To mój ulubiony gatunek, nie słucham nic innego.
Moja fascynacja Disko Polo zaczęła się na początku lat 90 ubiegłego wieku, kiedy do naszego miasteczka przyjechał ktoś z miasta, zachodnią furą, chyba golfem, nie pamiętam już.
Miał dobry sprzęt w samochodzie i leciała muza.
Było to właśnie Disco Polo.
Dźwięki w połączeniu z blichtrem jegomościa, zaszczepiły we mnie dożywotnią fascynację tym stylem życia.
Zacząłem ubierać się w kolorowo, nosiłem sportowe marynarki, pantofle z szyszeczkami i białe skarpetki.
Przełomem w moim rozwoju był pewien, lipcowy wieczór 1995 roku.
Pracowałem w magazynie hurtowni chemii gospodarczej i kierowca, który woził towar z Niemiec, przywiózł prywatnie, zestaw stereo Technics.
Wzmacniacz, tuner, magnetofon, CD i kolumny.
Używane ale w bardzo dobrym stanie, jedynie magnetofon wciągał taśmę czasem ale reszta, była OK.
Bajer nieprzeciętny, nie mogłem oderwać wzroku i po prostu, musiałem go mieć, o niczym innym nie myślałem.
W końcu dogadaliśmy się na dwie raty.
Trochę drożej ale przynajmniej dałem radę z pensji.
Trzy miesiące biedowania, żarcia chleba i ziemniaków ale warto było.
Sprzęcior śmigał aż miło a wciąganie taśmy, naprawił mi kolega co się znał na magnetofonach.
Nakupowałem czystych kaset i nagrywałem Disco Polo z radia, jak leci, wszystko po kolei.
Poza tym, ciągle kupowałem kasety nagrywane, na całe kartony brałem.
Płyt CD mniej bo w tamtych czasach, niewiele się wydawało na nich i były dość drogie.
Królowała kaseta.
Chciałem też kupić dobry, stereofoniczny magnetofon reporterski i mikrofon do nagrywania koncertów ale ten sprzęt, był dla mnie nieosiągalny ze względu na ceny.
Kolekcja kaset i płyt rosła z roku na rok aby po 10 latach, osiągnąć ponad 5000 tytułów.
Zmieniłem też sprzęt bo stary już Technics niedomagał, tak był zajechany, grał praktycznie non stop.
Jak tylko wracałem z roboty, od razu Disco Polo na pełny regulator i tak do późnej nocy.
W weekendy natomiast, muzyka grała 24 na dobę.
Kupiłem tym razem zestaw Sony ale już bez magnetofonu do kasety wychodziły z mody a poza tym, miałem walkmana, który podłączyłem pod nowy wzmacniacz.
Dziś, mam ponad 40 tysięcy płyt i kaset Disco Polo i nadal słucham tylko i wyłącznie tej muzyki.
Nic innego mnie nie interesuje.
Sam także tworzę amatorskie sety.
Piłka
2026-05-15 22:33W czasach gdy CR7 grał w Realu, ja zaczynałem karierę na budowie.
Na czarno robiłem ale szef dobrze płacił więc nie narzekałem a że mało piję i rzadko przychodzę pijany do roboty to jest ze mnie pożytek.
Któregoś dnia przychodzi szef i mówi do mnie, że ma dla mnie robote na innym obiekcie.
Okazało się że dzwonił Ronaldo i szukał firmy co mu ściany naciągnie i płytki w kiblu położy.
Dostałem kluczyki od Żuka i wyruszyłem do Hiszpanii.
Szef nikomu nie dawał prowadzić firmowego Żuka, to auto było oczkiem w głowie i klejnotem koronnym.
Nie będę tu o trasie opowiadał, po prostu, leciałem sobie cały czas autostradą i tyle.
Średnio cisnąłem 150-170 na godzinę, czasem pod 200 podchodziło gdy było pusto.
Żuczek elegancko sobie płynął po asfalcie.
Szef prosił abym nie przekraczał dwóch paczek ale korciło, oj korciło tym bardziej że Żuk rwał się do przodu, zapas mocy ogromny.
Po dojechaniu do Madrytu, zadzwoniłem do Ronaldo ale spał jeszcze więc podjechałem na śniadanie do restauracji.
Przepiórcze jajka w sosie z kaparów w posypce z łuski jesiotra oraz krem truflowy z suszonym rozmarynem i pigwą w karmelu.
