a dopiero potem za to co pierwotnie planowałem, bo ta nowa branża ma sporą stopę zwrotu i ten interes zacznie się dobrze kręcić w ciągu 2-3 miesięcy. Tym samym dzięki niemu powinienem móc zarobić na to, by bez trudu spełnić wymogi tych minimalnych zamówień, jakich ode mnie wymagano, a może nawet postawić własny zakład (Łódzki Wydział Fabryczny… -jak słowo daję, jak kiedyś się to ziści, to sobie taką tabliczkę wymaluję i gdzieś w kącie zamontuję ;)) i produkować bez łaski to, co pierwotnie chciałem, równolegle prowadząc ten biznes z „nowej branży” (i może jeszcze coś innego, bo pomysłów jest sporo…).

Powiecie: „no to w czym problem?”

A bo widzicie.

Po pierwsze, z tym moim pierwszym pomysłem zabrnąłem tak daleko, że już „widać metę”. Po kilku latach dopiąłbym celu, a potem spokojnie zabrał się za resztę.

Po drugie, ten drugi pomysł, choć naprawdę bardzo obiecujący, może nie wypalić, bo przecież zawsze trzeba zakładać, że coś się jednak spieprzy (albo będzie mniej przynosił zysku i tym samym uniemożliwi mi pierwotne zamiary, albo przynajmniej przesunie je w realizacji nawet o lata). Wtedy nie będę mógł wrócić do tego, co początkowo planowałem, bo nie będę miał kasy na realizację. Z drugiej jednak strony także i to co chciałem produkować (pomysł nr 1) jest obarczone podobnym ryzykiem (Plus dodatkowo, tym, że pierwszy pomysł jest oparty na produkcji i sprzedaży hurtowej a drugi na detalicznej. Różnica w tym jest o tyle istotna, że detaliści płacą od ręki a hurtem odbierający towar kontrahenci robią często łachę, że zapłacą. To na początku jest znacznym ryzykiem, bo jeden nieuczciwy kontrahent, który wziął towar wyprodukowany praktycznie za całą twoją kasę, rozpierdoli ci cały biznes. Cóż, witamy w Bananalandzie.).

Po trzecie w końcu -i tu jest prawdziwa zagwozdka- teoretycznie kasy wystarczy na obie rzeczy jednocześnie. Sęk jednak w tym, że starczy „na styk”. Innymi słowy, jak coś się pokręci, to z braku funduszy w pizdu pójdą oba projekty.

Kapujecie więc dylemat.

No i teraz muszę -jak ten osioł, co mu w żłoby dano- wybrać to, co byłoby nie tylko najkorzystniejsze ale miało największe szanse powodzenia na starcie. I nie wiem, na co się zdecydować. Obie rzeczy kuszą. Obie mają ‚ręce i nogi”. Dodatkowo dobrnięcie do miejsca, w którym jestem w przypadku tego pierwszego pomysłu, zajęło mi tyle czasu i kosztowało mnie tak dużo, że szkoda mi to odwiesić na kołku na, przynajmniej, parę miesięcy.

O szczegółach w stylu: „co to” i „w jaki sposób robione” wam nie powiem, bo w tej sytuacji zwyczajnie nie mogę -priorytety.

Chujnia więc polega na tym, że stoję w miejscu i nie mogę się zdecydować, co wybrać. Oraz na tym, że gdybym miał około 30 tys więcej, zrobiłbym obie te rzeczy bez zastanowienia i na wszystko by mi starczyło. Niby kwota niewielka, zważywszy na skalę przedsięwzięcia i spodziewane zyski, ale nie do zdobycia „na już” (uprzedzając pytania, do banku nie mam po co iść).

Anyway, coś w końcu wybiorę. Martwi mnie tylko, że jak źle wybiorę, to potem będzie mnie to prześladować w myślach do usranej śmierci a wszystkie plany szlag trafi.

