Będzie długie, sorry, ale musi być, inaczej się nie da wyjaśnić, o co chodzi.
Gimby pewnie „nie znajo”, ale w latach 80-tych był taki brytyjski serial „Dempsey and Makepeace” (Nawiasem mówiąc zdobył wtedy olbrzymią popularność i na Zachodzie i u nas, bo komuna jakimś cudem trochę w końcu popuściła). Serial był o dwójce gliniarzy -Jankesie przeniesionym do policji brytyjskiej i angielskiej policjantce rodem z wyższych sfer -więc, jak to przewidywał scenariusz, niespecjalnie się dogadywali, aż do czasu, gdy jednak zaczęło im na sobie zależeć (choć tu serial się urwał i wątek nigdy nie był eksploatowany, może i dobrze).
Do głównych ról w serialu zatrudniono faktycznie Brytyjkę – Glynis Barber (Klasa, gimby. Klasa! 🙂 I to zarówno aktorka jak i postać przez nią grana. Uczcie się, co to jest prawdziwa kobieta, a nie to plastikowe gówno, wizerunkiem, którego od dziecka was nieszczęśliwie karmią.) – i Amerykanina, Michaela Brandona. I faktycznie okazało się, że prywatnie nawzajem nie mogą się znieść.
Tym niemniej, długi czas spędzany na planie robił swoje i po pewnym czasie zaczęli do siebie inaczej podchodzić, w końcu nawet zaczęli się spotykać. Wszystko więc szło ku tzw. „happy endowi”, gdy się spierdoliło i się rozstali. Gość wrócił do USA, laska została w UK (czy gdzie tam ją poniosło) i tyle. Zero kontaktu. Ot, bywa, nie?
Ale widzicie… Bywa, ale nie zawsze jest tak gładko, że po jakimś czasie ci przechodzi… (Bo uwierzcie, o ci, których męczy to, że się rozleciało, że choć większość przez to przechodzi i im w miarę stosunkowo krótkiego czasu to wszystko przechodzi, to nie wszyscy mają na tyle farta. A wtedy jest koszmar, który może nigdy się nie skończyć. Także, jeśli wam przeszło, to uważajcie się za szczęśliwców.)
Facetowi nie przeszło dłuższy czas. I męczyło go jak cholera, choć swoje lata miał, więc też parę razy przerabiać musiał. Aż razu któregoś siedział przy drinku z kumplem -Larry Gelbart się gość nazywał, był jednym z twórców serialu MASH- i się żalił na swój zasrany los. A ten mu wtedy na to wszystko powiedział właśnie te dwa zdania: „Nie możesz bez niej żyć. Ożeń się z nią.”. Czy aż tak dotarło, czy wóda zrobiła swoje -nie wiadomo- natomiast faktem jest, że jak to usłyszał, Brandon poczłapał gdzieś do budki telefonicznej i zadzwonił do Glynis Barber, żeby się oświadczyć.
I poskutkowało. Są ze sobą do dziś.
To jest przykład na to, że komuś tam wyszło. Nie wszystkim jest to jednak dane.
W czasach mojej szkoły średniej, a ze 20 lat temu to było, uczył w niej jeden gostek, który był tzw. starym kawalerem i do tego z mamusią jeszcze mieszkającym. Gość był w sumie w porządku, ale łebki -jak to gówniarzeria zasmarkana- w połowie miasta chyba, się z niego nabijały za to „starokawalerstwo”, za mieszkanie z mamusią, dokładając do tego już nawet nie podejrzenia ale wręcz stwierdzając wprost (np. na murach po mieście), że „[tu nazwisko] to pedał” itd.
