Nie macie czasem wrażenia, że dawniej żyło się lepiej? I nie mam tu na myśli lat 80, ale bardziej odległe czasy. Wszystko było takie proste. Nie było technologii, instagramów, snapchatów, facebooka i całej masy innego gówna. Ale były za to prawdziwe relacje społeczne. Ludzie musieli się ze sobą komunikować, spotykać, bo nie było innej możliwości. Być może żyli krócej. Średnia wieku, powiedzmy, 40 lat, ale żyli bardziej. Wszystko działo się w prawdziwym świecie – o poranku wyprawa na polowanie, jazda konno, wizyta na targu, nauka walki wręcz albo rybołówstwo. Widzicie do czego zmierzam? Wiara w boga nie była kwestią wiary, wiedziałeś, że bóg istnieje. Wiedziałeś, że jak umrzesz wyłatany w dupsko przez bandytów albo heroicznie na polu bitwy, to przyjdzie po ciebie Anubis, walkirie, Jezus Chrystus albo latający potwór spaghetti. Każdy to WIEDZIAŁ. Wszystko, co miało miejsce było wolą boga, nieodłączny boski plan. I byłeś bezpieczny – po prostu żyj, a po śmierci trafisz do raju, na pewno. Chciałeś pierdolnąć sobie domek nad rzeką, to buduj, musisz tylko narąbać drewna. Pierdolnij sobie nawet taki z altanką i zagrodą dla kóz. Nie musisz kupować ziemi i brać kredyt na 20 lat. Nie musisz płacić rachunków i wyliczać pieniądze z wypłaty, żeby wystarczyło. Do tego domu, możesz znaleźć sobie żonę. To proste, dziewczyny od zawsze wychowywały się do tej roli. Nie mają 5k followersów i 4326 znajomych. Ona będzie gotować i zajmować się dziećmi, ty będziesz polował i handlował skórami. Możesz wyruszyć statkiem na nieznane lądy, zobaczyć gatunki zwierząt, których nigdy nikt jeszcze nie widział. Kurwa, nawet wojna była prostsza. Zbierała się grupa ludzi i lali się po mordach do upadłego. Liczyła się taktyka, wyszkolenie żołnierzy. Żaden wieśniak nie może pokonać rycerza w zbroi płytowej, wyszkolonego rzymskiego legionisty albo nordyckiego wojownika. Dzisiaj byle żul z AK-47 może zrobić zadymę. Wystarczy, że pociągnie za spust. Nie wspominając już o rakietach i pozostałym arsenale nuklearnym.
A teraz wracam do rzeczywistości. Niby jestem młody, mam mieszkanie, samochód, małą firmę, którą prowadzę z bratem. Nie trzepię kokosów, ale wystarcza mi na przeciętne życie. Ale po prostu, kurwa, tutaj nie pasuję. Nie nadążam za całym tym bajzlem, jestem myślami daleko. Nie nadążam za ewolucją społeczną, nowinkami technologicznymi. Nie rozumiem dzisiejszych ludzi i nie mam z nimi wspólnego języka. Nie rozumiem tych pierdolonych emotikonów, hashtagów, selfików, imprezek w klubie. Jak sobie pomyślę, że jutro znowu mam rano odśnieżać auto o 6 rano, spotykać się z klientami, wykonywać telefony i pracować po 12 godzin, to chce mi się rzygać. Po co to wszystko? Co mi po tym najnowszym, pierdolonym modelu samochodu z 2018 z wbudowanym masażem dupy? To jest cel życia? Lansik, selfiki i bogactwo? W takim razie pierdolę to, wysiadam. Lata lecą, a mam wrażenie, że ciągle jest to samo. Tyranie w biurze aż do śmierci. Oczywiście, czasami wyjadę w podróż, jest zajebiście. Problem w tym, że zawsze muszę tu wrócić i koło zaczyna się kręcić na nowo. Wracam do smogu i zapierdolu. Był taki czas, że próbowałem być „na czasie”. Odwiedzałem kluby z paczką znajomych i piłem kolorowe drinki, umawiałem się z lalami z tindera. Ale nie byłem sobą, nosiłem jakąś oślizgłą, obrzydliwą maskę, którą mi ciążyła.
Czasami wyobrażam sobie, jak jadę na kolejne spotkanie w pracy, że siedzę przy ognisku w lesie, ubrany w skóry, gdzieś na mroźnej północy i wszystko jest proste. Wpierdolę za chwilę jakiegoś jelenia, naostrzę noże i wrócę do wioski. Panuje spokój i cisza, tylko koń pochrząkuje.
To istna kurwica mózgu, czuję się jakby ktoś zamknął mnie w klatce współczesności i zmusił do funkcjonowania. Brzydzi mnie ten świat i jego ciągły konsumpcjonizm, wyścig szczurów. Dzisiaj oglądamy wyprawy Cejrowskiego do dzikich plemion, gdzie ludzie nie liczą nawet czasu. Jest jasno, to wstają, ciemno – idą spać. Śpią w drewnianych chatkach na hamakach, a współcześni ludzie mówią: patrz jakie prymitywy, o kurwa, w lesie śpią. O, popatrz, Zenek, nawet butów nie mają, ja pierdolę, co za biedaki i dzikusy! Jak tak można żyć w dziczy, kyrie eleison. Nie to co my, jesteśmy kimś. Idziemy zaraz do korpo napierdalać nadgodziny, żeby zakupić nową pralkę. A Zenek idzie na magazyn na 12 godzin, żeby spłacać kredyt. A te dzikusy niech tam leżą całe swoje życie.