Ale jak się uda, to Łódzki Wydział Fabryczny przy tym zblednie (przy okazji, pozdrowienia dla wszystkich mesiowych podrób; nie, nie złożę podania, CV i nie dołączę trzech stówek wpisowego, bo nie wybieram się na etat do tego przybytku, zresztą nie stać by było Byczywąsa na moją wypłatę ;)). I zostanie mi „tylko” (aż) jeden problem: „Nie możesz bez niej żyć. Ożeń się z nią”…

„How hollow is the sound of victory without someone to share it with.”. Ech…

10
22

Komentarze do "„Osiołkowi w żłoby dano…”"

  1. chujowiczu! zarabiaj z kluu.pl, bez działalności gospodarczej, konto automatycznie weryfikowane
  2. Czytam, czytam i ci panie powiem, że ni chuja nie wiem o co Ci chodzi.

    8

    1
    Odpowiedz
    1. O to, że -wbrew pozorom- od przybytku głowa boli. 😉

      2

      0
      Odpowiedz
  3. znajdź wspólnika, inwestora

    0

    0
    Odpowiedz
    1. Nie. Z kilku powodów.

      1. Ze wspólnikami jak z rodziną -dobrze wychodzi się na zdjęciu.

      2. Mam trudny charakter -musi być po mojemu. Więc tym bardziej spółka nie wyjdzie.

      3. Mam pewne długofalowe plany na rozwój działalności oraz na to, co dzięki temu mogę robić z zyskami z tego. A mając wspólnika, byłbym zmuszony do ich modyfikacji, a do tego musiałbym się podzielić dużym pakietem udziałów w czymś, co kiedyś może być warte naprawdę bardzo dużo, za praktycznie frajer, bo np. za te raptem 30 tys. (z tych powodów nie chciałem np. iść po kasę na giełdę umieścić na niej firmy- choć byłoby ją łatwo uzyskać i to w znacznie większej kwocie). I nie odkupiłbym ich za te 30 tys, nie? O ile w ogóle udałoby się je odkupić.

      BTW. Zerknij sobie np. na jakąś listę największych firm na świecie -zobaczysz, że wiele z nich jest w jednych rękach (ewentualnie w rękach jednej rodziny). Takim przykładem jest choćby Mars Incorporated warty dziesiątki miliardów USD… I wszystko w jednych rękach.

      Pomiędzy innymi rzeczami zawsze fascynowała mnie ekonomia i możliwość stworzenia czegoś tego typu, oraz to, jakie daje to możliwości. Popatrz na Elona Muska -gość nie robi tego dla forsy, nie przeżre tego, co zarobił, do końca życia. Robi to z innych pobudek. I robi rzeczy, o których większości świata się nie śniło. A czemu? Bo może. Ma finansowe zaplecze (i zarabia dalej).

      Ale do tego trzeba mieć wolną rękę, a nie wspólników. Dlatego choć na początku jest trudniej, to jestem zdania, że warto się przemęczyć.

      3

      0
      Odpowiedz
      1. Iść na giełdę? po 30 tysięcy? Ty gostek jesteś taki naiwny czy myślisz że piszesz do imbecyli? Banki mówią sperdalaj a on giełą gardzi… Twardziel.

        0

        0
        Odpowiedz
        1. „Iść na giełdę? po 30 tysięcy? Ty gostek jesteś taki naiwny czy myślisz że piszesz do imbecyli? Banki mówią sperdalaj a on giełą gardzi… Twardziel. ”

          Nie zrozumiałeś. Chodziło o to, że taka motywacja mną kierowała i że taką samą miałem w przypadku ewentualnego umieszczenia firmy na GPW (bo nawet mi to przeszło przez myśl parę razy). Nie mówiłem o tym, że na giełdę poszedłbym po 30 kawałków, bo tam się idzie po dużo więcej i wtedy można realizować plany z większym rozmachem. Banki nie mają tu nic do rzeczy, bo GPW rządzi się innymi prawami -to kwestia spełnienia wymogów, by spółka została dopuszczona do obrotu i emisji akcji. (BTW. Siedziałem na bananie -z przerwami- gdy ty prawdopodobnie nie miałeś pojęcia co to giełda, bo jeszcze w 1993/1994, nie mówiąc o czasach bliżej nam współczesnych… Widziałem też niejeden wałek, jaki tam odchodził, choć już nie wszystkie w szczegółach pamiętam.)