Tak się złożyło, że parę lat po skończeniu szkoły przypadkowo zgadałem się ze znajomą na jego temat i ona mi opowiedziała, jak to się stało, że gościowi się tak życie ułożyło, bo okazało się, że tę rodzinę znała od dawna. Facet jako dzieciak był ogarnięty i nic nie wskazywało na to, że tak mu się poukłada, ale rodzinie zdarzyła się tragedia, gdy jego siostra (nie wiem, ile miała lat, no ale dzieckiem była) wpadła pod samochód pod własnym domem i chyba nawet na oczach matki. No trauma. Efektem tej traumy było to, że gość, po pierwsze, padł ofiarą nadopiekuńczości (z racji tego, co się zdarzyło, to do tego stopnia, że np. idąc do szkoły, musiał przejść przez jezdnię po konkretnych pasach, po jakich matka kazała, i Sajgon miał na chacie, jak się przypadkiem z tego wyłamał, to sobie wyobraźcie). Po drugie, zdarzyło mu się w końcu zabujać i chodził z jakąś. I to bardzo poważnie, także wszystko wskazywało na to, że nie ma innej opcji niż żeniaczka. Wszystko… Poza opinią mamusi na temat przyszłej synowej. A ta widocznie była na tyle „zła”, a łepek tak podporządkowany, że szlag trafił plany „młodej pary”.
I gościu się po tym nigdy nie pozbierał. Całość czasu, do momentu gdy mój rocznik uczył w szkole, -a to było już ze dwadzieścia lat później- był sam. I chyba sam jest do dzisiaj (Minąłem go raz na ulicy ze dwa-trzy lata temu, postarzał się, bo ma ze sześćdziesiątkę, ale nie wyglądało na to, żeby się coś zmieniło. Tym bardziej, że z wiekiem jest naprawdę dużo trudniej.). Wspomniane łebki o tym wszystkim nie wiedziały, więc używały sobie do woli.
Tyle słowem wprowadzenia w problem. Teraz do rzeczy.
Gdy mi ta moja znajoma o tym moim dawnym belfrze opowiedziała, jak pewnie większości ludzi, trudno mi było zrozumieć, że aż tak go ten związek i jego rozpad załatwił, że po nim już nigdy więcej nic się nie pojawiło. Gość był porządny, ogarnięty, miał dobry zawód (choć uczył w szkole, to z tym zawodem nie musiał, i zresztą chyba jakiś czas temu przestał), miał dach nad głową, jakieś cztery kółka… a i przystojny był nawet. Nie ma szans, żeby mu się coś nie nawinęło na celownik przez lata gdy był młody, czy nawet w średnim wieku. Wot, rachunek prawdopodobieństwa. A tymczasem był sam.
No a teraz rozumiem go jak mało kogo… I tu się pojawia sedno chujni mojej.
Parę lat temu totalnym przypadkiem poznałem dziewczynę. Z początku była to luźna znajomość. A właściwie z samego początku to nie sądziłem, że ją w ogóle jeszcze spotkam. I niespecjalnie mi się nawet chciało. Tym bardziej, że było ponad 10 lat różnicy między nami, na dobrą sprawę ona była jeszcze w liceum (choć już je kończyła). Jakoś tak się poskładało przez te lata, że co jakiś czas się widzieliśmy -pewne wspólne zainteresowania miały na to wpływ, bo mieliśmy zbliżone środowisko. Także w miarę upływu czasu coś tam o sobie więcej wiedzieliśmy. I okazało się, że dziewczyna jest naprawdę „dobry towar” 😉 jakich mało. I to pod praktycznie każdym względem. Dosłownie. Nie było o co się przyczepić (uwierzcie, próbowałem). No ale znaliśmy się niewiele, była spora różnica wieku, jakiegoś gromu z jasnego nieba też nie było, życie się toczyło przez parę lat. Im bardziej jednak ją znałem, tym bardziej podobało mi się to, co widzę. W końcu doszedłem do wniosku, że w sumie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby poznać ją bliżej i zobaczyć, może nawet coś by z tego było. Nadal jednak nie było tej „chemii”, zauroczenia. Wiecie. I nie pojawiła się wcale, nawet wtedy, gdy faktycznie zaczęliśmy się nieco bardziej poznawać.
