Wiecie, o kim mowa? O losie. Losie naszym zasranym, który na przysłowiowej głowie staje, żeby ci tylko dopierdolić. Mógłbym wymieniać dziesiątki przykładów z własnych i cudzych doświadczeń, ograniczę się jednak do jednego, najświeższego, który mi dopieprzył.
Jakiś, dłuższy, czas temu wygrzebałem się z lekkiego dołka i zajmowałem się pewną, dochodową „pracą”. Bardzo dochodową, zarobki Mesia przy tym bledną (i nie pytajcie, patałachy, skąd wiem ;)). Dość powiedzieć, że -nie licząc jakiś drobiazgów- życie było dobre, choć z różnych powodów nie w pełni wykorzystane (rozumiecie: priorytety; wiele rzeczy musiałem odwiesić na kołku na przyszłość). Tym niemniej było fajnie, zapowiadało się fantastycznie… Cierpliwie wdrapywałem się na swój wytyczony pagórek. I co się stało? Tak jest. Popierdoliło się u samego szczytu, kiedy niemal wszystko było w zasięgu ręki. Od tego momentu zaczął się zjazd w dół, przypominający momentami to, co „koledzy z branży” nazywali „zjazdem jajami po brzytwie”. I to popierdoliło się zarówno na gruncie prywatnym (jak mawiał Al Bundy: „to nie jest rodzina, tylko eksperyment naukowy”) jak i, co gorsze dla mnie, „zawodowym”. Przyszedł kryzys gospodarczy i zniknęły nie tylko możliwości przyzwoitego zarobku, ale jeszcze pojawiły się spore straty, za które do ostatniego naboju w magazynku będę „wdzięczny” mojej pierdolonej rodzinie, której udział w zdarzeniach, jakie do tego doprowadziły, sięga 99%.
Anyway, trzeba było coś robić. A raczej pomyśleć o czymś sensownym, co warto by było robić. No i pomyślałem o czymś, co ma ręce i nogi, i zamierzałem się za to złapać. Problem w tym, że o ile pomysł był (jest) dobry, to nie było już kasy na jego wykonanie -wspomniany kryzys i kilka rzeczy z niego wynikłych kosztował mnie dużo. Było źle, ale to jeszcze nie był koniec. Była też szansa na uzyskanie potrzebnej kwoty. Miałem pewną nieruchomość, którą mogłem kiedyś sprzedać za niezłe pieniądze, ale postanowiłem tego wtedy nie robić. Zostawiłem ją dla siebie, do późniejszego wykorzystania, ewentualnie do spieniężenia na „czarną godzinę”. No więc czas nadszedł, trzeba było się nieruchomości pozbyć, a uzyskana kasa pozwoliłaby na rozkręcenie interesu. Prawda, że proste? Taaak… A taki wał.
Pięć lat. Pięć lat szukałem możliwości zdobycia potrzebnej kasy, kręcąc się jak gówno w przeręblu. Zarobić tyle w krótkim czasie (jeszcze wtedy nie sądziłem, że tak długo to potrwa, potem się uparłem) się nie dało, bo już nie te możliwości. Pożyczyć pod zastaw nieruchomości nie mogłem, bo bank nie pożyczy nowo powstałej firmie (no chyba, że to są jakieś grosze, to może się uda, ale nie poważniejsze kwoty). Co gorsze jednak, okazało się, że sprzedać tego też nie mogę. Już nawet nie za wartość rynkową, czy jakieś sensowne pieniądze. Za żadne pieniądze, nawet lombardy gadać o kupnie nie chciały. No taki mamy klimat.