          Natomiast banki w Cebulandii pożyczać nie chcą w takich przypadkach jak mój nie dlatego, że nie wierzą w powodzenie i w odpowiednio wysokie zabezpieczenie hipoteczne, tylko dlatego, że wymagają, by firma miała możliwie długą historię działalności udokumentowaną fakturami (minimum rok a czasem to i dwa). I to jest chujowe do przeskoczenia, bo jak masz udokumentować działalność, na którą, żeby móc rozpocząć, potrzebujesz kasy w konkretnej wysokości, której w danej wymaganej kwocie (tylko mniejszej, która już pozwoliłaby ci pójść na GPW) nie posiadasz?

          0

          0
          Odpowiedz
  4. 15% zysku z obydwu pomyslow i wykladam kase

    0

    0
    Odpowiedz
    1. He, he… Patrz odpowiedź do komentarza wyżej. 😉

      A uwierz, że wziąłbyś 1-2% i byłbyś zadowolony jakbyś w lotto szóstkę trafił.

      0

      0
      Odpowiedz
  5. Hmm… w takim razie ja na twoim miejscu bym poczekala jeszcze chwile i w miare mozliwosci dozbierała te 30 tysiecy…. Pojedz za granice na kilka miesiecy zarob, a część sprobuj wziac na jakis maly kredyt, jesli sam nie mozesz to niech ktos wezmie dla ciebie z rodziny nie wiem rodzice, rodzenstwo, ciotka, wujek ? Oczywiscie oddasz.

    0

    1
    Odpowiedz
    1. To generalnie ma sens, ale nie w moim wypadku.

      1. Nie mogę jechać za granicę (przyczyny osobiste), żeby to zarobić. Tym samym skazany byłbym na polską wypłatę. Odłożenie 30 tys w polskich warunkach zajęłoby ze 2 lata minimum. Szkoda mi marnować na to tyle czasu. Zwłaszcza, że za dwa lata ryzyko i tak będę musiał ponieść to samo.

      2. Nie mogę wziąć kredytu. Nowa firma w Polsce nie dostanie kredytu, nawet jeśli ma dobry biznesplan oraz kilkakrotnie więcej warte zabezpieczenie hipoteczne. Banki wymagają od 6-12 miesięcy prowadzenia danej firmy podparte fakturami (czyli wynikami finansowymi). Na marginesie. Po części nie ma im się co dziwić -muszą oszacować ryzyko. Z drugiej strony, prawo bankowe jest tu zbyt restrykcyjne i to się odbija na stanie gospodarki. No ale jest jak jest.

      Dopiero jak to wypali, to najwcześniej po pół roku mogę wziąć kredyt na szybszy tego rozwój. I wtedy rzeczywiście już pójdzie z górki.

      3. Nie mam możliwości pożyczenia tego od rodziny. Co mogłem pożyczyć, to pożyczyłem. I to z wielkimi bojami, ale to jest historia, że książkę, by napisał… I, i tak by nikt w wiele rzeczy nie uwierzył.

      Trzeba się na coś zdecydować. Tym bardziej, że goni mnie czas, bo młodszy się nie robię. I to na tyle mocno mnie goni, że właśnie szkoda mi nawet tych kilku miesięcy. Trzy lata mi zeszło dojście do miejsca, w którym jestem. 12 lat zleciało odkąd zabrałem się za interesy, 8 od momentu, gdy wraz z kryzysem gospodarczym i rodzinnymi kłopotami mi się noga powinęła i trzeba było zaczynać od zera. Naprawdę pomimo tego, że wiem, że cierpliwość jest cnotą, 😉 to nawet tych paru miesięcy mi szkoda. Mam za dużo do nadrobienia.

      Anyway. Decyzja już podjęta (chyba pomogło mi w tym napisanie tego tutaj, bo mogłem to sobie jeszcze raz przemyśleć, gdy pisałem). Najbliższy tydzień poświęcę na znalezienie firmy, która zechciałaby wyprodukować, to co było tym moim pierwszym pomysłem. Jeśli się znajdzie, to będę wtedy wiedział, ile mi kasy zostało, po produkcji i dystrybucji, na koncie i jaki ze sprzedaży tego towaru wyjdzie bilans. Wtedy, w ciągu miesiąca lub dwóch, za niewykorzystaną resztę kasy plus zarobek z pierwszego pomysłu zajmę się zorganizowaniem tego drugiego pomysłu. A potem pójdą oba jednocześnie.