Za to stało się coś dziwnego. Co mi się zresztą przydarzyło pierwszy raz, choć „napady chemii” 😉 pod adresem niektórych koleżanek mi się zdarzały, w końcu nie urodziłem się wczoraj, znam ten cyrk. Niby tej chemii nie było, ale, cholera, zaczęło mi na tej znajomości zależeć i choć bez jakichś, typowych w przypadkach takich znajomości, emocji, to coraz częściej o niej myślałem i o tym, ile pozycji z mojej „checklisty” ona spełnia (a szybko okazało się, że spełnia praktycznie wszystkie, choć ta jest dość wymagająca), co za tym idzie, jak bardzo mi się podoba, to co widzę. No a oprócz tego naprawdę ją lubiłem. I byłem ugotowany. Choć jak bardzo, to sobie nawet sprawy nie zdawałem, bo nadal nie było „chemii” i do dziś się nie pojawiła. W efekcie, któregoś dnia, doszedłem do wniosku, że etap chemii po prostu jakimś cudem w ogóle się nie pojawił -ja przeskoczyłem od razu do takiego poziomu jej postrzegania, jakbyśmy byli ze sobą dobrych parę lat minimum, co oczywiście w najmniejszym stopniu nie miało miejsca. I to się stało tak, że nawet nie zdałem sobie z tego sprawy (nie mam pojęcia, jak coś takiego działa -jaki jest mechanizm zaistnienia takiego przypadku- ale działa).
Tak to było z mojej strony.
Z jej nie.
Owszem, znaliśmy się parę lat. Owszem, kontaktowaliśmy się. Owszem, jest (było) z kim pogadać. Owszem, przyjaźnie była do mnie nastawiona, nawet do jakiegoś stopnia mnie lubiła. Owszem, nie miała nic przeciwko temu, że się znamy, że spędzimy ze sobą czasem czas. Ale okazało się, że właściwie nic poza tym. Bo zabrakło tej pieprzonej chemii. A że jest młoda (i do tego też ma różne doświadczenia życiowe, które ją ukształtowały, a niekoniecznie były miłe), to wiek, także jeszcze wpływa na sposób myślenia, tym bardziej więc gówno wyszło. W efekcie, jakoś tak instynktownie, zaczęła mnie odpychać, unikać itd. Koniec końców, przyciśnięta do muru, w dość jasny sposób powiedziała mi, że nie ma ochoty na żadne bliższe znajomości ze mną. I po właściwie sprzeczce (i paru bluzgach ;)), że nie ma ochoty w ogóle się ze mną zadawać poza może przypadkowym widzeniem się, gdy się miniemy na ulicy. Różnica wieku pewnie też dołożyła swoje trzy grosze. Na dokładkę przy okazji przegięła w jednym miejscu przysłowiową pałkę i to był koniec. A że nie da się siedzieć okrakiem na barykadzie, to trzeba było spadać. Co zresztą i zrobiłem, dochodząc do wniosku, że to jest nie tylko jedyne, ale i najsensowniejsze w takiej sytuacji.
No i cóż. Trzeba było się pogodzić z losem. Bywa. Tyle, że okazało się, że „wiśta wio, łatwo powiedzieć”…
Przez jakiś czas miałem doła (zresztą, po niej też to tak całkowicie bezproblemowo nie spłynęło, ale nie na tyle, by zmienić jej zdanie). Klasyka, znacie to, nie ma co opowiadać. Potem mi przeszło i wydawało się, że tak czy inaczej, z chemią czy bez, to skończy się tak samo jak w przynajmniej zdecydowanej większości przypadków -przejdzie.
Okazało się jednak, że gówno prawda, taki wał. Nie tylko nie przeszło, nie tylko dopadło mnie z powrotem jakiś czas temu, ale jest jeszcze silniejsze i nie daje żyć. Kurwa, nic. Zero jakiegoś sensownego myślenia, zajęcia się czymś, totalny bezsens wszystkiego… No i taką mam codzienność. W efekcie sobie wegetuję. Nic nie cieszy. Za nic się nie mogę złapać. A jak już się zmuszę, to mechanicznie jest to wykonywane, aby zbyć. Morda najlepiej w ścianę wlepiona, gdyby nie to, że pierdolca idzie w ten sposób dostać. Resztę sobie dośpiewajcie.
Myślicie, że „czym się strułeś, tym się lecz”? A gówno prawda. To jest skuteczne w normalnych przypadkach (sam na własnej skórze parę razy sprawdziłem). Nie w takich. W takich jest kaplica. Może ci przeparadować pod samym nosem supermodelka, do obrazu której pół świata wali, rozebrać się do naga, zakręcić wypiętym tyłkiem, usiąść na kolanach i kusić, i będziesz miał to w dupie. Dobrze będzie, jak ci w takiej sytuacji stanie. A jeśli nawet, to i tak to będzie najwyżej mimowolna reakcja organizmu, bo nawet nie pomyślisz o tym, żeby ją przyszpilić.
