Od czego zacząć… Znów będzie długie… No ale postaram się streszczać.
Kilkanaście lat temu zarabiało mi się na poziomie, przy którym oko bieleje. Wszystko było fajnie dopóki kryzys i kilka innych rzeczy nie złożyły się razem do kupy i nie sprowadziły mnie z powrotem do punktu wyjścia.
Przez parę ostatnich lat próbowałem sobie zorganizować pewną działalność gospodarczą, która pozwoliłaby mi wrócić do poprzedniego poziomu zarobków i spełnić wszystkie inne zamierzenia, bo bez tego ani rusz. Problem jednak rozbijał się o kwestię podstawową: brak odpowiedniej ilości kasy. No spróbujcie zrobić coś z niczego.
W końcu udało mi się zdobyć kwotę, która powinna pozwolić mi na realizację planów w wersji minimalnej (od czegoś trzeba zacząć). I tu się zaczyna mój obecny problem…
Sprawa wygląda tak. Mam pomysł na produkowanie pewnej rzeczy i praktycznie wszystkie formalności niezbędne do rozpoczęcia tej działalności już są załatwione (ile mnie to kosztowało czasu, nerwów, zdrowia i kasy to już sobie daruję nawet wspominać). Jedyne czego nie mam to możliwości samej produkcji…
Tego typu produkcję można jednak zlecić innej firmie. Sęk jednak w tym, że obowiązują minimalne zamówienia. A te są duże jak na początek. W końcu jednak, po jakimś czasie spędzonym na poszukiwaniach, znalazłem firmę, która przyjęłaby ode mnie to zlecenie. Po dwóch tygodniach rozmyśliła się, bo zażyczyła sobie minimalnego zamówienia przynajmniej czterokrotnie większego niż pierwotnie. To zaś jest poza moimi obecnymi możliwościami finansowymi. Z kolei firma (po kolejnym tygodniu zmarnowanym na poszukiwaniach), która byłaby chętna do współpracy, nie ma odpowiedniej linii produkcyjnej, przez co produkt musiałby ulec poważnej modyfikacji, czego nie chcę robić, bo się wtedy prawdopodobnie nie sprzeda.
No i efekt jest taki, że nie mogę ruszyć. Aczkolwiek jest jeszcze szansa, że znajdę innego wykonawcę (znów będę szukał, mam przy tym nadzieję na pewną pomoc kogoś z pokrewnej branży, może przy jego kontaktach znajdzie się chętna do współpracy firma). I taki jest stan na dzień dzisiejszy.
Powiecie: „to w czym rzecz?” Ano już nawijam.
Z dwa miesiące temu przypadek sprawił, że zainteresowałem się kompletnie inną branżą do tej mojej planowanej, w której tyle kłód musiałem pokonać i dalej nie wiadomo, czy wszystko zagra jak trzeba. Po przyjrzeniu się jej i przemyśleniach (pomysł przez te dwa miesiące sobie dojrzewał), doszedłem do wniosku, że żałuję, że nie popatrzyłem na tę branżę wcześniej pod takim kątem, jak teraz na nią patrzę. Bo już bym w niej od dawna siedział. Na szczęście wygląda na to, że ten rynek się dopiero rozkręca i rzecz ma naprawdę duże perspektywy. Stąd jeszcze z tydzień temu plan był taki, że mój pomysł, ten koło którego latam od tych paru lat, a który potrzebuje tylko podwykonawcy z odpowiednimi liniami produkcyjnymi, dopnę do końca i gdy zacznie przynosić jakieś pierwsze dochody, to równolegle złapię się za tą drugą branżę, z którą przypadkowo się zetknąłem.
Ale wczoraj dotarło do mnie, że może źle do tego podszedłem. Że może trzeba zrobić na odwrót -najpierw zająć się tą nową branżą (bo jest łatwiejsza do ogarnięcia -nie trzeba nic produkować, szukać podwykonawców, użerać się z sanepidem, czekać na łaskawą zapłatę za wystawione faktury itd.) a dopiero potem za to co pierwotnie planowałem, bo ta nowa branża ma sporą stopę zwrotu i ten interes zacznie się dobrze kręcić w ciągu 2-3 miesięcy. Tym samym dzięki niemu powinienem móc zarobić na to, by bez trudu spełnić wymogi tych minimalnych zamówień, jakich ode mnie wymagano, a może nawet postawić własny zakład (Łódzki Wydział Fabryczny… -jak słowo daję, jak kiedyś się to ziści, to sobie taką tabliczkę wymaluję i gdzieś w kącie zamontuję ;)) i produkować bez łaski to, co pierwotnie chciałem, równolegle prowadząc ten biznes z „nowej branży” (i może jeszcze coś innego, bo pomysłów jest sporo…).
