Żyję na tym padole już jakiś czas. Dłuższy. I żyję sam, co jest dość sporym dla mnie problemem, bo samotne życie jest kijowe. Czemu więc żyję sam? Ano po kolei.
Raz. Tak się poukładało. Za długo by było pisać. Z różnych niezależnych ode mnie powodów nie stać mnie było na takie fanaberie jak rodzina. No niby można zdać się na los i „jakoś to będzie”, ale ja takimi kategoriami nie rozumuję, IMO jakieś podstawy do utrzymania na pewnym poziomie być muszą.
Dwa. Nikt sensowny się nie trafił. Pół biedy kiedyś, kiedy byłem młodszy. Wychodziłem z założenia, że nic na siłę, że, już choćby statystycznie rzecz biorąc, są szanse na to, że ktoś trafi się w przyszłości. No a przede wszystkim nie byłem naiwny. Część kobiet skreślałem na starcie. Nie za wygląd, bo nie o to chodzi (choć fakt, bywały i takie). Ale za charakter, osobowość, w skrócie za to, co sobą reprezentowały. No wiązać się i zakładać rodzinę to trzeba mieć z kim i tu chyba nikt się nie dziwi mojemu podejściu. Młody będąc -jakże naiwnie- sądziłem, że owszem po świecie plącze się stado kobiet, z którymi nie chcę mieć totalnie nic wspólnego, nawet kijem bym nie dotknął, ale gdzieś tam jest jakaś grupa normalnych, uczciwych, porządnych kobiet, nie będących przy tym pustakami z przypieczonego solarką plastiku. Kwestia tylko w końcu taką spotkać.
Z biegiem czasu, i w miarę jak się ten świat robił chyba coraz bardziej skurwysyński, bo jest coraz gorzej, okazało się, że chyba jednak takich nie ma. Rozglądałem się po ludziach i widziałem niejedno. Oliwy do ognia dolała moja własna matka, której paskudne wady charakteru przez ostatnie kilkanaście lat dopiero poznałem na własnej skórze (długa historia), bo wcześniej jako dzieciak albo byłem za mały, by to pojąć albo jakoś nie dotarło to do mnie w takim stopniu jak powinno, bo jako dzieciaka naturalnie wiele rzeczy gówno mnie obchodziło. Ale jak wspomniałem, to się zmieniło i matka (wraz z siostrą) pokazały mi wystarczająco parszywość babskiego charakteru, sporo ponad dawkę, której doświadczyłem, czy zaobserwowałem, gdzie indziej. Szczyt szczytów w tym przypadku tematu „damsko-męskiego i kwestii rodziny” nastąpił kiedyś przy okazji jednej z rozmów, gdy matka stwierdziła że „mąż to nie rodzina”. BTW, ojciec zmarł z dekadę wcześniej. I dosłownie wyszło szydło z worka i wyszło na to, że jak całe życie zapierdalał na rodzinę, to było OK. Jak zmarł, to no cóż, bywa, może i trochę szkoda, ale przecież „nie rodzina”. No niemal „easy come, easy go”. Siora też pokazała swoje, gdy, pomijając wszystko inne, kopnęła w dupę (na jego szczęście) jakiegoś łebka, bo, jak z „mamusią” stwierdziły, nie miał wystarczająco kasy. Następny już podobno ma (podobno, bo gościa w życiu na oczy nie widziałem, jako, że z wspomnianą rodziną moją nic wspólnego mieć nie chcę, to nie utrzymujemy relacji od lat). No ale nic. Wprawdzie w miarę tych wszystkich doświadczeń moja ocena kobiet systematycznie waliła w dół, nadal jednak uważałem, że wyjątki się zdarzają, a jedyne co, to niestety nie było mi dane na taki trafić. Przynajmniej jeszcze.
Aż w końcu taki „wyjątek” się znalazł. Spotkałem dziewczynę, znacznie młodszą ode mnie, która miała cechy mi odpowiadające, cechy, które szanuję. I co? I guzik. Może miała kiedyś i jakieś śladowe ilości jeszcze zostały, ale wygląda na to, że jest na dobrej drodze do tego, żeby dostosować się do dzisiejszej normy. A ze mną koniec końców nie chce się zadawać. Jestem „nudny” i rozrywka z innymi ludźmi jest lepsza. Z kasą ostatnio też było nie najlepiej, choć są perspektywy na zmianę na lepsze. Tak więc w ten sposób „wyjątek” w pewnym sensie dobił resztkę myślenia w kategoriach: „nawet jeśli 99% kobiet to mniejsze lub większe szmaty, to zawsze jest ten 1% o podobnym systemie wartości”.