Po śniadaniu pojechałem bezpośrednio do Ronaldo.
Opierdoliłem robotę w dwie godzinki i wróciłem do Polski aby wszystko na Chujni opisać.
Skończone 27 lat i poczucie spierdolonego życia
2026-05-15 22:33We wrześniu stuknęło mi 27 lat i… zaczyna się robić jedna wielka chujnia. Ze wszystkich znajomych z dawnych lat zostało mi dwóch (raz, dwa razy w w miesiącu wyjdziemy na rower czy browara). Jestem prawiczkiem oraz singlem, od zawsze byłem – niestety w kontaktach damsko męskich jestem pizdą, a wszystkiemu winna moja matka. Od zawsze byłem przez nią za prawie wszystko opierdalany, cokolwiek zrobiłem, nawet jak się postarałem, to zawsze znalazła jakiś drobny szczegół, żeby się dojebać. Jedynie z ojcem jako tako mam naprawdę dobry kontakt, często pomagam mu przy remoncie np. łazienki, razem jeździmy w podróże itp. Od nastoletnich czasów byłem wyszydzany i odtrącany przez stado z racji, iż miałem wtedy sporą nadwagę i byłem nieśmiały (dalej jestem, aczkolwiek w znacznie mniejszym stopniu) oraz dosyć biedny – wszyscy mieli markowe i drogie ciuchy (mieć oryginał Adidasa na początku XXI wieku w Polsce to było się bogaczem). Wszystkim tym pizdom i chujom, co ze mnie drwili w szkole życzę, aby do końca życia jebali w kamieniołomach kilofem za kromkę chleba. Karma wróci, chuje – wcześniej czy później. Jedyne pocieszenie, jakie sobie znajduję to to, że chociaż nie mam żadnych chorób ani wjebałem się w nałogi – nie palę ani nie piję. Osiągnięcia drobne mam – skończyłem szkołę średnią, mam prawko i dwa auta – chociaż oba mają prawie po 20 lat i co chwilę się jebią. Kurwa, przez tych podłych ludzi ze szkoły mam tak zrytą psychę, że czasem naprawdę myślałem o stryczku i skończeniu z tym wszystkim. Kurwa, ja pierdole!!!
Uprawiam sporty ekstremalne
2026-05-15 22:33Dużo się wspinam.
Ośmiotysięczniki zdobywałem bez tlenu, w trampkach i dresie.
Oczywiście bez aklimatyzacji.
Lecę samolotem do najbliższego miasta, potem helikopterem dostarczają mnie w miejsce, gdzie zaczynają się wszystkie wyprawy, wyskakuję ze spadochronem a po wylądowaniu od razu rozpoczynam atak szczytowy.
Nie zakładam obozów, nie robię przerw.
Kilka razy nawet zapomniałem odpiąć spadochron i ciągnął się na sam szczyt ale nawet nie zauważyłem tego.
Po zdobyciu szczytu, siadam na godzinkę, dwie i kontempluję panoramę.
Wstaję i rozpoczynam zejście ale najczęściej znajduję żleb i zjeżdżam na piętach lub tyłku.
Owszem, czasem się skaleczę o kamień ale cóż, wspinaczka wysokogórska wymaga poświęceń.
Lubię też nurkowanie.
Często nurkuję w Pacyfiku a szczególnie upodobałem sobie rów mariański
Schodziłem na samo dno wielokrotnie, bez akwalungu, tylko w czepku i okularach.
Cały czas na bezdechu.
Jeden oddech na powierzchni, spokojnie wystarcza na cały dzień nurkowania.
Najdłużej na dnie rowu mariańskiego przebywałem siedem godzin.
Wynurzyłem się tylko dlatego, że sikać mi się chciało a na tej głębokości nie można się odlać ze względu na ciśnienie wody.
Kolejną, ekstremalną dyscypliną, którą uwielbiam to loty orbitalne.
Startuję najczęściej z Florydy i czasem z Gujany Francuskiej.
Sam start jest relatywnie tani albowiem potrzebuję tylko silnik, na którego szczycie przyspawane jest barierka.
Wchodzę tam po drabince i startuję.
Przez cały lot, stoję i trzymam się barierki.