Powiecie: „no to w czym problem?”
A bo widzicie.
Po pierwsze, z tym moim pierwszym pomysłem zabrnąłem tak daleko, że już „widać metę”. Po kilku latach dopiąłbym celu, a potem spokojnie zabrał się za resztę.
Po drugie, ten drugi pomysł, choć naprawdę bardzo obiecujący, może nie wypalić, bo przecież zawsze trzeba zakładać, że coś się jednak spieprzy (albo będzie mniej przynosił zysku i tym samym uniemożliwi mi pierwotne zamiary, albo przynajmniej przesunie je w realizacji nawet o lata). Wtedy nie będę mógł wrócić do tego, co początkowo planowałem, bo nie będę miał kasy na realizację. Z drugiej jednak strony także i to co chciałem produkować (pomysł nr 1) jest obarczone podobnym ryzykiem (Plus dodatkowo, tym, że pierwszy pomysł jest oparty na produkcji i sprzedaży hurtowej a drugi na detalicznej. Różnica w tym jest o tyle istotna, że detaliści płacą od ręki a hurtem odbierający towar kontrahenci robią często łachę, że zapłacą. To na początku jest znacznym ryzykiem, bo jeden nieuczciwy kontrahent, który wziął towar wyprodukowany praktycznie za całą twoją kasę, rozpierdoli ci cały biznes. Cóż, witamy w Bananalandzie.).
Po trzecie w końcu -i tu jest prawdziwa zagwozdka- teoretycznie kasy wystarczy na obie rzeczy jednocześnie. Sęk jednak w tym, że starczy „na styk”. Innymi słowy, jak coś się pokręci, to z braku funduszy w pizdu pójdą oba projekty.
Kapujecie więc dylemat.
No i teraz muszę -jak ten osioł, co mu w żłoby dano- wybrać to, co byłoby nie tylko najkorzystniejsze ale miało największe szanse powodzenia na starcie. I nie wiem, na co się zdecydować. Obie rzeczy kuszą. Obie mają 'ręce i nogi”. Dodatkowo dobrnięcie do miejsca, w którym jestem w przypadku tego pierwszego pomysłu, zajęło mi tyle czasu i kosztowało mnie tak dużo, że szkoda mi to odwiesić na kołku na, przynajmniej, parę miesięcy.
O szczegółach w stylu: „co to” i „w jaki sposób robione” wam nie powiem, bo w tej sytuacji zwyczajnie nie mogę -priorytety.
Chujnia więc polega na tym, że stoję w miejscu i nie mogę się zdecydować, co wybrać. Oraz na tym, że gdybym miał około 30 tys więcej, zrobiłbym obie te rzeczy bez zastanowienia i na wszystko by mi starczyło. Niby kwota niewielka, zważywszy na skalę przedsięwzięcia i spodziewane zyski, ale nie do zdobycia „na już” (uprzedzając pytania, do banku nie mam po co iść).
Anyway, coś w końcu wybiorę. Martwi mnie tylko, że jak źle wybiorę, to potem będzie mnie to prześladować w myślach do usranej śmierci a wszystkie plany szlag trafi.
Ale jak się uda, to Łódzki Wydział Fabryczny przy tym zblednie (przy okazji, pozdrowienia dla wszystkich mesiowych podrób; nie, nie złożę podania, CV i nie dołączę trzech stówek wpisowego, bo nie wybieram się na etat do tego przybytku, zresztą nie stać by było Byczywąsa na moją wypłatę ;)). I zostanie mi „tylko” (aż) jeden problem: „Nie możesz bez niej żyć. Ożeń się z nią”…
„How hollow is the sound of victory without someone to share it with.”. Ech…
Jestem Zygfryd, mieszkam na ławce w Sosnowcu i mam 68 lat, jestem nieogolony na kutasie i ostatnio zwaliłem sobie przy babkach z kółka różańcowego. Nie myłem się już jakieś 20 lat i wpierdalam szczury, komputer zajebałem dziecku z piaskownicy razem z ruterem i teraz oglądam sobie youporn. 🙂 Jeśli Sabinka to czyta, niech wbija do Sosnowca.
