Nie wiem jak to wszystko ubrać w słowa, bo trudno jest napisać o kilku latach swojego życia i o uczuciach, które mi towarzyszą. Jednak muszę to z siebie wyrzucić, bo nie mam komu Mam 33 lata, mąż jest ode mnie starszy kilka lat. Zaraz po ślubie przeprowadziłam się do niego do małej mieściny, z dala od rodziny, za to blisko teściów, ale to temat na osobną chujnię. Niedługo będzie rocznica (10 lat) i nie wiem czy nie lepszym świętowaniem byłby rozwód. Jestem młodą osobą, czuję się młodo, w zasadzie powinnam rozkwitać. A jak jest? Budzę się z myślą, że nic mnie nie czeka i zasypiam wiedząc, że kolejny dzień będzie taki sam. Jeszcze na początku małżeństwa, czy nawet przed, były jakieś plany, marzenia. Może był we mnie zakochany to i się poddawał mojemu „optymizmowi”, teraz nic z tego nie zostało. Jestem człowiekiem, który żyje bez sensu, który nie ma dla kogo żyć. Nie spełniam się w żadnej roli i mój mąż niczego ode mnie nie oczekuje, mogłabym nie istnieć. Mieszkamy razem jakbyśmy byli współlokatorami. Dzielimy tylko kredyt i wspólne finanse. Może opiszę kilka przykładów, to będzie łatwiej mnie zrozumieć. 1. „Ja jako kobieta”. Czuję, że rozrywa mnie od środka, że żyję jak słomiana wdowa. Jestem szczupła (mam jędrne ciało), wysoka, i wg tego, co czasami usłyszę od mężczyzn, atrakcyjna. Tym bardziej nie mogę zrozumieć, dlaczego nie interesuje się mną mój mąż. Pytałam kiedyś czy może woli mężczyzn, ale nie odpowiedział. Generalnie on nigdy na nic nie odpowiada. W sumie, jaka bym nie była, od czasu do czasu miło jest poczuć się atrakcyjną i adorowaną. Pamiętam jak kiedyś wybraliśmy się na większą imprezę do lokalu ze znajomymi. Założyłam sexy mini, szpilki, poleciałam do fryzjera i kosmetyczki na profesjonalny makijaż. Sama kosmetyczka się ekscytowała, że takiej to na pewno mnie mąż nie pozna i mu szczęka opadnie. Wiedziałam, że nic takiego się nie stanie, w co nie mogła uwierzyć i aż prosiła, żeby jej wysłać smsa o jego reakcji. No i wysłałam : „Ale masz duże oczy” – tyle. Dobrze, że mogłam liczyć na kumpli i ich naprawdę szczere komplementy, co w sumie i tak tylko pogłębiło mój smutek, uświadamiając mi, że najbliższa osoba ma w dupie jak wyglądam. Zawsze jak gdzieś wychodzę i staram się wyglądać super (czasem tylko po to by zwrócił uwagę), on nigdy tego nie zauważa. Nie interesuje go nawet, po co się ubrałam ładniej niż zwykle. Każdy fryzjer, makijaż, nowy ciuch itd. pozostaje bez echa. Tak więc: bez różnicy, nie ma sensu. Jeśli chodzi o seks, to w tym roku był raz na początku lutego, w zeszłym roku nie pamiętam, ale na pewno nie częściej niż raz na dwa miesiące. Nie chodzimy za rękę, nawet przypadkowo nie muskamy się w przejściu, itd. nie ma między nami kontaktu cielesnego. Pokazując mu nawet kawałek pośladka, czy piersi pod pretekstem, że chyba mam jakieś znamię, to skwituje, że nie zauważył żadnych zmian i wróci do swoich zajęć. Ktoś z boku mógłby pomyśleć, że jesteśmy rodzeństwem – kiedyś nawet jedna osoba zapytała o to. Czasami zastanawiam się, jakby to było, gdybym poznała jakiegoś mężczyznę i czy bym mu nie uległa, nawet jeśli miałabym potem żałować. Jednak wolę te myśli rozganiać, bo znowu uświadamiam sobie w jakiej jestem czarnej dupie, skoro leżąc obok faceta, chciałabym poznać innego. Frustracja sięga zenitu. 