      A jeśli nie znajdę chętnej do współpracy firmy, to od razu całość kasy pójdzie na ten drugi pomysł a za 2-6 miesięcy, może z pomocą kredytu a może i nawet bez niego, będę mógł spełnić finansowe wymogi ku temu, by móc zlecić minimalne zamówienie na produkcję tego, co zamierzałem na początku produkować. I kręcić się będzie jedno i drugie.

      Anyway. Po raz pierwszy od 8-10 lat mam spokojną głowę o to, że finansowe problemy mi się rozwiążą. A to, w powiązaniu z całą kupą innych spraw, które zależą od stabilności finansowej, był naprawdę koszmar.

      Tylko, cholera, jestem o te 10 lat starszy niż byłem. I to mi się nie wróci… Podobnie jak spierdolona relacja z moją „byłą niedoszłą” 😉 nie wróci do czasów sprzed tego, co nas poróżniło. I to jest największa strata. Mam poczucie zmarnowanego czasu. Bo np. ten drugi pomysł mogłem zrealizować 10 lat temu, tylko mi do głowy, ani wtedy ani przez te całe lata, nie przyszedł -uniknąłbym koszmaru, przez który przeszedłem i może ta osoba nie byłaby „była niedoszła”. Ale co poradzę… Może poza jedną rzeczą… -nie odmówię sobie małego prztyczka w nos skierowanego w stronę tej osoby, z którą się pożarłem. Zasłużyła. 😉 Ale do tego potrzebuję zrealizowania z powodzeniem tego mojego pierwszego pomysłu. I to też jest pewna motywacja, by to było zrobione jak najszybciej.

      1

      1
      Odpowiedz
      1. Ja pierdolę co za pacjent. Ty naprawdę myslisz że tu sami idioci siedzą albo sam jesteś idiotą. Weź to swoje zabezpieczenie hipoteczne – minimum 200 tysięcy, a jak twierdzisz masz kilkakrotnie więcej i weż te nieszczęsne 30 tylko pilnuj interesu i nie zapomnij urządzić balu na otwarcie z fajerwerkami. za te 1-2% co se zaoszczędzisz na wspólniku. No i obowiązkowo gumowa lala – eliminuje durne pomysły.

        1

        0
        Odpowiedz
        1. „Ja pierdolę co za pacjent. Ty naprawdę myslisz że tu sami idioci siedzą albo sam jesteś idiotą.”

          Nie (wbrew pozorom :)). Po prostu nie będę pisał na forum publicznym wszystkiego (To chyba zrozumiałe, nie? Zresztą za dużo by tego było, nikt by tego nie przebrnął.).

          A jak nie zrozumiałeś tego, co wcześniej napisałem, to jest twój problem.

          A bal może będzie. 😉

          Zaś co do tych 30 tys, powtórzę jeszcze raz jak do debila: bank nie udziela kredytu firmie bez historii. Żadnego. KPW? Nie ma znaczenia czy to jest 2 tysie pożyczki czy 500 tysi kredytu i czy masz zabezpieczenie na to i jak jest ono duże. Takie mają procedury i tyle. Tego nie przeskoczysz bez względu na to, ile masz majątku. Chyba, że masz do tego etat, w którym dostajesz odpowiednio dużą pensję. A chcąc się skupić na firmie i jej rozwoju, na siedzenie na etacie nie jesteś w stanie sobie pozwolić i koło się zamyka.
          Kapujesz?

          0

          1
          Odpowiedz
  6. 700 stron. Nie czytam.

    2

    2
    Odpowiedz
  7. Przecież to nieważne. Jak się coś spierdoli to będziesz myśleć, że trzeba było brać się za to drugie, jak powiedzie, to dobrze, że nie wziąłeś się za to drugie. I na odwrót. Jeśli podobne jest ryzyko to rób to co było pierwsze.

    3

    0
    Odpowiedz
    1. „Jak się coś spierdoli to będziesz myśleć, że trzeba było brać się za to drugie,”

      O to to. 🙂

      „jak powiedzie, to dobrze, że nie wziąłeś się za to drugie.”