Bedzie przypadać ojcu, by kobiety nie wypadly z rynku pracy, bo rok czasu to za dużo i czesto kobieta po macierzynskim nie ma gdzie wracac
Widac ze jestes tradycyjnie i patriarchalnie głupi i nie rozumiesz nic
A ty? Co dziś zrobiłeś dla obniżenia kosztów własnych?
Prawdziwy macho nie obniża kosztów własnych. Prawdziwy macho goli takim samicom picze na sucho .
Ćwiczyłem masę jednocześnie mieląc zioło w mielniczce.
Dobry jesteś.
Jak mnie wkurwiają takie smuty cebulogrodzianina…robacy wiecznie mają obsesję na punkcie homoseksualistów, feministek, UE, „lewaków” (nie wiem do dzisiaj kto nim jest, do tego wora wrzucany jest każdy kto ma odmienne zdanie na jakiś temat od Brauna/Korwina/Kukiza/Jarka K.), do tego jeszcze dochodzi utrzymywanie armii pasożytów w czarnych kieckach bo przecież są zatrudnieni przez Watykan więc dlatego są lepsi i mądrzejsi. Socjologicznie przewagę stanowią tu łysole z Passatów, którzy noszenie koszulki z kotwicą, demolowanie miast 11.11, machanie racami i wyrywanie krzeseł ze stadionów utożsamiają z patriotyzmem i „antysystemowością” – a jeżeli już o tym mowa to czy feministki i homoseksualiści stanowią aż tak ogromny odsetek społeczeństwa żeby się przed nimi bronić i się ich bać? Komu oni robią krzywdę? Bo nie wiem czy macie rozum w główce ale jak ktoś w swoich własnych czterech ścianach robi co chce to raczej nie jest żadne „zagrożenie”.
Jakie kurwa 4 ściany? O czym ty piszesz? Ewidentnie masz ciemnotę w tej swojej główce. Ten współczesny zjebany feminizm to maximum przywilejów dla kobiet przy jednocześnie jak najmniejszych obowiązkach dla nich.
Problem w tym ze te feminy i geje 20 lat temu cichutko siedzieli (i robili) w swoim domu, dziś paraduja po miastach narzucając swoje oblesne zachowania innym a za 20 lat to chyba heterycy będą kryć się po domach bo margines stanie się normą. Na zachodzie już teraz planują wprowadzenie adopcji dla pederastow. Więc chyba jednak nie są tacy niegroźne…
Tylko ci się tak wydaje,że wypaczona goju a w istocie jest w tym zamysł i przebłysk geniuszu rasy panów.
Baba to zawsze chciałby jak najwięcej jak nie urlop macierzyński, to równouprawnienia czyli ma zarabiać tyle co facet ale jednak do pracy na budowę itp. to nie, bo „Przecież jestem kobietą!”, „ja mam delikatne rączki więc do biura za minimum 3 tysiące”. Najłatwiej im spłodzić dzieciora i na tym żyć do końca życia i ciągnąć z socjala i od mężczyzny. Łatwo żyć na utrzymaniu faceta. Oj niebawem muslimy wkroczą to jeszcze same będziecie chciały by to faceci byli facetami prawdziwymi a wy kurami domowymi, tak jak dawniej było i być powinno.
„Baba to zawsze …”
No i proszę. Nie trzeba było długo czekać – oto mamy przedstawiciela szowinów, przez których kobiety reagują agresją do męskiego rodu. Klasyczny troglodyta XXI wieku. Zacznijmy od tego, że kobieta nie „płodzi dzieciora”. Płodzi facet, a kobieta rodzi. Jak już spłodzi i dziecko się urodzi to naturalne wydawałoby się, że OBOJE z rodziców będą chcieli dla dziecka jak najlepiej, tzn będą chcieli zapewnić mu rozwój w dobrym, bezpiecznym otoczeniu. Ale nie…
Prosto z porodówki dziecko do żłobka, a matka do pracy. Albo do pracy z dzieckiem w chuście, jeśli już tak koniecznie się upiera, żeby karmić piersią.