Na orbicie puszczam się i swobodnie okrążam Ziemię a gdy mi się znudzi lub zgłodnieję, to po prostu opuszczam orbitę i spadam swobodnie a wtedy, lubię celować w Pacyfik i prosto z orbity nurkuję na główkę i zatrzymuję się dopiero na dnie wspomnianego już rowu mariańskiego.
Nie muszę wspominać, że na orbitę zakładam jedynie krótkie spodenki i koszulkę.
Lubię też szachy i znaczki pocztowe.
Wkurwajacy sasiad za czesto spotykany.
2026-05-15 22:33Wkurwia mnie debilny sąsiad z osiedla. Mieszkam w blokowisku z żoną i mam po czterdziestce. Żyjemy swoim życiem i spoko. Jednak mam debilnego sąsiada taki chudy szczur-singiel po 40stce. Przesiaduje na podwórku przy samochodzie ale nigdy nic nie naprawia – poleruje lakier lub wietrzy kabinę. Kiedyś miałem na to wyjebane ot co niech będzie, ale nie wychodzę kupić piwo do sklepiku stoi. Idę wyrzucić śmieci to pali przy śmietniku albo zimą stoi na trawniku i rozmawia przez komórkę. Spotykam go w 90 procentach jak wychodzę w z domu a często tego nie robię. Ten gościu mieszka w sąsiednim bloku więc jest moim dalekim sąsiadem I kit kiedyś myślałem że to taki podstarzały bawidamik, ale ostatnio zaouważyłem że głównie zagaduje chłopców i mężczyzn. Baby ani szmuli żadnej z nim nie widziałem. Ostatnio (bo mieszka tu około 10 lat) uczepił się jakiegoś siwego dziada pod 60 tkę i jego żony co mają garaż i porshe. Pełni wobec nich chyba funkcję quasi lokaja bo widziałem jak im pomaga. Mnie też zagadywał chciał mi pomóc wnieść kanapę ale mu powiedziałem spadaj i sami z żoną wnieśliśmy. Nie chce mi się więcej pisać ale już mam jego mordy dość a ciągle ten flet przesiaduje koło domu.. Taka hujnia somsiedzka…
Komentarze do "Wkurwajacy sasiad za czesto spotykany."
-
chujowiczu! zarabiaj z kluu.pl, bez działalności gospodarczej, konto automatycznie weryfikowane
-
Odpowiedz
Ja to kurwa nigdy nie wychodzę „tylko” żeby wyrzucić śmieci. Muszę iść do sklepu, gdzieś wyjeżdżać albo najlepiej iść do pracy i worek zabieram przy okazji. Nigdy też nikt nie stoi przy „moim” śmietniku. To dobrze, bo przeważnie rzucam worek ze sporej odległości. Przeważnie trafiam do pojemnika. Rób tak jak, ja. Jak będziesz rzucał worek, to nikt nie będzie stał przy śmietniku. Nie ma też u mnie na osiedlu dziadów, którzy mają Porsche. Pijaków też praktycznie nie ma. Same poczciwe, średnio zarabiające, dość spokojne, tępe chuje.
00
Nie znoszę swojego brata, bo jest upośledzony
2026-05-15 22:33Nie jakoś bardzo. Lekko. Jednak na tyle, żeby uprzykrzało to codzienność. Nie przeprowadzi się z nim normalnej rozmowy. Nie pójdzie do sklepu zrobić zakupów, nawet jeżdżenia do szkoły autobusem trzeba go było nauczyć od zera, powtarzając to po parę razy. Nie łączy prostych faktów i nie rozumie poleceń. Raz gdy dostałem do sprawdzenia jego pracę domową(test ABC z biologii i chemii) to aż złapałem się za głowę, bo odpowiedzi były tak pojebane że jedyne co pozostało to śmiech. Oczywiście rodzina trzyma go pod kloszem. To ja jestem tym złym, bo go nie lubię, bo nie chcę się nim opiekować, bo jest mi zupełnie obcą osobą i zwracam uwagę na fakt, że papierek o upośledzeniu go na świecie nie ustawi.
A fakt, że całe życie byłem na drugim miejscu jako ten mniej ważny, bo on zabierał całą uwagę i miłość mojej rodziny nikogo nie obchodzi. Nie obchodzi nikogo moja niska samoocena od dzieciaka, depresja i problemy w kontaktach z ludźmi (nie potrafię budować relacji i mam fobię społeczną), co wykształciło się we mnie przez sytuację w domu.