I tylko jedno w głowie: ona. Jak to ktoś śpiewał: „Zostaw świat, nim się przekonasz, że bez niej nic nie jest wart.”. Kurwa mać, jeśli nie zdajecie sobie z tego sprawy, nie doświadczyliście na własnej skórze, to uważajcie się za szczęśliwców, bo nie macie pojęcia o tym, jak faktycznie wszystko staje się w takiej sytuacji bezwartościowe. I w jakiej czarnej dziurze człowiek siedzi. I w odróżnieniu od „normalnego” zabujania się -bez widoków na wyjście.
No a co to ma wspólnego z tymi dwoma przypadkami, o których wspomniałem na początku?
Ano. Faktycznie Larry Gelbart miał rację, że „Nie możesz bez niej żyć. Ożeń się z nią.”. To jest rozwiązanie, które załatwia problem. Jedyne skuteczne, jak będziecie w takiej sytuacji -i będą ku temu szanse- to polecam, nie ma co kombinować. Niestety nie w moim przypadku. Ten się jednak różni od Brandona i Barber, już choćby tym, że oni jakiś czas ze sobą byli związani (jakaś chemia więc też była i miała pewnie wpływ; w moim przypadku tego zabrakło totalnie). I tym, że Barber najwyraźniej nie miała aż tak kategorycznych poglądów na temat ich relacji jak ta moja… „była niedoszła”. A do tego ja też nie wiem, czy po tym wszystkim jestem w stanie się z nią pogodzić i zapomnieć o tym wszystkim, co zrobiła i powiedziała, gdy się skłóciliśmy, gdy przegięła pałę (tym bardziej dziwna sytuacja: nie mogę jej tego zapomnieć, a jednocześnie nie jestem w stanie odpuścić i o niej zapomnieć).
A co z drugim przypadkiem, tego mojego dawnego belfra? Może się już domyślacie -zaczynam dochodzić do wniosku, że w moim przypadku będzie tak samo jak w jego. Za mocno i za długo mnie to trzyma (już ze dwa lata, a podobała mi się jeszcze jakiś dłuższy czas wcześniej, gdy się dogadywaliśmy) i też mam już swoje lata, nie jestem jakimś szczeniakiem, którego męczą jakieś mokre sny o koleżance z ławki. Za poważne to jest.
I ja sobie zdaję z tego wszystkiego sprawę. Naprawdę doskonale zdaję sobie sprawę. I mimo to, nic nie mogę, do kurwy nędzy, zrobić. To jest poza moimi możliwościami. Próbowałem. Próbuję codziennie. Zapomnieć albo znaleźć inne rozwiązanie. I nic. Mało tego. Jest coraz gorzej. Na dokładkę zdaję sobie też sprawę z tego, że mam coraz mniej czasu na tzw. ustatkowanie się, a jest to też dla mnie, tak ogólnie, istotną sprawą. I nie ma jak tego wszystkiego przeskoczyć, a czym dłużej to będzie trwało, tym te szanse właściwie spadają do zera.
Za dobrze trafiłem w jej przypadku. Nie mam pojęcia jak działa ten mechanizm, że bez chemii, jakichś zauroczeń, itp. tak się da, ale się da. Tylko, że faktycznie wtedy już na amen. I nie ma wyjścia.
No ale przecież nie pójdę się, w tej sytuacji, wzorem Brandona, oświadczyć. Najwyżej usłyszę to samo, co wtedy, gdy się pożarliśmy (albo jeszcze więcej…) i tyle. Szkoda nerwów obu stron. Zresztą, nie mam prawa jej tego „zrzucać na głowę”. Nie chciała, nie prosiła się też o to, miała prawo, była szczera (co jest jednak bardzo w tym wszystkim ważne), jest jeszcze młoda, z oczywistych powodów nie można też w takiej sytuacji w jakikolwiek sposób wymuszać decyzji czymś w rodzaju szantażu emocjonalnego (zresztą i tak fatalne by to pewnie było w skutkach; kwestia tylko czasu). Ale jak dalej żyć? Pojęcia bladego nie mam. Skok z pierwszego z brzeg dachu wprawdzie jest jakimś rozwiązaniem, ale przyznacie, że wyjątkowo gównianym. Więc sobie wegetuję. Tylko ile można w tak bezsensowny sposób? I oprócz tego wszystkiego, co z nią związane, chodzi za mną właśnie ta myśl, że skończy się tak jak w przypadku tego mojego belfra (o ile jeszcze dobrze pójdzie). Tylko co to za życie, jak człowiek jest jak pusty w środku?