      Jak się powiedzie, to się też i za to drugie wezmę. Tyle, że wtedy już będzie za co to robić.

      „Jeśli podobne jest ryzyko to rób to co było pierwsze.”

      No właśnie ryzyko nie jest podobne. Ale jest trudne do oszacowania, bo inne czynniki są w przypadku jednej branży a inne w przypadku drugiej (np. wspomniane to, że w jednej towar idzie do dużego odbiorcy typu hurtownia, a w drugiej jest to sprzedaż detaliczna, w jednej masz duże minimalne zamówienie, więc ryzykujesz większą kasą, którą musisz w produkcję zainwestować i nie wiesz czy sprzedasz to co wyprodukowałeś, w drugiej towar kosztuje cię niewiele ale stworzenie platformy internetowej do jego sprzedaży i reklama pochłonie kupę kasy i nie wiesz -tak do końca, rozumiesz- czy przyniesie to efekt i czy na taka skalę, że będzie można powiedzieć że to dobry i perspektywiczny biznes, to wszystko wyjdzie w praktyce, ale najpierw trzeba się na coś zdecydować).

      0

      0
      Odpowiedz
  8. „Postaram się streszczać”… Chłopie, ty się nawet streszczać nie umiesz a bierzesz się za seryjną produkcję chuj-wie-czego dla branży spożywczej. Czaisz się i czaisz, a i tak wszyscy już wiedzą że mieszkasz na Pradze. Gdybyś był uczciwy wobec innych, koło by się zamknęło i dawno zniknęłyby twoje dylematy – taka karma. Może weź się za produkcję takich zegarków z takim niebieskim podświetleniem wyświetlacza? Do tego nawet żaden crowfunding niepotrzebny, to taki biznes że chuj mięknie, ja ci to mówię.

    3

    2
    Odpowiedz
    1. „Może weź się za produkcję takich zegarków z takim niebieskim podświetleniem wyświetlacza?”

      Eeee nie… Wiesz, zawsze wolałem klepsydry z takim jasnofioletowym podświetleniem… 😉

      0

      0
      Odpowiedz
      1. Zginiesz. Ale coś w życiu trzeba robić, można na przykład pięknie umierać. Pozdrawiam.

        0

        0
        Odpowiedz
  9. Osiołki to mają być zwierzęta pociągowe(na czterech i na dwóch łapach) panów swych jak to rzekł pewien rabin.

    0

    1
    Odpowiedz
  10. Trudno się to czyta. Srasz się o to jakbyś miał patent na robienie złota z truskawek. A odpowiedź jest bardzo prosta. Ziom. MASA.
    Po podrzuceniu tego samego ciężarka po raz pinsetny odpowiednie endorfiny zadziałają i będzie dla Ciebie absolutnie jasne, że
    a) lepsza jest opcja 2 bo jest nowa i lepsza
    b) nie potrzebujesz onej bo możesz iść w MASĘ.
    Pudzian ponoć tak decydował czy iść w transport czy w watę cukrową. Tak słyszałem.

    1

    0
    Odpowiedz
    1. „Srasz się o to jakbyś miał patent na robienie złota z truskawek.”

      A jeśli mam, to co? 🙂
      Choć akurat nie z truskawek… Zresztą, z wszystkiego można zrobić, nawet z, literalnie, gówna.

      „A odpowiedź jest bardzo prosta. Ziom. MASA.”

      Masa jest odpowiednia. Teraz rzeźbimy… 😉

      1

      0
      Odpowiedz
  11. Jeśli przedstawisz mi pomysł telefonicznie lub przez wiadomość i projekt bedzie miał solidne perspektywy to mogę w niego zainwestować lub zastanowić się nad udostępnieniem czesci powierzchni w którymś w dwóch moich obecnych zakładów produkcyjnych, napisz do mnie na maila, na pewno dojdziemy do porozumienia jesli twoj pomysł jest tak dobry jak piszesz, napisz komentarz pod tym postem jesli jestes zainteresowany i zostaw do siebie jakis namiar, bede co jakis czas wchodził w ten post i sprawdzał czy odpisałeś