Piszę to wszystko z żalu i tego, że nikt nie potrafi zrozumieć, co czasami czuje rodzeństwo takich osób. A wierzcie mi, że faktem jest to, że często taki brat czy siostra mają się samobiczować za to, że nie czują nic pozytywnego w odniesieniu do rodzeństwa i są za to gnojeni przez znajomych i rodzinę.
Dotyczące głupich komentarzy na temat wpisu o pirackiej telewizji
2026-05-15 22:33Po pierwsze, są kanały telewizyjne na których nie ma reklam. Tylko polaki-biedaki-cebulaki o tym nie wiedzą, ponieważ szczytem ich możliwości jest wydanie 15 zł miesięcznie za Eleven na których jest ich napierdolone jak ozdoby świąteczne na choince.
Na przykład są to kanały Polsat Sport Premium i kanały tematyczne MTV (które kosztują dużo więcej niż ta patosieczka na MTV Polska).
Ale skąd możecie o tym wiedzieć?
Co do tego, że wymieniłem na pierwszym miejscu Ekstraklasę w 4K HDR w poprzedniej chujni. Zrobiłem to dlatego, że jednak jest dużo spotkań z tej ligi w 4K i wyglądają najlepiej – lepiej niż taka hiszpańska, czy włoska.
Szczytem waszych możliwości jest kurwa 4K z YouTube, które obok dobrego Full HD nie stało. Dużo osób się śmiało z Super HD w Polsat Sport Premium, ale jednak to była jakość (fakt, że na satelicie, czy sieciach kablowych, bo w streamingu Polsatu to nie).
Przez cebulaczków, którzy nie rozumieją, że inflacja wpierdala wam kapitał, pieniądze są nędzną imitacją i symbolem.
Kiedyś CANAL+ kosztował coś ok. 45 zł miesięcznie, w ciągu 20 lat cena praktycznie się nie zmieniła. 20 zł miesięcznie wzrostu ceny to dużo? Serio wolicie wydać to na alkohol i fajki – ile wam to wyjdzie. No chyba, że ktoś ma spierdoloną kablówkę, która nie chce dodać nowych kanałów z CANAL+ i nie doda np. Play.
Ale mimo to was ratują i dają mecze LM drugiego wyboru w CANAL+ 360, jak kiedyś na nSport.
Pamiętam jak kibice chcieli Mistrzostw Świata w siatkówce za darmo w naziemnej telewizji. A Polsat to fundacja charytatywna? Ich abonenci mieli za darmo, jak przedłużyli umowę z operatorem.
Komentarze do "Dotyczące głupich komentarzy na temat wpisu o pirackiej telewizji"
-
chujowiczu! zarabiaj z kluu.pl, bez działalności gospodarczej, konto automatycznie weryfikowane
-
Odpowiedz
Spierdalaj
00 -
Odpowiedz
Super, ale dla mnie telewizja i radio to przeżytek, w dodatku czasem jeszcze taki przez który trafia propaganda rządu.
Hałas i bezustanna paplanina.
Gdyby kobieta tyle mówiła to pewnie dawno by ją ktoś uciszył.
Wolę gazety.
W internecie sam sobie dobieram treści, w gazecie też, a gdybym chciał posłuchać radia to nie trzeba do tego odbiornika radiowego.
Teleturnieje z reklamami, ale kij, ważne, że jak do kibla nie gnam, a co do bajek, w porównaniu do tego co było wcześniej to niemal na pewno jest regres.
Można pójść do kina albo kupić sobie film.00
Afera w samolocie LOT
2026-05-15 22:33Jakiś zagraniczny dziennikarz, chyba brytyjski, który jest niepełnosprawny i jeździ na wózku, opisał swój lot naszym samolotem.
Mówi, że musiał się czołgać po podłodze do ubikacji bo na pokładzie nie było wózka inwalidzkiego.
W sumie, to nie wiem, jak wygląda kwestia takich osób w samolotach ale mnie co innego zastanawia.
W jaki sposób wsiadł do tego samolotu, jak dotarł na swoje miejsce, jak z niego wysiadł i czemu nie opisał tego faktu a jedynie, swoją drogę do kibla ?
Dla mnie, ta jego opowieść jest niewiarygodna.
Afrykańska przygoda
2026-05-15 22:33Jakiś czas temu, byłem na kontrakcie w Senegalu.