Wczesną wiosną tego roku pojawiła się pewna szansa zdobycia potrzebnej kwoty. Do tego jakoś tak się poskładało, że w tym samym mniej więcej czasie pojechałem tam, na tą moją nieruchomość. I ponieważ były widoki na zdobycie pieniędzy, łażąc tam po niej i po okolicy, doszedłem do wniosku, że nie ma mowy o tym, bym tę nieruchomość sprzedał. Tak naprawdę to to miejsce jest dosłownie zajebiste. Na wsi, na uboczu, cisza spokój, a do tego bardzo blisko do kilku dużych miast (w tym wojewódzkiego), wokół sporo terenów rekreacyjnych od pasma górskiego, przez okoliczne lasy, a skończywszy na bardzo dużym zbiorniku wodnym, do tego fantastyczny widok z nieruchomości na okolicę… No jak w raju. Chuj, nie sprzedaję, zwłaszcza, że już nie muszę, mowy nie ma. Nawet sobie tam zamieszkam i dosłownie szlag trafi tych, co uważali, że to jest gówno warte, jak się to ogarnie i doprowadzi do takiego stanu, w jakim być powinno. Niech zapierdalają całymi dniami na raty za norę w mrówkowcu z wielkiej płyty z porąbanym sąsiedztwem, smog wdychając i ciułając drobne w skarpecie.
I co się dzieje dalej? Oczywiście, że tak… Jak tylko pojawiła się pewność, że potrzebną kasę uzyskam, a rzecz nie jest na sprzedaż, dostaję telefon od jakiegoś kompletnie mi nieznanego pajaca, który jest zdecydowany i bardzo chętnie kupi. Pierwszy sensowny, zdecydowany, kupiec od 5 lat… Jedyny właściwie tak napalony na kupno, jaki się pojawił.
No i powiedzcie mi, jak człowieka może szlag jasny nie trafić?
Pięć lat poszło jak psu w dupę na szukaniu kogokolwiek chętnego na kupno, po to tylko, żeby móc zacząć coś robić, co pozwoliłoby mi się wygrzebać z gówna, w które dzięki przewrotności losu wpadłem. Kosztowało mnie to kupę uporu, zżartych nerwów, ponoszonego ryzyka i bezsilne stanie w miejscu. Kosztowało mnie to wspomniany „eksperyment naukowy”, czyli moją najbliższą rodzinę, z którymi nie mam już nic wspólnego. I mało tego. Kosztowało mnie to jeszcze więcej. Dużo więcej, aż się o osobną chujnię prosi, ale muszę dobrze pomyśleć, czy w ogóle ją pisać (trochę zbyt osobiste i pozbawiające anonimowości). Kosztowało mnie to pewną osobę, którą poznałem na krótko przed tym moim zjazdem jajami po brzytwie, która, jak się potem okazało, pod wieloma względami była jak chodzący ideał, jakiego nigdy wcześniej nie spotkałem i pewnie już nie spotkam (co dodatkowo jest problemem, bo żadna mi znana nie wytrzymuje z nią porównania -i to takiego „na logikę”, bez żadnych różowych okularów- a skoro koniec końców i na niej się przejechałem…), i z którą może i by nawet coś wyszło przy sprzyjających okolicznościach, gdyby nie moje przeciągające się w nieskończoność kłopoty, nie pozwalające wyjść z tego bagna, co niesamowicie mnie ograniczało, jeśli chodzi o tę relację i jej rozwój, a dodatkowo stawiało mnie w fatalnym świetle, czyli już praktycznie pozbawiając szans, czego długo pewnie nie będę mógł przeżałować (i kto wie, być może nie będę jedyną osobą, która tego żałuje, ale nic już nie da się z tym zrobić). A teraz… Teraz, kiedy mam tak wszystkiego dosyć, że nawet nic już mnie nie cieszy i cholernie zmęczony psychicznie tym wszystkim jestem, gdy w końcu mogę zrobić to, co planowałem (choć na tę chwilę, to nawet nie wiem już w ogóle po co, tak mam wszystkiego dość) i być może z powrotem porządnie w końcu stanąć na nogi, jak już nie potrzebuję łachy od kogoś, że łaskawie raczy się zdecydować na zakup, to chętny jest od ręki, bez targów…
No i co za los pierdolony. Za każdym razem robiący wszystko, żeby ci jak najbardziej dojebać w każdy możliwy sposób. I im bardziej po dupie dostaniesz, tym bardziej spirala tego dopierdolenia ci się jeszcze nakręci. Perpetuum mobile jebane… A w końcu, jak się jakimś cudem z tego wygrzebiesz, to nagle się okazuje, że bez problemu sprawa, która ci stała na przeszkodzie i była nie do przejścia, da się rozwiązać jakby nigdy nic. Ale to i tak tylko na chwilę. Żebyś złapał oddech, zanim powoli naciągająca się guma znów nie przypierdoli ci w łeb.