Ona to dobiła. Ale to żona mojego kumpla właśnie niedawno to definitywnie pogrzebała…
Nie to, żebym miał o niej jakieś super zdanie, to trochę blacharowaty typ ta żona kumpla (ta moja znajoma to pod tym względem było jej dosłowne przeciwieństwo, co z uwagi na kontrast -dwie skrajności a jednak powtarzający się w jakimś stopniu sposób rozumowania- tym bardziej jest pesymistyczne). Była z nim przez kilkanaście lat. Dzieciaka w wieku wczesnoszkolnym mają. Gość zginął w dość paskudnych okolicznościach ze dwa miesiące temu. Jako, że zginął za granicą i związane z tym było śledztwo, to dopiero w zeszłym miesiącu ściągnęli go do Polski i był pogrzeb. No i od pogrzebu minęło może ze trzy tygodnie i wiem z pewnych źródeł, że laska już się pruje w najlepsze.
Cóż… „Mąż to nie rodzina”, nie?
I nie to, że nie ma prawa sobie ułożyć kiedyś tam życia i do usranej śmierci ma żyć jak w klasztorze (Choć tak na marginesie, choć rozumiem to, że życie toczy się dalej i nie zamierzam krytykować tego, że ktoś sobie po tym wszystkim kiedyś jeszcze życie ułoży, to to też jest chujowe na tym padole -no wyobrażacie sobie, że bliska wam osoba będzie z kimś innym? To trochę tak, jakbyście sobie wyobrazili zdradę, nie?). Ale, jasna cholera, facet jeszcze za bardzo nie wystygł, robaki dopiero na żarcie się złażą, dzieciak ojca stracił, a tu, kurwa, żadnej refleksji o uczuciach nie wspominając. Bolca znaleźć, nogi rozłożyć i raz się żyje, później się tylko straszy.
I wiecie co? Nie urodziłem się wczoraj. Nie jestem jakiś tam ostatni naiwny, nie jestem też jakiś święty… Ale, do kurwy nędzy, ręce i macki mi kompletnie opadły po tych dwóch ostatnich „doświadczeniach”.
Nie ma szans na normalność, w sensie: rodzina i ktoś tak bliski, płci przeciwnej, jakim powinna być w tym przypadku żona. Bo to moja siora, matka, znajoma, inni znajomi, różnie ze sobą żyjący, no i ta żona kumpla na dokładkę, to jest właśnie normalność na tym pierdolonym świecie. Ergo: wszystkie to w sumie kurwy. Kwestia tylko taka, kiedy i w jakim stopniu to z danej lochy wyjdzie. A różnica od prostytutki jest tylko taka, że ta przy autostradzie tego nie kryje i każdy może ją zobaczyć i wytknąć palcem, stąd dobrze mówi powiedzenie, że „prostytutka to zawód, kurwa to charakter”.
Fajnie byłoby mieć rodzinę, no bo człowiek już taką ma naturę, że potrzebuje drugiego, ale, chyba zawsze będę sam. Z prostego jak konstrukcja cepa powodu: nie ma z kim jej tworzyć. Wybór jest jak między dżumą a cholerą. Świadomość tego odbiera mi kompletnie ochotę na jakiekolwiek relacje z kobietami. Bo po chuj? Żeby się z jakąś szmatą ciosającą kołki na głowie użerać? Zapierdalać na nią i dowiedzieć się (lub nie, jeśli będę miał „szczęście” przekręcić się, zanim poleci do innego), że „mąż to nie rodzina”? Dawać sobie przyprawiać rogi? „Kupić” ją za szpan i kasę jak dziwkę (pokażcie mi faceta, który chciałby mieć prostytutkę za żonę)? Może za czasów naszych babek trafiały się jakieś wartościowe, ale dzisiaj nie ma na co liczyć.
I chujowe to jest. Bo bez tego to siedzę sam i nie ma do kogo gęby otworzyć. Nie ma z kim, w ten czy inny sposób, spędzać czasu. O ewentualnych dzieciakach nawet mowy nie ma, bo przecież nie rozmnożę się przez pączkowanie. Życie nie cieszy, bo nie ma z kim go dzielić. No ale przecież jak mam żyć z kimś o mentalności kurwy, to już wolę sam. I dosłownie zebrawszy to (po raz n-ty do kupy) aż pożałowałem przez chwilę, że nie jestem homo. Bo może byłyby choć jakiekolwiek szanse na „ułożenie sobie życia” z facetem -było nie było, inna konstrukcja psychiczna i mentalna niż u baby, więc przynajmniej co który ma podobny system wartości. I przynajmniej człowiek nie byłby sam i to życie bardziej by cieszyło.