To ćwiczenie, które tak hejtujesz, to hip thrust – bardzo dobre na mięśnie pośladkowe. Co do reszty to masz trochę racji.
Ja to dla zdrowia chodzę, dla zdrowia – jebany hipokryta:) A i jeszcze jedno, brzydko wychodzi u ciebie na wierzch nienawiść do kobiet, nie wiem skąd was się tylu bierze, zakompleksionych cebulackich talibów z zadatkami na zboczeńców.
A ja nie wiem, skąd się bierze tylu oszołomów, którzy wszędzie doszukują się nienawiści do kobiet. Jeśli ktoś jest popierdolony, to trzeba o tym głośno mówić – płeć nie ma nic do rzeczy. W pełni zgadzam się z Autorem!
nie widzę tu hipokryzji? Chodzi żeby wzmocnić stabilizatory bo ma siedzącą pracę, a nie tak jak stado innych pozerów, żeby się pokazać albo fotki porobić albo upolować jakieś bzykanie. A co do nienawiści do płci to w Twoim komentarzu jest jest w chuj więcej, co to w ogóle za porównanie do talibów? Weź Ty się pierdolnij w łeb, bo Twój komentarz to materiał na osobną chujnię.
Bruce Lee nie uznawał siłowni, a powalił by pewnie na łopatki większość tych koksow. Wystarczy porównać jak wygląda mięso kurczaka wychodowanego na paszach na dopingu, z takim wyhodowanym na wsi, co sam sobie musi wykopać robaczka heh 😉
To wyobraź sobie co potrafiłby Bruce Lee gdyby jednak na tą siłownię chodził. Nie wolno się ograniczać, równie dobrze można nie uznawać szkoły i uczyć się w domu ale czy to właściwe?
Nie rozumiem o co Ci w tej chujni chodzi. Może dlatego, że nie chodzę na siłownię?
Za to rozumiem co to problemy z kręgosłupem i pogłębiająca je praca siedząca. Dlatego ćwiczę w domu ewentualnie chodzę na godzinny aerobic kilkuosobowym gronie.
Mam nadzieję, że napisałeś dla draki fragment o ćwiczących kobietach ze sztangą na biodrach. To jest jedno z najlepszych ćwiczeń na dwugłowe i pośladki znafffco. 4 lata na siłowni i nie wie takich rzeczy…
Z cyklu: „Problemy współczesnego cebulactwa”…
A no widzisz, bo są ludzie i są zwierzęta.
Masz stu procentową racje. Teraz aby wszyscy robią WSZYSTKO na pokaz zamiast dla siebie
W Krakowie tylko ze sprzętem latają zamiast na pięści
Dlatego właśnie lubię ćwiczyć w domu. Ławka,sztanga,hantle,muzyka jaka chcę,a efekty takie same 🙂
Dobry trening na siłce będzie ci potrzebny gdy będziesz musiał ostro jebać na panów swych i władców.
Jak oszczędnie! Zamiast płacić ortopedzie 200 PLN za 15 minut roboty to za połowę tego karnet na siłownię na której można wyrabiać MASĘ ile się chce! Brawo! A kościec i ścięgna będą musiały już jakoś nadążyć.
A jakby nie dały rady to i tak pogotowie będzie za darmo, bez kolejki i z dowozem na miejsce. Zatem MASA! BRAWO dla tego Pana! 😀
Nie wiem, czy wiesz znafco, ale organizm ludzki posiada zdolność adaptowania się. Kości rosną razem z tkanką mięśniową, ścięgna wzmacniają się. Jak ktoś ćwiczył tajski boks to wie, że są nawet specjalne ćwiczenia na piszczele, żeby były twardsze no ale co taki znafffca jak Ty może o tym wiedzieć.
Psiocha ją swędzi, więc się wygina. To jasne.