I ten moment nadejdzie.
Należałoby walnąć w ryj dresa komentującego nogi żony? Sam jesteś co nieco jak ten dres. Ogólnie, dobrze robisz – hamuj się chłopie, hamuj. Bo tak być powinno: zaczepka dresa jednym uchem wlatuje drugim wylatuje, zapominasz o sprawie. W myśl zasady że gówna się nie rusza żeby nie śmierdziało.
Tak trzymaj.Walke wygrywa nie ten kto ja podejmie lecz ten ktory umie jej uniknac.A dresy to debile olej frajera.Zona i córka moga byc z Ciebie dumne…
A nie lepiej było zignorować dresa?
dresiarze to podludzie, którzy nie są warci walki na ulicy. Nawet ludzie, którzy piszą na sherdog i ćwiczą mma nie polecają walki na ulicy, chyba że musisz bronić rodzinę przed fizycznym atakiem , a nie głupią zaczepką
Co to sherdog?
wpisz to w google to sie dowiesz 🙂
Kiedyś ktoś mi powiedział: lepiej być 100 razy tchórzem niż raz nieboszczykiem. Walcz o swoje i nie dawaj się ponieść emocjom.
Dobrze zrobiłeś. Nigdy nie warto wdawać się w bezsensowne pojedynki z idiotami.
Też mi problem…dylematy nocnego stróża…dać po mordzie czy nie dać?
Za co chciałeś tego biednego przygłupa trzaskać? Że może tylko pomarzyć o kobiecie, która jest Twoja? Sam pewnie posuwa tylko promotorki leśnego runa albo jak coś jest tak pijane, że nie wie co czyni. Powinieneś mu współczuć a nie myśleć o nabijaniu sobie siniaków o jego tępą mordę.
Bardzo dobrze, że nie wchodzisz w bójki, to świadczy o Twojej dojrzałości. Myślisz o rodzinie , o przyszłości i idź dalej w tym kierunku. Masz łeb na karku, dobrze, że uczysz się na cudzych błędach nie na swoich.
Rozumiem w 100% o co ci chodzi. Gdybym miał żonę i dzieci to sam niewiem jak miałbym reagować. Mnie też mega kurwica bierze jak ściero pyskuje ale blokada nie pozwala. A jak ją zignorujesz to bedzie rpoblem..
Zwierzenia dresa Cebulowego Janusza.
Durniem? Ziom. Wiadomo, że facetem będąc, trzeba mieć jakieś poczucie „posiadania jaj” przysłowiowych. Wycofać się z twarzą nie każdy potrafi, bo honor cierpi – ale gnojkowi jakbyś właśnie oko wybił czy coś, żona i dziecko odwiedzaliby cię w pace, a gnojek dostałby odszkodowanie. Wczuj się w fakt, że honor własny stawiasz niżej, niż dobrobyt rodziny – powinieneś zyskać świadomość, że masz jaja jak strusie. Mądry i nieczęsty ten komentarz ze strony żony, pozazdrościć kobiety i pogratulować. A do durnych jap trzeba się tym bardziej uśmiechać, w sumie to „smutne”, że są po-komunistycznym odpadem bez szans na lepsze jutro, ale cóż. Nie jesteśmy Jezusami, możemy ludem pogardzać
Jesteś patologią dresiarską i z twego bełkotu wynika że twoje „somsiady” także są patologią. Dopiero teraz skumałeś że bijatyki to nic dobrego. Mózg dresa jest zapóźniony więc nic dziwnego że dopiero w wieku 29 lat. Życie to nie film z nakoksowanymi „hiroł” z hameryki gdzie walą sie po gębach i nie ma śladu, krwi, itp. W realnej bójce każde uderzenie może odbić sie na zdrowiu.Dlatego ja nie bywam nigdzie tam gdzie schodzi sie motłoch i jest chlanie. Widze debila idącego jakby TV nosił, którego widać że idzie „na zaczepke”i ustępuje nawet na ulicy bo wiem że z bicia nic dobrego nie wynika a 25 lat za jakiegoś tępaka nie chce dostać.