Praca w szeroko pojętej energetyce, mniejsza o szczegóły.
W każdym razie, był to mój pierwszy, tego typu wyjazd i w dodatku do egzotycznego kraju.
Cieszyłem się na jak dzieciak.
Zacząłem czytać o Senegalu i oglądać filmy bo chciałem dowiedzieć się jak najwięcej o miejscu, gdzie będę mieszkał przez najbliższe pół roku.
Podróż była dość męcząca bo z Polski, nie było i chyba nadal nie ma bezpośrednich lotów do Senegalu.
Najpierw poleciałem do Niemiec i dopiero stamtąd, miałem bezpośredni samolot do Dakaru, stolicy Senegalu a co ciekawe, połączenie było obsługiwane przez tureckie linie lotnicze.
Nie wnikałem dlaczego i w sumie, nie miało to dla mnie znaczenia.
Ciekawa podróż zaczęła się jednak dopiero w Afryce.
Najpierw był problem ze znalezieniem człowieka, który czekał na mnie z kartką, zupełnie jak w filmach.
Okazało się, że pasażerowie wyszli innym „gejtem” niż podano do wiadomości i zrobiło się zamieszanie, bo przy nowym wyjściu czekała grupa ludzi na inny samolot, który miał opóźnienie.
W końcu, udało się spotkać i razem udaliśmy się na kolejny samolot, tym razem do mniejszej miejscowości.
Był to stary Antonov, pamiętający jeszcze czasy Breżniewa.
Pasażerów było czterech, ja i mój nowy towarzysz oraz jakichś dwóch gości, których nie znaliśmy i w ogóle z nimi nie rozmawialiśmy.
Oni z resztą, gadali ze sobą po francusku i prawdę mówiąc, nie wiem kim byli.
Sporo latam służbowo ale taką maszyną, leciałem pierwszy raz w życiu i jak się okazało, nie ostatni.
Przyznam, że miałem lekkiego stracha bo samolot nie dość że stary to nie wyglądał na w pełni sprawny i zadbany.
Miał trochę ubytków lakieru, jakieś przybrudzenia a nawet nitowaną, sporą łatę z boku kadłuba.
No, nie wyglądał dobrze.
Poza dwoma pilotami, starszym Azjatą, pewnie jakiś emerytowany pilot z Korei lub Chin oraz dużo młodszy, czarny jegomość, raczej miejscowy.
Widać było wyraźnie, że Azjata był tam szefem i wszyscy się go słuchali a sam, robił dobre wrażenie i wyglądał na rozsądnego i doświadczonego pilota.
Młodszy, był raczej na początku kariery lotniczej.
Tych dwóch pilotów, stanowiło jedyną załogę i nikogo więcej z personelu, z nami nie było.
Jeden z pilotów, ten młodszy, poinstruował nas, co i jak i wrócił do kokpitu, który z resztą, był cały czas otwarty a właściwie, nie miał drzwi w ogóle a jedynie małe przepierzenie z zasłonką, która była związana na supeł i zarzucona na za jakąś poręcz.
W samolocie nie było kibla czy poczęstunku.
Jedynie po butelce wody, którą ktoś wcześniej położył na fotelach.
Lot miał trwać niecałą godzinę więc bez kibla da się wytrzymać.
Największy stres miałem gdy rozpoczęło się przygotowanie do startu.
Piloci zapuścili silniki i dostali zgodę na kołowanie.
Dźwięk tych silników, o dziwo wydał mi się wyjątkowo spokojny i cichy, spodziewałem się ogromnego hałasu jaki panuje w ruskich helikopterach.
Raz leciałem Mi8 i tam własnych myśli nie słychać i bez interkomu nie ma szans na rozmowę.
Czar prysł jednak w chwili rozpoczęcia startu, gdy silniki weszły na pełną moc startową.
Wówczas cały kadłub wpadł w wibracje a hałas stał się niewiele mniejszy niż we wspomnianym helikopterze.
Dopiero w powietrzu, gdy piloci nieco odpuścili moc, wszystko się w miarę ustabilizowało.
Lecieliśmy na pułapie 4000m i ani metra wyżej a to ze względu na fakt, że kadłub nie był hermetyczny.
Kapitan, mówił na głos o każdej zmianie prędkości czy wysokości.