2. „Ja jako matka”. Matką nie jestem, on nie chce dzieci. Ja sama już nie wiem, ale nie będę pisać o rozterkach, bo chyba każdy je ma, kto się zastanawia nad tym tematem. Chodzi o sam fakt, że on nie chce i w ten oto sposób jest kolejny argument pokazujący, jak ten związek jest nieprzyszłościowy (przed ślubem nie był taki stanowczy). Zapewne gdybym była z mężczyzną, który by te dzieci chciał, to pewnie byśmy je mieli, czy swoje czy adoptowane. Będąc z tym, którym jestem, czuję się tak samotna i bez wsparcia, że to głównie powoduje moje wątpliwości, co do ich posiadania. I to jest właśnie to, ta samotność, tak przykra, bo jednak teoretycznie nie jestem sama. 3. „Ja jako kucharka/sprzątaczka/praczka, etc.” Każda z tych ról jest mi nie potrzebna. Od kilku tygodni gotuję sama dla siebie. Czemu tak wyszło, to za dużo pisać, ale nawet wcześniej czy bym zrobiła coś czy nie, to pozostawało bez reakcji. Nawet teraz, gdy pytam czy coś chce, bo np. wyszło mi więcej koktajlu niż zwykle, odpowiada „mogę chcieć”. Sam z siebie też nie poprosi, żeby zrobić mu jakiś przysmak. Kiedy zdarzyło się, że mówiłam, że nie dam rady zrobić obiadu i trzeba coś kupić, to odpowiadał, że on nie potrzebuje, o moich potrzebach nawet nie myśląc. Nigdy nie powie, żeby mu coś uprać. Najwyżej będzie w tym chodził, aż mu się rozleci. A cała szafka czystych ciuchów, które mu uprałam kilka tygodni do tyłu. Jeśli chciałabym, żeby sobie kupił nowe spodnie to zawsze jest odpowiedź, że mu nie potrzebne. Chodzi w ciuchach z ciucholandu, które mu kupuje matka, a które często wyglądają jak damskie w dużych rozmiarach (np. koszulki), lub spodnie jak dla 70-latka (czyli kupowane na jego ojca). Odpuściłam i się nie wtrącam. W domu nigdy nie sprząta, no może czasami zamiecie na szybko jak wie, że ma przyjść jego matka. Wszystkie porządki w domu wykonuję ja, od czasu do czasu zaoferuje się, tzn. dwa razy w roku przed świętami, czy MI (!) nie odkurzyć dywanu. Nie chodzi jednak o to, że on nic nie robi, tylko o to, że on mnie nie potrzebuje nawet do utrzymania porządku w domu jako sprzątaczki, a nawet już nie myślę, że to on mógłby chcieć zrobić coś dla mnie. Mogę nie gotować, nie sprzątać, nie prać – moja rola osoby dbającej o „domowe ognisko” jest niepotrzebna. On żyje sam dla siebie i nawet ostatnio, gdy po raz kolejny mu przedstawiałam sytuację naszego małżeństwa, przyznał mi rację. Kiedyś się wkurwiłam i w Wigilię wyprowadziłam. Ten świąteczny, rodzinny czas tylko mnie dobijał pokazując moją chujnię. Starałam się wszystko ogarnąć, łącznie z ozdobami świątecznymi (taki człowiek głupi i sobie sam pozory sprawia), a on siedział i książkę czytał. Jak wróciłam po kilku dniach zapytał gdzie byłam, po mojej odpowiedzi, że przecież i tak go to nie obchodzi, nie było więcej tematu. 4. „Ja jako jednostka społeczna”. Obecnie nie pracuję, tzn. pracuję, ale dorywczo. Nigdy nie powiedział, żebym znalazła pracę, albo, żebym nie pracowała – jest mu to obojętne. Mogłabym cały dzień leżeć pod kołdrą i nawet nie spytałby czy coś mi się stało, albo nie opierdolił, że mam się wziąć za siebie. Kiedyś też nie mogłam pojąć jak można zareagować w następujący sposób – znalazłam sobie pracę i to dosyć dobrą i abstrahując od tego, że wiązało się to z lepszą sytuacją finansową, był powód do radości, bo żona znalazła sobie sama pracę. To co on zrobił? Podszedł, uścisnął mi dłoń, powiedział „gratuluję” obrócił się i poszedł sobie. Jakbym była jakąś obcą osobą na ulicy, która chwali się przypadkowemu przechodniowi, że właśnie nastał jej szczęśliwy dzień. Kiedyś chciałam, żebyśmy razem stworzyli swój biznes, wykonujemy nawet podobne zawody. Jednak on już wie, że się nie uda, że się nie opłaca, itp. W zasadzie to każdy mój pomysł niszczy zanim jeszcze się dobrze zrodzi. Nigdy nie powie, chociażby w kłamstwie, że będzie dobrze, że się uda, że dasz radę. Dlatego