Cóż, patałachu… Pan twój, Mesio, mógłby ci powiedzieć, że wraz z ożenkiem dałeś się wykastrować… I byłaby to w jakiejś mierze prawda. Bo to kastruje (przynajmniej do jakiegoś stopnia). Ale w sumie wychodzi ci to na zdrowie. Lub też raczej wychodziłoby ci, gdybyś podchodził do problemu inaczej. Jak, zapytasz, skonfliktowany wewnętrznie patałachu? Ano uklęknij (jeśli jeszcze tego śmiałeś nie zrobić), czytajac ten post, a Pan twój, Mesio, naświetli ci sprawę.
Po pierwsze. Pomimo iż, jak Pan twój, wcześniej raczył był nadmienić, ożenek w pewnym stopniu cię wykastrował, taka kastracja ma swoje „plusy dodatnie”. Przejawiają się one w tym, że dojrzałeś, patałachu, do dwóch słusznych wniosków: 1. odwiecznego problemu, że wpierdolisz gnojowi, a odpowiadasz jak za człowieka i 2. że taki wpierdol dostaniesz, że cię w twojej norze w mrówkowcu w doniczce psadzić trzeba będzie, a babie zostanie podlewanie zamiast lodów.
Ergo: że nie warto.
To, że dojrzałeś jest więc dobre. To, że masz z tego powodu pewne tarcia wewnętrzne, jest nieuniknone, ale można sobie z tym poradzić. A więc: po drugie.
Otóż po drugie, źle podchodzisz do sprawy.
1. nie możesz sobie w takich sytuacjach od razu stawiać czarnych scenariuszy. To rozprasza. Nie znaczy to jednak, że masz bez myślenia o konsekwencjach walić po mordzie. O konsekwencjach masz pamiętać, ale nie mogą one zaprzątać myśli twoich. Bić ci się zdarzało, więc wiesz, że ty masz na chłodno kalkulować, bo inaczej dostaniesz po mordzie aż miło.
2.Podobnie zły wpływ na chłodną kalkulację i ocenę sytuacji ma twoje zdenerwowanie i rosnące ciśnienie w sytuacjach „podbramkowych”. Tych rzeczy musisz się pozbyć. Dlatego też. Primo, musisz sobie przemyśleć w jakich sytuacjach jest sens agresywnego zachowania. I tylko w takich reagować (np. wspomniane zagrożenie familiji twojej). Resztę po prostu olać, wychodząc z założenia, że tym razem nie warto. Pan twój też miewał podobne dylematy, bo ma problem z tym, że w sytuacjach skrajnych z charakteru swojego najchętniej „nie brałby jeńców”. Ale w dzisiejszych czasach niestety tak się nie da – dlatego Pan twój tęskni za Dzikim Zachodem- bo zaraz śledztwo, włóczenie się po sądach, odszkodowania, wysłuchiwanie tłumaczeń, jakie to z obitego patałacha było dobre dziecko, co to zawsze sąsiadom „dzień dobry” mówiło itd. Ad rem, od kiedy Pan twój na chłodno kalkuluje, kiedy się opłaci a kiedy nie, nauczył się kontrolować. Secundo, musisz nauczyć się innych form reakcji na sytuacje, w których nie opłaca się komuś obijać gęby.