No bo przecież musi zarobić na siebie i dziecko, żeby pan troglodyta nie poczuł się wykorzystywany. Jeśli urodzi się dziewczynka to z takim tatusiem ma zagwarantowane – złamany charakter pod butem tatusia, albo zajadła feministka mszcząca się za tatusia. Już ty lepiej dobrze się zabezpieczaj i nie zakładaj rodziny. Jeśli ją już masz to współczuję – nie tobie.
I takiego tatusia zmuszać do opieki nad dziećmi, żeby żona mogła pracować?
A znam też przypadek, kiedy to kobieta uparła się, że chce wrócić do pracy. Też było źle. Bardzo źle. Cholernie chcecie nami rządzić.
Jeśli chodzi o zarobki to może nie zauważyłeś, że nie wszyscy faceci pracują na budowie. Niektórym chciało się uczyć i teraz pracują mózgami nie łopatą, a kobieta na podobnym stanowisku, wykonująca tę samą pracę powinna zarabiać tak samo. To tak jakby mężczyznom pracującym w sfeminizowanych zawodach płacić mniej bo są mężczyznami.
I może byś się zdecydował czego w końcu chcesz? Bo jako kobieta nie rozumiem: nie mamy „żyć na utrzymaniu faceta”, ale mamy być „kurami domowymi”, ” tak jak dawniej było i być powinno”?
Szkoda gadać.
Zgadzam się z Tobą w 100%. Jestem kobietą, a czuję się wręcz zażenowana pewnymi działaniami w związku z ruchem feministek. Już samo słowo „feministki” kojarzy mi się z odmianą męskich bojówek czyli – nic dobrego.
Może po prostu mam to szczęście, że (poza Chujnią, oczywiście) nie doświadczyłam gorszego traktowania z powodu płci? Może te kobiety mają inne doświadczenia i stąd bierze się ich determinacja czy wręcz agresja wobec mężczyzn? Trudno mi jest w tej chwili podać przykład zamkniętych dla kobiet drzwi (no, może oprócz męskich klasztorów). Przecież jeśli kobieta ma ku temu predyspozycje, może zostać kim chce: politykiem, leśniczym, kapitanem samolotu, może grać w hokeja czy podnosić sztangę. Jeśli chodzi o życie prywatne to uważam, że wystarczy, że rodzice mogą wybrać, kto zajmuje się dzieckiem. Nie wyobrażam sobie, że ktoś miałby decydować wbrew chęciom moim i męża. Ja lepiej radziłam sobie z małymi dziećmi i „ogarnięciem” domu, on pracował i wspierał mnie w trudniejszych sytuacjach. Dla nas taki układ był dobry. Jeśli ludzie są dla siebie w związku partnerami to się dogadują. Jeśli nie – to ja bym chyba wolała zarabiać na opiekunkę niż zostawiać dzieci pod opieką ojca, który jest wbrew swoim chęciom zmuszony do bycia z dziećmi. To, co uważam, że nie jest w porządku to fakt, że nie wlicza się urlopu wychowawczego do lat pracy. To powinno być jak ze zwolnieniem lekarskim – jak konieczna przerwa w pracy. Dziecko lepiej się rozwija, nie zajmuje miejsca w żłobku, ktoś inny ma pracę choćby na rok czy dwa. Same korzyści.
A, nie lubię, kiedy mężczyźni próbują decydować o sprawach dotyczących wyłącznie kobiet. Np. czy urodzić, kiedy ciąża zagraża życiu?
Już sam feminizm to jest wypaczona idea, więc nawet nie ma o czym dyskutować.
Słusznie prawisz. W tej chwili nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w sejmie czy senacie zasiadało 100% kobiet. Prawo tego nie wyklucza, a że jest inaczej to sorki, tak wybrali wyborcy. A jak się wprowadzi zasadę, że ileśtam musi być kobiet, to nikt nie będzie ich traktował poważnie, bo w domyśle będzie przeświadczenie, że nie nadawały się, ale trzeba je było wcisnąć.