Chuj im wszystkim w dupę a kobietom na serio 😉
A ja nie chodzę na siłownię. Mam wielki brzuch i wisi mi to. Pracuję zdalnie i mam dużo kasy więc mogę siedzieć w domu bo jestem 28 letnim informatykiem z wieloma dyplomami.
Nie piernicz, nikt nie uwierzy że za takie zegarki z takim niebieskim podświetleniem wyświetlacza masz dużo kasy.
Ale nic nie szkodzi by być i dobrze zarabiającym informatykiem, ale z lekkim kaloryferem, prawda? Widzisz, dobrze jest ćwiczyć nie tylko dla wyglądu, ale właśnie dla zdrowia więc co ci szkodzi spróbować. Zresztą z doświadczenia wiem, bo również jestem informatykiem i takim ogólnie komputerowcem od wielu lat, że takie ciągłe siedzenie przed komputerem mnie dobija. Mam już tego czasem kurwa dość, ale moja paczka znajomych się rozjebała i nie mam z kimś wyjść więc chyba zacznę sam gdzieś wychodzić, choćby na rower bo pogoda jest ładna i szkoda ją marnować. Albo sobie gdzieś poznam nowych znajomych. Ciepło dobrze wpływa na moją psychikę.
Dziś każde narzędzie/metoda jest dobre żeby się móc wylansowac, dodać sobie zajebistosci. A że większość ludzi nie prezentuje sobą nic i przeważnie nie ma nic do zaoferowania, to pokazuje się z „najlepszej” strony jaką mają, czyli mięśnie, dupa, cycki, itp.
Nie jesteś sam:)
Też lubię poćwiczyć, ale jak widzę gości z TRENERAMI PERSONALNYMI, którzy mówią takie bery tym ludziom biednym to serio masakra:) Zawsze przecież możemy poćwiczyć razem:)
Pozdrowienia
Drogi Bracie: nic dodać, nic ująć! Rozdzielenie płci na siłowniach powinno być priorytetem, bo obecny stan nie da się dłużej tolerować. Z jednej strony czyhają naderwania, naciąnięcia, skręcenia, otarcia i podbiegnięcia, które mogą nas posłać na rentę z tytułu częściowej niezdolności do dżihadu. A z drugiej strony Iblis atakuje czyste chłopięta nieskromnymi obrazami spoconych pachwin, wydepilowanych łyd, galaretowatych wypukłości i wielbłądzich kopyt okrytych szybkoschnącymi legginsami. Najlepiej położyć temu kres wprwadzając na salach szariat. Nie będzie trzeba się już tłumaczyć czy oddawać za niewykorzystane karnety, a dodatkowo ocali to pozostawionych samopas samców przed czynami wbrew naturze. Wiadomo, że w ateistycznym środowisku kierowane do jednego czy drugiego miśka niewinne uwagi na temat dojebanych triceratopsów szybko kończą się sodomią uprawianą do wtóru popularnej piosenki „kolorowe sny kiedy ja dotykam ciebie, zwariowane sny, kiedy w nas tańczy pragnienie”. Dalej jest już tylko fitna, szirk, ridda, jockstrapy, herpesy, dół z wapnem i wieczność w piekle na twardym ruszcie szejtana.
A przecież nie powinno tak być, bo Miłosiernego cieszy każdy dodatkowy centymetr w bickach wiernych.
Prorok (salla Allahu alayhi wa sallam) powiedział bowiem: „Allah kocha wyznawcę na przyborze mocniej niż wyznawcę na zejściu, ale dostrzega pożytek z nich obu” (Sahih Ruhollah 6.66). Podobnie, roztropny imam Al-Zayob (rahimahullah) zwykł mawiać, że należy zapuszczać brodę i nie odpuszczać rzeźby.
Z życzeniami owocnego męczeństwa na wyciągu emir Abu Janusz z Sieradza.
O wy, którzy wierzycie, nie żałujcie sobie kreatyny, żonom ryżu, a kotom kurczaka!
Warto wspomnieć o facetach w legginsach, którzy myślą, ze wyglądają fachowo, a wyglądają jak pedały, zwłaszcza jak się wyginają, robiąc plecy. I oczywiście o tych, co drą ryło podczas robienia klaty. Bo przecież nie można w ciszy robić, tylko trzeba z każdym powtórzeniem krzyknąć. No i szatnie, w których panowie machają gołymi siusiakami i świecą dupami, zamiast się zasłonić ręcznikiem, bo po co, prawda? Niech wszyscy faceci na siłce patrzą na moją dupę i kutasa. Matołów na siłce nie mało. Rozumiem Twój ból. Miałem nawet napisać chujnie na ten temat, ale mnie ubiegłeś. Pozdrawiam.