Weźmy na ten przykład twój problem z obywatelem (pierwszego kaczego sortu) dresem. Otóż obywatel dres raczył skomentować odnóża twojej lochy. I to ci podniosło ciśnienie. I co zrobiłeś, patałachu? To co najgorsze: nie pomyślałeś na chłodno. Nie pomyślałeś, że może nieskomplikowany pan dres nie miał nic złego na myśli, tylko innych komplementów po prostu nie zna. Nie pomyślałeś, że tenże pan dres ma takie poczucie humoru i niewyparzoną gębę. Nie pomyślałeś w końcu, że nerwy to najgorszy doradca w takiej sytuacji.
W efekcie wdałeś się z panem dresem w pyskówkę, pogarszając tylko sprawę, a jak już doprowadziłeś ją do punktu wrzenia, to z powodów dylematów swoich i, nie ukrywajmy, groźby wpierdolu spuszczonego ci przez pana dresa, zrobiłeś to, co najgorsze: podkuliłeś ogon. Oczywiście wywinałeś się w jakiś sposób (i tylko na krótki termin) od konsekwencji zostania rośliną, lub zrobienia rośliny z pana dresa, ale straciłeś w oczach loszki swojej, a dla pana dresa i osób postronnych jesteś zerem.
I co teraz? Teraz pan dres wie, że nie fikniesz, więc będzie sobie używał do woli. I coraz lepiej, tak że jeszcze zatęsknisz za pierwszym komplementem powiedzianym pod adresem loszki swojej. Loszka też chyba nie będzie zachwycona. Albo będzie (choć może nie od razu). W obu jednak przypadkach twoje notowania lecą u niej na pysk. Wiesz, czym to się może skończyć, nie?
Koniec końców możesz zostać zmuszony do konfrontacji z panem dresem. A strach twój, nerwy i myślenie o konsekwencjach stawiają cię na przegranej pozycji i bez mięśni pana dresa. I tak będzie za każdym razem w każdym z takich przypadków.
No dobra. „Łatwo się mówi, Panie mój, Mesiu, a co ty byś zrobił w takiej sytuacji, jak z „komplementem” wobec loszki mojej?” -rzekniesz patałachu.
Cóż, na pierwszy rzut oka, Pan twój widzi dwa wyjścia z takiej sytuacji. Pierwsze to ignor. Ale drugie rozwiazanie jest zdaniem Pana twojego lepsze.
Otóż drugie wyjście to dystans i trochę poczucia humoru. Trzeba było wykorzystać te nędzne ochłapy inteligencji, jakie gdzieś tam chlupoczą we łbie twoim. Pan dres raczył był powiedzieć: „rzuciłbym te nóżki na pagony i poruszał biodrami”. To trzeba mu było odpowiedzieć np. „i to też zamierzam z nimi zrobić po powrocie”, albo coś w tym stylu. Kapujesz, patałachu? Miałbyś problem z głowy, a kto wie, może pan dres by cię nawet polubił… Pyskówka to najgłupsze rozwiązanie, bo zacietrzewia i uniemożliwia przez to trzeźwy osąd sytuacji (czym innym są jakieś konkretne rozmowy przeprowadzane na chłodno, że np. sobie tego i tego nie życzysz, czy coś w tym sylu, ale to trzeba jeszcze umieć, Pan twój cię via internet nie nauczy), prowadząc do tego, czego akurat powinieneś uniknąć. Użycie siły z kolei to zawsze jest ostateczność, bo nie warto komplikować sobie życia z powodu byle bzdury. Siły używa się w dobrze uzasadnionych przypadkach, ale wtedy już całkowicie bezwzględnie. Dlatego pozostaje szukanie alternatywnego sposobu na rozładowanie sytuacji. I wtedy wszyscy są happy, a ty nie masz powodów do „dylematów wewnętrznych”, ani poczucia, żeś się dał zrobić jak frajer. Tylko do tego trzeba dystansu i też trzeźwego łba.