Widocznie zależało mu na tym, aby pasażerowie mieli świadomość sytuacji a może taki miał obowiązek, nie wiem.
Nie było jednak to, co robią w Japonii, gdy piloci czy maszyniści pociągów, na głos powtarzają czynności i napotkane znaki.
Robią to nawet w sytuacji, gdy w kabinie są sami.
Nasz Azjatycki pilot mówił to wyraźnie do pasażerów bo zawsze odwracał się do nas, gdy podawał jakiś komunikat.
Młodszy pilot, Senegalczyk, rozmawiał jedynie z kapitanem i do nas, nie odzywał się wcale, poza małą instrukcją przed startem.
Piękne widoki miałem za oknem, nie było zachmurzenia a popołudniowe słońce, które powoli zmierzało ku zachodowi, nadawało niesamowitej barwy i człowiek miał wrażenie, że w tej chwili, cały świat tak wygląda.
Przed lądowaniem, zrobiliśmy szerokie koło nad lotniskiem bo trzeba było siadać od przeciwnej strony, niż przylecieliśmy.
Samo lądowanie było bardzo delikatne, żadnego uderzenia i podskakiwania.
Ciekawe było to lotnisko.
Dość krótki pas ziemny i dwa baraki.
Jeden pełnił rolę terminala a drugi, pewnie hangaru.
Był zamknięty i nie wiem, co w nim było.
Przy lądowaniu, samolot zostawił za sobą tumany kurzu, które na skutek zmiany kierunku wiatru, dogoniły nas i momentalnie znaleźliśmy się w wielkiej chmurze, szaro żółtego pyłu.
Niestety, nastąpiło to już po wyjściu więc wszyscy byliśmy nieźle umorusani i każdy pluł piachem, dosłownie.
Nie był to jednak koniec podróży bo przed lotniskiem, czekał na nas mały bus.
Samo lotnisko z resztą pełniło rolę centrum miejscowości.
Był tam bazar, przystanek autobusów, posterunek policji, przychodnia, szkoła dla dzieci i jakieś małe warsztaty usługowe.
Można powiedzieć, że całe życie kręciło się wokół lotniska i przez cały dzień, mieszkańcy przebywali w jego pobliżu a na pas startowy, można było wejść z każdej strony bo obiekt nie był nawet ogrodzony.
W pobliżu samego pasa, kręciły się psy i bawoły.
Klimat jak z filmów Indiana Jones lub podróży Tonyego Halika.
Wsiedliśmy do zdezelowanej Toyoty i ruszyliśmy do miejsca docelowego.
Droga trwała dość długo ale nie ze względu na odległość ale jakość drogi oraz różne trudności napotkane po drodze.
Na przykład duża ciężarówka, której kierowca niefortunnie złapał pobocze i naczepę ściągnęło mu do rowu.
Nie mógł o własnych siłach wyrwać się z potrzasku a samochód tak się ustawił, że nie dało się przejechać.
Wysiedliśmy wszyscy i solidarnie, zabraliśmy się za wypychanie pojazdu ale był za ciężki, nie dawaliśmy rady.
Po niedługim czasie jednak, przyjechała inna ciężarówka i wyciągnęła kolegę.
Droga odblokowana, można było jechać dalej.
Później jeszcze trzeba było dotankować z baniaka oraz poczekać aż przejdzie stado krów, które pędzono z pastwiska do zagrody.
Po dojechaniu na miejsce, byłem tak padnięty, że praktycznie od razu rzuciłem się na wyro i zasnąłem, nie obejrzałem nawet pokoju, w którym mnie zakwaterowano.
Rano, obudził mnie jazgot papug i silnik jakiegoś motocykla bez tłumika, który warkotał na całą okolicę.
Naszego busika już nie było a wokół rozpościerał się przepiękny widok i wspaniała przyroda Afryki.
Miło wspominam ten wyjazd, to na prawdę był fajny czas i niesamowita przygoda.
Tak sobie myślę, że chętnie wybrałbym się tą samą trasą ale tym razem prywatnie, turystycznie a mając czas, mógłbym dopiero docenić to wszystko.
Nie mam tylko pojęcia, czy to lotnisko nadal istnieje, czy Antonov jeszcze lata i czy jeżdżą busiki.
To wszystko, działo się dwadzieścia lat temu ale pamiętam, jakby to było wczoraj.