nie dość, że odebrał mi moje nadzieje na lepsze jutro, to jeszcze spowodował, że sama zaczynam myśleć tak, że nie dam rady, w niczym. Coraz bardziej zapadam się w tej mojej chujni, nie widzę światła w tunelu, raczej myślę, czy Bóg nie zesłałby na mnie jakiejś choroby i ukrócił mój bezsensowny żywot. Jestem takim niepotrzebnym człowiekiem w cudzym życiu. Nie chce mi się nic robić dla siebie, miałam hobby (hodowałam kwiaty), ale nic z tego nie zostało. Próbuję biegać regularnie, ale przychodzą dni, że nie chcę wychodzić z domu, zamykam się w pokoju. Żyjemy obok siebie, bez emocji. Od czasu do czasu budzi się we mnie bunt i wymieniam mu po kolei co jest z nami nie tak, ale to nic nie zmienia, po prostu równie dobrze mogłabym mówić do ściany. Tyle, żeby nie za głośno, bo wtedy słyszę, że jestem prymitywem i chamem – co ciekawe, gdy zaczynam rozmowę spokojnie, nie odpowiada. Czasem w drugą stronę, biorę na przetrzymanie i po prostu się nie odzywam – dla niego nie ma różnicy, nie spyta, co się dzieje. Żyję w jakimś zawieszeniu i jak tak teraz piszę/czytam moje wypociny to niestety rysuje mi się obraz rozstania. Niestety, bo przecież nie tak sobie człowiek wyobrażał to życie w małżeństwie. Gdybym nie była mężatką, to przynajmniej miałabym wolną rękę do poznania kogoś, a tak to jednak moje poczucie przyzwoitości mi na to nie pozwala.
Czy to jest jeszcze małżeństwo, czy tylko pozory?
2016-04-22 17:355
2
U mnie to samo. Wspolczuje. Mój jest obojętny a jak mu próbuję cis powiedzieć to nawet agresywny. Rozwód źle ale np. na terapię małżeńską tez nie pójdzie.
On chyba ma zaburzenia osobowości. Przypuszczam, że ma osobowość schizoidalną. Nie zmieni się, niestety. Niekoniecznie musi być gejem. Jedynym ratunkiem jest opuszczenie go. Niewiele się zmieni bo on i tak nigdy nie będzie z Tobą blisko. Nie potrafi. Już taki jest, nie zadziałają na niego żadne, ale to żadne sposoby wywołujące emocje w stylu zazdrości, zdenerwowania go. Jesteś jeszcze w wieku, że możesz wszystko, tym bardziej, że chcesz być matką. Niech to będzie Twój czas. Dasz radę, on i tak Cię w niczym nie wspiera. Rozstanie to jedyna opcja, jak go zaczniesz zdradzać to skończy się to tylko Twoim cierpieniem, on nic nie poczuje.. Uciekaj jak najszybciej. Ja też mam 33 lata jestem sama i dobrze sobie radzę, myślę, że Ty mając męża jesteś bardziej samotna niż ja. Naprawdę uwierz w siebie, ja w Ciebie wierzę
hmmm Twoja wada polega na tym że jesteś żoną. Widzisz mam żona o ponad 12 lat młodszą jestem z nia 5 lat i chujnia na chujni pukac jej mi sie nie chce bo jak zacznie pierdzielic to masakra.. a inne ołłjea czemu? -bo nie sa żonami nie ma się ich na plecach ciągle …
Uciekaj dziewczyno,i huj z przyzwoitością,wszystkich innych trzymaj na dystans tak długo jak tylko możesz i pamiętaj to ty jesteś księżniczką,a te kacapy niech cię próbują zdobyć i nie żałuj sobie niczego….
Jeśli macie ślub kościelny, to wygląda, że jest nieważny – koleś oszukał w różnych kwestiach. Samo „zgadzanie się na dzieci przed ślubem, a NIE po ślubie” oznacza najpewniej oszustwo przedślubne w tej kwestii. Rozpoznaj z jakimś prawnikiem od prawa kościelnego, powodzenia!
Jak czytam Twoje wypociny to jak bym słuchał swojej jebniętej baby. Dziwisz sie ze nie chce ci pukać a kurwa w tym pustym łbie rozważasz opcje ze jestes pojebana żmiją i chuj z tym jak wyglądasz z nalepką żmiji będziesz i tak czarownicą. Kurwa jarają cie komplementy kumpli a wiesz czemu je słyszysz ? bo jeszcze cie nie wydupczyli albo dupczyli bardzo dawno temu i zapomnieli jak dajesz… ot cała filozofia tempa dzido