Powstań z klęczek, patałachu, pokłoń się w podzięce za kazanie. Przemyśl, co Pan twój ci powiedział i opracuj sobie strategię zachowań, to dylematy ci przejdą. A jeśli dalej cię męczą to pamiętaj słowa Kahlessa Niezapomnianego -twórcy Imperium Klingońskiego: „Destroying an empire to win a war is no victory… And ending a battle to save an empire is no defeat.”.
Qapla’ /Mesio
PS. A panu dresowi odpowiedz tym samym spojrzeniem. Nawarzyłeś piwa, to pozostaje ci choć trochę załagodzić negatywne dla ciebie skutki i może z czasem rozejdzie ci się to po kościach (W razie czego zawsze możesz spieprzyć do nas, do naszego Łódzkiego Wydziału Fabrycznego. Po znajomości wyślemy cię do naszej gabońskiej filii i nie tylko sam diabeł ale nawet skarbówka cię tam nie znajdzie…). Albo podrzuć do nas pana dresa. Za niewielką opłatą wpakujemy go w nasze konserwy, albo rzuci się go dżdżownicom kalifornijskim Pana twojego na pożarcie (pod warunkiem, że nie jest naładowany sterydami, bo do konserw zaraz przypieprzył by się Sanepid, zaś Pan twój chce nadal hodować dżdżownice kalifornijskie a nie czerwie pustyni z Arrakis).
Mesio, to co napisałeś można było napisać o wiele krócej… ja pierdole. Miej litość 😉 Ale skoro jedziesz cytatami to coś ode mnie. Bodajże kiedyś poznałem ten cytat i czyjego jest autorstwa grając w którąś z części Total War, być może Rome: Total War. „Osiągnąć sto zwycięstw w stu bitwach nie jest szczytem umiejętności. Szczytem umiejętności jest pokonanie przeciwnika bez walki” – Sun Tzu, Sztuka wojny
Fakt, Pan twój, troszeczkę przesadził ze słowotokiem i raczy złożyć samokrytykę. 😉 /Mesio PS. A Sun Tzu to klasyka… 🙂
Mesiu, zacna przemowa, zacna!
Mesio sporo racji ma, choć dziwnie się wysławia. Dresa trzeba pokonać inteligencją i humorem. Przykład jednak Mesio daje błędny. Nie używaj tekstów poniżających Twoją „loszkę”, chyba że lubicie takie klimaty, bo dajesz desowi przyzwolenie na takie jej traktowanie. Już lepiej poprawić dresa, że np. Chciał powiedzieć, że małżonka Twa jak młoda łania smukłymi raciczkami zacnie przebiera. Dres zwykle się uśmieje, ale i zrozumie, że nie na wszystko mu wolno. Są też tacy, na których nic nie poradzisz i możesz się wycofać lub próbować zastraszyć i zmieszać z gównem, co grozi bitką.