Przestroga dla każdego właściciela psa w celach informacyjnych
2026-05-15 22:33Mój pies nie jest agresywny bez powodu. Bardzo lubi dzieci których w domu mam dwójkę. Jest to mieszanka belga i niemca, więc gabaryty spore. Owa rzecz wydarzyła się w pewnej anonimowej przestrzeni publicznej, jakich pełno w całej Polsce. Pies na smyczy i w kagańcu – niestandardowym, bo pies był uczony nie tylko gryzienia, ale również bicia kagańcem. W pewnym momencie słyszę „Brajanku, biegnij pogłaskać pieska”. Jak to usłyszałem, to aż krew się we mnie zagotowała bo nienawidzę idiotów, którzy nigdy nie nabyli zdolności myślenia przyczynowo-skutkowego. Usłyszała moją informację zwrotną, że pies może zrobić krzywdę, więc proszę pilnować dziecka. Madka standardowo, że „jak agresywny, to uśpić”. Dzieciak widocznie przyzwyczajony do kretynizmu madki, bo biegnie niestrudzony, nie bacząc na moje ostrzeżenia. W momencie, gdy już chciał scapić mojego psa, został przeze mnie złapany za rękaw i trzymany na długość ręki. Skonsternowany nie wiedział co zrobić, więc obejrzał się za swoją bezmózgą rodzicielką. A ta biegnie i wrzeszczy, żeby nie dotykać „Brajanka”, bo co to ma znaczyć?! Wyrwała dzieciaka z mojego uchwytu i zaczęła wygrażać, że na policję zadzwoni, bo nie wolno obcych dzieci łapać. Tak się składa, że moja obecność w owej przestrzeni publicznej była owszem, cywilna, ale służbowa. Na widok mojej legitymacji zrzędła jej mina. Sprawa została przekazana dalej, ze względu na Art.160 paragraf 1-3. Prawdopodobnie skończy się na grzywnie i dozorze opieki społecznej.
Drodzy właściciele psów, jeśli wyraźnie informujecie o potencjalnym zagrożeniu, jakie może wystąpić dla osoby małoletniej w wyniku kontaktu z Waszym psem, a osoba, pod której opieką owy małoletni się znajduje, nie reaguje w sposób, który świadczy o trosce o zdrowie i życie podopiecznego – nie bójcie się policji. Ta osoba stanowi zagrożenie dla zdrowia i życia dziecka – grzywna i dozór są konieczne, aby być może w przyszłości nie doszło do tragedii. Sprawę ułatwia fakt, iż osoby takie często same chcą wzywać służby porządkowe. A tłumaczenie, że „to dziecko, a dziecku nie wytłumaczysz, to bujda na resorach”. Moje dzieci od malutkiego są nauczone, że należy z bezpiecznej odległości spytać, czy wolno podejść i pogłaskać psa. Nigdy się nie zdarzyło, aby po usłyszeniu odpowiedzi odmownej próbowały podejść lub chociażby były smutne. Wiele razy słyszały, że psy są dokładnie takie same jak ludzie – jedni lubią wszystkich, inni stresują się zbyt dużym zainteresowaniem. A dzieci nie chcą, żeby piesek się bał lub denerwował. Każda matka wie jak dziecku to przekazać od najmłodszych lat. A wy madki, odłóżcie smartfony i zajmijcie się własnym potomstwem. Nie zostałyście nietykalnymi i świętymi krowami, będącymi ponad prawem tylko dlatego, że urodziłyście.
Komentarze do "Przestroga dla każdego właściciela psa w celach informacyjnych"
-
chujowiczu! zarabiaj z kluu.pl, bez działalności gospodarczej, konto automatycznie weryfikowane
-
Odpowiedz
Najbardziej lubię psu typu wilkowatego. Nie jest łatwo „ułożyć” takiego osobnika, ale jeśli się uda, to będzie prawdziwym przyjacielem. Trzeba mu poświęcić trochę czasu, ale on umie to docenić i nie domaga się uwagi na siłę. Wspaniałe zwierzęta.
00

Potwierdzam. Tego samego dnia robiłem u Cristiano elektrykę. Zaraz po mnie przyjechał Wiesiek od hydrauliki. Cristiano zostawił nam niezłe napiwki, prosił tylko, żeby nikt z ekipy nie zakładał koszulki Messiego. Równy gościu, tylko strasznie zalatany.
Był tu większy potencjał.