Przez osiem lat Polcy i Polaki…
Ciekawe, dlaczego takie syfy jak gender, równouprawnienie, równość, tolerancja, pedalstwo są wciskane tylko białym ludziom i cywilizacji zachodniej,w tym naszej. Dlaczego feministki nie walczą o prawa kobiet muzułmańskich?
„Ciekawe, dlaczego takie syfy jak gender…”
Jeśli cię tak interesują prawa kobiet muzułmańskich to wpisz sobie „prawa kobiet” czy „walka o prawa kobiet muzułmańskich”, a się dowiesz, że tam też coraz silniej kobiety domagają się równych praw (np. prawa do wspólnych modlitw, do nauki, do pracy). Różnych, w zależności od regionu i siły ortodoksów. Tym bardziej, że podobno wg Koranu kobiety są równe mężczyznom. To mężczyźni tak interpretują Koran, jak im pasuje.
Po za tym to tak inna kultura, że trudno by było znaleźć wspólne dążenia na tym etapie. Jest wspólna walka np. z okaleczaniem kobiet w dzieciństwie, ale to same kobiety są u nich często tak ortodoksyjnie, że potajemnie ciągną ten chory obyczaj.
Ale tak naprawdę to cię to pewnie mało obchodzi.
Jak mężczyzna ma poukładane w głowie to żadne ruchy feministyczne, ani gender nie są potrzebne. Tak samo jak każdy normalny człowiek wie, bez prawa i przykazań, że kradzież czy morderstwo są złe.
„Ciekawe dlaczego takie syfy jak gender …” Bo w Afryce czy w innych biednych, cywilizacyjnie zacofanych rejonach świata, ludzie walczą o przetrwanie:
o wodę, o pożywienie, o przeżycie wśród walczących o władzę. Umierają z głodu lub na Aids, a z nimi ich dzieci. Urlopy macierzyńskie raczej nie są im potrzebne. Na jakim ty świecie żyjesz, że zadajesz takie pytania?
To są kwestie, którymi mogą się zajmować społeczeństwa, w których ludzie mają zapewnione podstawowe warunki życia.
Brawo.
Ja czytam i nie rozumiem CO czytam i o czym.
Chcecie równouprawnienia? Chcecie. To dlaczego przeszkadza wam, gdy ktoś użyje wizerunku kobiety w reklamach itd? Gdyby byli sami faceci to by wam przeszkadzało, że was nie ma na bilbordach. Czego wy chcecie? A może chodzi o podteksty? „Jestem pewny” że gdyby kobiety projektowały by reklamy to nie było by żadnych podtekstów dotyczących mężczyzn. (ta… jasne)
Dlaczego nie reklamują studiów kosmetycznych dla mężczyzn? Bo mało który się ich podejmie. Proste.
Faceci w mediach też mają być umięśnieni, piękni i wysportowani. Jeśli ktoś czerpie wiedzę na temat tego, jak ma się zachowywać, wyglądać kim być, z reklam, gazet i td. to życzę szczęścia.
Drogi Bracie, istotnie, kulturowy marksizm, feminazim, prądy lumpenfilozoficzne i propaganda dewiacji siały spustoszenie co najmniej od kilku dekad. Grupki sprzedajnych pseudointelektualistów na żołdzie oligarchicznej międzynarodówki postawiły sobie za punkt honoru zarażenie zdrowej tkanki rakiem relatywizmu, zniszczenie więzi rodzinnych i splugawienie tradycji, w których znajdowały oparcie niezliczone pokolenia naszych przodków. Na horyzoncie widać jednak nieśmiałą jutrzenkę dobrej zmiany, nadzieję na odwrocenie mrocznego trendu i odbudowę społeczeństwa.
Dorosło młode pokolenie gardzące skorumpowanymi „autorytetami”, czerpiące alternatywną wiedzę o świecie z prawdziwie niezależnych mediów.