A weź w ogóle miej styczność z księgowymi, one to największe biurwy i najbardziej tępe istoty na ziemi.
o jejku jejku straszne
Kobietka ?
Ludzie w korpo czy normalnej robocie zawsze będą pierdolić i smarować dupe… Każdy najmniejszy Twój ruch jest znany… Najważniejsze to robić swoje i mieć wyjebane. W pracy robi się obowiązki czyli wszystko za co płacą i święta zasada jedna i jakiej należy przestrzegać to brak znajomych albo przyjaciół. Część cześć ewentualnie pogadać o pracy do zrobienia i spierdalaj..
Ja tak do tego podchodzę, ale po 2,3 miechach mnie wypierdalają bo „psuję atmosferę w zespole” albo jak idę do nowej roboty to na wejściu słyszę „no wiesz bo my tu mamy dobrą atmosferę..” Ludzie chyba do roboty się chodzi po hajs a nie dla przyjemności i atmosfery, nigdy tego nie zrozumiem. 8h zrobić swoje i elo, a nie jeszcze dupy wam lizać bo przywykliście i większość tak robi.
To mężcyzźni bardziej plotkują i dupę obrabiają- sprawdzone info.
Chyba kpisz kobieto.
Prawdziwy facet nigdy nie plotkuje. No chyba, że taki wytresowany przez kobiety.
ssij jaja ….jak pracowałem w żeńskim zespole to wszystkie te rury na przerwie czy to na obiad czy na papierosa,tylko obrabianie dupska…co tydzień u przełożonego na rozmowie ,że nie uczestniczę w życiu firmy…chuj z tym,że robotę wykonywałem za 4 takie idiotki,najwięcej pozyskanych klientów w skali miesiąca,aleeee nieeee zły i wredny ze mnie chuj,bo się z tymi pizdami nie integrowałem i komentarz szefa „że dziwny jestem,bo z resztą,damskiej ekipy nie rozmawiam”.W chuju miałem gadkę z nimi,tempe kurwy…odwalałem robotę,brałęm hajs co miecha i nara.Raz się ustawiłem z koleżanką z firmy na drina…na nasępny dzień już ploty,że na pewno ją ruchałem bla bla bla.Baby są niedojebane umysłowo
Bujaj banana lala. Ja już też przeżyłem pracę z kobietami. Większego „kurnika” nie ma na żadnej fermie. Siedziałem w pokoju z 4 kwokami które nic tylko „obróbka” i kokokokoko. Olałem je ciepłym moczem i skupiałem się na pracy to co zrobiły? Podpiedolki do szefostwa, że się nie integruję, że „psuję atmosferę” itp. Na szczęście byłem dobrym pracownikiem i nikt mnie nie ruszył ale szefowa też mordę krzywiła i pytała – czemu nie gadam z tymi 4 kurwami z pokoju. Nie gadam bo pracuję do k… nędzy! Płacą mi za pracę a nie p…lenie o Szopenie :/ Praca z babami – chujnia i śruuuuuuut.
Najlepiej nie pracować w zespole.
Pracowalem w kobiecym zespole w trzech pracach i powiem ze to chujowa akcja jest. Te pizdy zawsze sie drapia miedzy soba i zawsze oczekuja ze staniesz po ktorejs ze stron. Ale jak chcesz byc neutralny to uwazaj bo oberwiesz i z jednej i z drugiej. One tak maja. Chca by im nadskakiwac, a niektore chca po prostu dymanska. A, wazne! Uwielbiaja wyslugiwac sie facetem. Ja sa same to paki po 20 kg targaja ale jak jest facet w zespole to kurwa 5 kg przerasta ich mozliwosci. To odnosnie produkcji bo w biurze to nigdy nie zostawiaj kompa bez zabezpieczenia dostepu. A cha i nigdy niemow im o sobie calkowitej prawdy. Widzialem takie tepe dzidy co to potrafily wpierdolic kogos na mine ot tak dla zabawy. Generalnie kobietom w wiekszym gronie odpierdala.
Kobietom wali do głowy władza, wystarczy dać babom jej namiastkę, żeby straciły rozum…
Zamiast ssać i posuwać te wszystkie gorące pierożki, to się sam dałeś wyruchać.
Pierwsze słyszę,że będąc w pracy należy uczestniczyć w rozmowach z współpracownikami.Niby dlaczego? Jesteś tylko w pracy, robisz swoje i NARA. Prawdziwe życie zaczyna się PO pracy! :PP
Praca z babami to udręka. Wiem to z ddoświadczenia.
Łączę się w bólu. Też pracuję sam z 6 babami. Jest to samo (a wszystkie mgr dr itp.)
a same brzydkie sa czy ki chuj ? wez zruchaj i po zawodach