Chujnia… Chujnia i śrut z gównem wymieszany.
Hehe, ze mną podobnie jest, tyle że nie mogę sie zdecydować jaką chcę mieć za żonę… Bo raz mówię że grubaska z gigantycznymi cyckami mi wystarczy, a potem sobie myślę, a niech będzie szczpuła z 40kg może być nawet płaska, ale byle buzia fajna, ale też i nie i nie. Mnie też jarą starsze, a i nawet powyżej 60 bym wyruchał, ja mam wogle jakieś skrzywienie, bo jak facet rurkowiec z grzywką, to też bym chciał sobie z nim robić pocieranie penisów, ale też na dłuższą metę nie chciałbym, po spuście powiedziałbym, „nara do następnego” i tyle. Wracając do cycków to nie obchodzi mnie kształt, niech będą kurwa worki na kartofle i wali mnie to, i tak kutasa tam wcisnę i będę je cyckał
Masz totalnie nasrane w głowie.
Dokładnie tak jak podejrzewałem. Jesteś pierdolnięty
Ale jak lubi, to co mu żałujesz, patałachu? Przynajmniej te tłuste lochy ma kto ruchać. A tak to ryzykowałbyś tym, że cię taka niewyżyta gdzieś dopadnie w ciemnej ulicy. I wiesz, co potem by się stało? Już nigdy by ci nie stanął, bo zawsze miałbyś to przed oczami.
Tak więc bądź koledze wdzięczny, patałachu. 😉 / Mesio
PS. Swoją drogą, niektórzy zaczynają w młodym wieku (vide: sadistic .pl „dziecko fetyszysta”). 😉
widać, że jesteś gimbusem
O M G
Ja tam wolę małe piersi. Dużo ważniejszy od rozmiaru, jest ogólny kształt piersi. Więc posiadaczki małych niech się nie martwią 😉
jebać twój bananowy POgląd, ja wolę największe, a jak już, to lepiej by była płaska jak ta Sindy Vega z pornosów
Też mam podobny problem, ale inny fetysz. Otóż zawsze, odkąd pamiętam, podobały mi się dojrzałe, puszyste panie po 40stce. I kiedy mówię „puszysta”, nie mam na myśli kobiety z 10-20 kilogramową nadwagą, tylko wielką, otyłą, 130sto – 150cio kilogramową mamcie, która wyhodowała swoje sadło w długotrwałym procesie dojrzewania. Wielkie wylewające się na boki piersi o rozmiarze co najmniej E, duża jak szafa trzydrzwiowa pupa oraz ogromny brzuchal zwisający do kolan – to jest to, co kocham najbardziej! Fajnie jest też, gdy mamcia ma tłusty gardziel, całkowicie zakrywający jej szyję i grube nadgarstki, które sprawiają, że zegarek wręcz wbija się w ciało tłustej loszki. Niestety w Polsce jest bardzo mało zadbanych, puszystych kobiet. Polska grubaska to najczęściej żona rolnika oderwana od pługa ze słomą wystającą z butów, do której nawet strach podejść, bo śmierdzi na kilometr gnojówą. Miejskie tłuściochy też nie lepsze. są to zazwyczaj mamuśki z piątką bachorów na głowie, nie potrafiące o siebie zadbać, wyeksploatowane przez swego chłopa z cipskiem jak rozklapiocha rozwalonym od pięciu porodów. Echh, gdybym ja tylko do stanów poleciał… Tam puszyste kobiety znają swoją wartość. Pełno tam spasionych 50siątkek w krótkich spódniczkach uwydatniających ich tłuste golonki, z dużymi dekoltami z których wylewa się wielki cyc, stojących na ulicy tylko czekając na swojego adoratora, który wypieści ich lica.
I jeszcze to, jak ważysz 60-70 kilo a taka maciora robi ci niezłą jazdę na kutasie i skacze po tobie i robi niesamowity riding, a najlepszy jest blowjob jak ona ma wielki język jak hipopotam i ci ciągnie jak odkurzacz 3200wat
Piszesz,że jesteś przeciętniakiem,ale może na tę sprzątaczkę się załapiesz? Spręż się…
Jedynym fetyszem w nowym świecie będzie pociąg do bólu i cierpień, a więc wzrośnie drastycznie liczba fetyszystów kochających ból i cierpienie.
a dlaczego ma wzrosnąć drastycznie, (idioto)?