Nie piszesz o tym co Cię boli tylko zwyczajnie się czepiasz. Uwielbiasz sport i ćwiczenia to ćwicz, a nie obserwujesz i krytykujesz. Może dla tych babek nie było miejsca w strefie dla kobiet i musiały ćwiczyć tam, gdzie było wolne. Ubrane były pewnie w pończoszki z podwiązkami, skoro masz takie skojarzenia. No fakt, powinny założyć golfy lub co najmniej grube dresy. Wyginać się na siłowni też oczywiście kobiecie nie wypada bo zawsze się trafi taki co zamiast zająć się sobą i ćwiczyć, gapi się kątem oka i karmi wyobraźnię. Oczywiście nie mają też prawa padać ze zmęczenia no bo przecież Ty i Tobie podobni zasuwacie równo od pierwszego razu. Przychodzą często z koleżanką bo tak łatwiej znosić (nie zwracać uwagi) krytykanckie spojrzenia i nie być posądzaną o szukanie chłopa. No cóż, może z Ciebie takie ciacho, że masz podstawy podejrzewać, że na Ciebie polowały, ale jeśli nie jesteś zainteresowany to wystarczy skupić się na sobie. Ogólnie dla mnie to stek bzdur. Przez takich jak Ty ja i niektóre moje znajome nie chodzimy na siłownię odkąd zamknęli jedyną w mieście siłownię dla kobiet.
A przepisy prawa, dekalogi itp tworzone są dla tych co sami nie wiedzą jak się zachować i nie wpadli by sami na to, żeby np. wytrzeć po sobie ławkę. Takich jest niestety wielu.
Uwielbiajmy sport i ćwiczenia. Ćwiczmy ciało, ale i umysł, a mniej będziemy chodzić do konowałów i będziemy lepsi dla siebie i innych.
Mnie na siłowniach wkurwiają szatnie. Mają eleganckie szafki, krany na podczerwień, prysznice i ani jednej kratki wentylacyjnej czy chociażby zwykłego okna. Jak raz do takiej wszedłem to myślałem, że się porzygam. Smród potu i nieświerzych butów uderzył mnie już od samego progu.
A ja ćwicze cały czas z trenerem. I uwazam że jak kogos stac (nie jest to tanie) to czemu nie. Nie jest to żaden lans ani nic.
Przez silke bedziesz musiał iść do lekarza. Do psychicznego na terapię 😉
pato, pato robimy se jaja z rapu
Wszystkim koksującym wyciskaczom przypominam nieśmiało: duża klatka – mały ptaszek !
Zmień siłownie. Ja chodzę do takiej gdzie większość bywalców z gatunku „nie chciałbym spotkać nawet w dzień w uliczce”, a w praktyce zawsze pomogą i doradzą. Nikt tam też nie przychodzi się lansowac, a jak się zdarzy to po góra drugiej wizycie delikwent rezygnuje bo mu głupio jak wszyscy dookoła cisną ile sił a nie siedzą z komóreczkami.
„Zacząłem to robić bo mam siedzący tryb pracy i w chuj bolały mnie plecy wiec zdecydowałem, że zamiast biegać po ortopedach i innych znawcach tematu lepiej się będzie za siebie wziąć.” Też tak miałem i siłka g.. ci da jak nie pójdziesz na płukanie jelita grubego (hydrokolonotarapia – bio-coś tam naprzeciwko Błękitka na rondzie Grzegórzeckim i tylko tam – właściwa maszyna – grawitacyjna -280 zł) bo masz w dupie 100-120 kamieni z jedzenia (jakieś 5-7 kilo) które non stop obciążają grupy mięśni kręgosłupa dając ból że z czasem trudno wstać, a potem polecam spacery z psem po 6000 kroków (krokomierz w komórce) , a przy okazji poznasz laski co się z pieskami prowadzają (no chyba że będziesz po puszczy w Niepołomicach łaził to –
niedźwiedzia ).