W tym duchu w ubiegły piątek w naszym mieście odbył się marsz pod hasłem: „Nie dla europeizacji islamu!” skupiający szerokie spektrum niepokornych środowisk: od umiarkowanych współbraci z Harakat Tahrir al-Sieradz oraz części Sojuszu Prawicy Teokratycznej, poprzez dorodną młodź z Obozu Religijno-Radykalnego, aż do entuzjastów Wolnego Suku spod znaku szajcha Yunusa Qran-Mekki. Serce rosło, gdy czytaliśmy zgrabne hasła jak: „Ali i Fatima – normalna rodzina”, „Nie lewacki, nie pogański, tylko Sieradz muzułmański”, „My Allaha wyznajemy, demokracji tu nie chcemy”, „Wolę być ciapakiem niż lewakiem”. W trakcie marszu sympatyczne współsiostry z Koła Gospodyń Islamskich rozdawały kolorowe vlepki z napisami: „nakaz takbirowania” i „chcemy mudżahedinów a nie ciot”. Wszystko to w atmosferze rodzinnego pikniku, z cukierkami w torebkach, saifami i czarnymi balonikami z szahadą. Swoje autografy rozdawały gwiazdy popularnego serialu „M jak Meczet” a na finiszu przyszedł czas na pokaz najnowocześniejszego sprzętu Wydziału Wspierania Cnoty. Tutaj każdy znalazł dla siebie coś ciekawego: tatusiowie mogli spróbować swoich sił z odgławiarkami Stihla, panie podziwiały najnowsze fasony kevlarowych hidżabów, a milusińscy zagłaskiwali gepardy szkolone w wykrywaniu apostazji. Śmiechom nie było końca! Całość zwieńczył charytatywny kiermasz niewolników, przychody z którego przekazano na leczenie czteroletniego Ahmedka, który stracił rączkę na skutek zabawy z granatem. Inszallah, zebrane pieniądze pokryją koszty eksperymentalnej kuracji w Baden-Baden, tym samym dając Ahmedkowi drugą szansę na spełnienie dziecinnych marzeń o dżihadzie.
Namawiąjąc do gorliwego wspierania konserwatyzmu i kotów, pozdrawia was emir Abu Janusz.
Lol
Mistrz!
Piszesz felietony dla Olbratowskiego?
W tym problem, że ludziom się od małego wciska jakieś cechy związane z płcią. Chłopcom daje się piłkę, żołnierzyki i samochodziki, a dziewczynkom – lalki, skakanki, zabawkowe pralki, zmywarki, zestaw garnków. A potem księżniczki boją się pobrudzić, a jak mężczyzna z emocji się popłacze, to jest nazywany ciotą, jakby mu nie wolno było przeżywać emocji. To nie jest tak, że kobieta nie może pójść na polibudę, a facet na kosmetykę – nikt im nie broni. Ale zauważ społeczne nastawienie do mężczyzn-kosmetologów, czy kobiet za kierownicą. A prawda jest taka, że to nie jest tak, że kobiety potrafią z natury robić paznokcie, a mężczyźni jeździć autem – każdy przy treningu dojdzie do wprawy. O to między innymi chodzi w równouprawnieniu – dać ludziom żyć po swojemu, jak się ktoś sprawdzi w danym zawodzie, to niech robi to, co chce. A co do feministek, o których piszecie – paniom, które robią najwięcej hałasu daleko jest do feminizmu. Tak jak daleko jest paradom równości do normalnych gejów, czy zadymiarzom do kibiców.
Problemem jest jednak w Twojej wypowiedzi to, że o ile mężczyzna (każdy) przy odrobinie wprawy i chęci może być dobrym kosmetologiem to kobieta (prawie żadna) nigdy nie będzie dobrym kierowcą. Mniej obrazoburczy przykład albo nawet dwa z rozróżnieniem płci? Wyślij kobietę do kopalni albo tartaku albo faceta policjanta do ofiary gwałtu. Widzisz pewną sprzeczność? Dlatego takie gadanie o równouprawnieniu czy to po jednej czy po drugiej stronie barykady możecie sobie w dupę wsadzić. Nie ma czegoś takiego jak równouprawnienie i być nie powinno. Jeśli godzimy się na życie w takim społeczeństwie w jakim żyjemy, w którym występuje wyraźny i dość sensowny podział ról to sorry, albo się z tym zgadzamy albo wypierdalać do społeczeństwa, w którym obowiązują inne reguły. Feministki to banda idiotek, tak samo jak szowiniści po stronie facetów.