Kolejny facet z trzydziestką na karku i gównem w głowie. Zastanawiam się, skąd tyle plusów pod takim głupim przemyśleniem. Chyba sama dzieciarnia siedzi na tej stronie. Chłopie, zamiast myśleć o bzdetach, zastanów się lepiej nad czymś konstruktywnym, np. jak pozyskać dodatkowe kilka stówek miesięcznie do budżetu domowego, albo pomyśl nad swoim rozwojem zawodowym, rozwojem swojej córki, jej pasjami, nad tym, jak je rozwinąć, jak zabezpieczyć jej przyszłość, jak polepszyć wasze relacje rodzinne. Jak patrzę na te dzisiejsze młode rodzinki, to rzygać mi się chce… Młode żonkisie jedyny cel w życiu jaki dzisiaj posiadają, to spłodzić dzieciaka, odbębnić 8 godzin dziennie w robocie za 2,5 tysia miesięcznie, po robocie napić się browara przed telewizorem, 3 razy w tygodniu zakisić ogórasa w cipce żonki, raz w tygodniu w sobotę zachlać pałę w pubie i byle do emerytury… Panna to samo. Jak dorobi z 1500 złotych do budżetu, to dobrze, a jak nie to siedzi wiecznie przed telewizorem, maluje paznokietki i ogląda głupie seriale, albo gala wiecznie przez telefon ze swoimi zjebanymi koleżankami. Od czego w końcu jest mężuś, niech zapierdala na budowie w pocie czoła na całą rodzinkę i zachcianki żonki. Z takim tokiem myślenia to nic dziwnego, że każdy jest niezadowolony z życia. Pomyśl chłopie nad tym, co ci powiedziałem. I nie mówię tu jedynie o materialnych rzeczach, jak pieniądze, dom, czy samochód, bo tych jest się ciężko dorobić w Polsce, ale am na myśli przede wszystkim niematerialne aspekty życia w rodzinie, których nie widać na pierwszy rzut oka, a które wbrew pozorom wcale nie jest tak łatwo pozyskać. Jest wiele ludzi, którzy chcieli by mieć własną rodzinę, ale nie mają, bo nigdy nie znaleźli tej drugiej połówki…
Bismisah Allach Allach!!!
Jeśli chcesz uwolnić swoją agresje to wstąp do naszego Kalifatu.Potrzebujemy takich jak Ty do walki z niewiernymi oraz ustanowieniu Imperium większego niż Osmańskie.Kontunujmy dzieło Wielkiego Proroka Mahometa!!!!
Teraz wykrzyknijcie „Allah jest Bogiem a Mahomet jest jego prorokiem”
Wypowiedz „jeśli odstąpie od drogi dzihadu niech miecz zetnie mi głowe!!!!”
Kalifat Was potrzebuje.
Weź się nie podszywaj pod naszego imama Zayoba, deklu.
Dodam jeszcze przypadek mojego kolegi który wracał ze spotkania wieczorem piechotą ze swoją żoną. 3 drechy z ławki zaczęły głośno podśmiewać się z tuszy jego żony, kolega nie wytrzymał i dresom coś dojebał kilka mocnych słów. Ci ruszyli na niego, jak zobaczyli że on nie pęka to jeden wyciągnął nóż. Wtedy kolega trochę zmiękł ale nie zdążył przemyśleć taktyki bo jeden drechol zaszedł go od tyłu i jebnął go w łeb. Generalnie zbutowali go na ziemi, zabrali portfel i telefon. Kilka dni dochodził do siebie, a nawet gliniarz z kryminalnej go zjebał na czym świat stoi, że powinien olać naćpane dresiwa i iść dalej, bo tak mógł tą kosą dostać pod żebra.
Kumpel sam przyznawał, że „honor” mu nie pozwalał nie odezwać się jak mu żonę obrażali. Ale sama jego żona powiedziała mu przy mnie: „A co mi z Twojego honoru jakbym Cię na cmentarzu odwiedzała?”. I tak to właśnie jest, kobiety nieraz mądrzejsze od nas są jednak. Uwarunkowania kulturowe nakładły nam gówna do głów i często walczymy w sytuacjach wręcz głupich, tak jak mój kolega gdzie sam na 3-ech nie miał przecież szans. Powiecie że honorowo się zachował, charakternie… Ale tak jak we wpisie, mogło się nie skończyć na siniakach, ale na wózku inwalidzkim czy w kostnicy.
Może to sygnał że wydoroślałeś. Nie warto zwracać uwagę na takich debili. Jakbyś dał się sprowokować to zniżyłbyś się do jego poziomu.
bidny chłopie widzisz właśnie dorosłeś i nabrałeś większej świadomości i takie są tego konsekwencje, znam to, ale jest na to sposób. musisz wiedzieć co robisz tzn jak umiesz się dobrze napierdalać to unieszkodliwiasz śmiecia bez robienia mu większej krzywdy niż to konieczne bądź niebezpieczne proste i logiczne my myślący ludzie właśnie z takimi problemami się borykamy takie życie