    0

    0
    Odpowiedz
    1. no i nie odpisał. To pewnie ten co boi się telefonu bo tam słychać takie biiiip biiip. A takie kokosy mogły być… Od chujanina do milionera…

      1

      0
      Odpowiedz
      1. „no i nie odpisał.”

        No skoro się tak upominasz… 😉

        Nie mamy po co się kontaktować, bo nie będzie spółki. Uzasadnienie w komentarzach powyżej.
        Nie powiem ci czego pomysł dotyczy z, wiadomych chyba, powodów. 🙂
        Nie jestem tym, który się bał telefonów. 🙂 Choć rzeczywiście nie przepadam za tą formą komunikacji, więc o tyle ci się udało trafić -zawsze wolałem rozmowę „na żywo”.

        0

        0
        Odpowiedz
  12. Jest interes do zrobienia tylko nie mam pieniędzy.Skąd ja to znam ano stąd ,ze miałem kiedys takiego sasiada, który miał świetną gadkę i naciągał ludzi na kasę.A ludzie sami pożyczali mu piniądze na udział w interesie bez żadnych pokwitowań na wieczne nieoddanie.Gość oficjalnie jest bankrutem ale biedy po nim nie widać

    0

    0
    Odpowiedz
  13. Hah jakby to moja mamusia powiedziała : „lepsze deko handlu niż kilo roboty” i to się kurwa sprawdza, sądząc po ludziach. Nie rozumiem jak można ciągle gonić za pieniąchami, po co? Nie lepiej mieć mniej i być szczęśliwym, mieć wolne weekendy dla rodziny,czas na pasję? Ja przynajmniej tak mam.Chciałam mieć więcej,pojechać za granicę (znam 2 języki),ale po chuj żeby mnie nazywali Ausländer? Do grobu kasy się nie weźmie. Ja żyję tu i teraz, polecam zrobić to samo nim będzie za późno.

    2

    0
    Odpowiedz
    1. „Nie rozumiem jak można ciągle gonić za pieniąchami, po co?”

      Ciągle za samymi pieniędzmi to gonią idioci. Natomiast pieniądz jest dobrodziejstwem, gdy się umie go wykorzystywać jako narzędzie do osiągnięcia innych celów. I po to (nie licząc tego, że też muszę z czegoś żyć) jest mi on potrzebny. Np. pasji. Jedną z nich, jak wspomniałem, jest ekonomia. Nie potrzebuję milionów na 10 chałup 20 Ferrari itp., ale nie miałbyś satysfakcji z tego, że coś osiągnąłeś i masz np. firmę w rodzaju BMW czy BASF. Pomyśl o możliwościach i wpływie przez nie na ten padół. Jak mawiał Konosuke Matsushita (założyciel Panasonic Corporation): „Firma jest podmiotem społecznym. Jej misją jest wniesienie wkładu do społeczeństwa.”. To jest niezły cel.

      Albo inna pasja. Mam zamiar nauczyć się pilotażu i od dziecka interesowałem się lotnictwem, zwłaszcza z czasów I i II wojny. Fajnie byłoby mieć własnego P51. I można go mieć… Jak się ma 4-5 mln USD na zbyciu (plus koszty utrzymania). Cóż, pasje czasami kosztują.

      Albo inaczej. Można mieć więcej czasu dla siebie i rodziny, gdy ma się zapewniony byt na świetnym poziomie i odcina kupony od tego, co się zdobyło (rentierstwo). Ale na to nie zarobisz na taśmie u Mesia.

      Jak więc widzisz, jest czasem za czym ganiać. Byle z rozsądkiem.

      0

      0
      Odpowiedz
    2. Kochana, to jest taka kasa, że chuj mięknie. No po prostu za pare, góóra paręnaście miesięcy już nic nie bedziem robić ino zysk ciągnąć. A frajerzy niech zapierdalają za średnią krajową. Taki to byznes jest. KGHM dzwoniło i chciało pomysł odkupić, Niemiecki inwestor płakał jak go wyrzucaliśmy, Arab zadławił się szyszą jak powiedzieliśmy mu, że swoje milion dolarów ma se w dupę wsadzić…

      1

      0
      Odpowiedz